28 grudnia 2012

Lustereczko powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie?



W dzieciństwie widziałam tę bajkę niezliczoną ilość razy. I nie wróciłam do niej, aż do teraz. Bardzo rzadko oglądam filmy animowane. Nie przepadam za najnowszymi produkcjami, bo niewiele z nich potrafi mnie dziś zauroczyć. Powstaje coraz mnie oryginalnych historii, które mają kolejne części i z reguły są w 3D. Przekaz gubi się w nowej formie efektów specjalnych. Ach, dawny Disney już nigdy nie powróci.

Ten seans był jak podróż w czasie. Przypomniał mi nie tylko cudowne dzieciństwo, ale także czasy kaset VHS, początki mojego zafascynowania filmem oraz powody, dla których powinnam częściej sięgać po klasykę kina.

Królewna Śnieżka to pierwszy pełnometrażowy film animowany Walta Disneya. Mimo że skończył w tym roku 75 lat (21 grudnia), to nadal ma swój niepowtarzalny urok. Scenariusz oparty na baśni braci Grimm znają wszyscy: Zła Królowa, sprawdzająca swoją urodę w lustrze, nie może przeboleć, że jest ktoś piękniejszy od niej. A tym kimś jest jej pasierbica Śnieżka. Kiedy pierwszy plan morderstwa się nie nie udaje, bo kończy się ucieczką Śnieżki do krasnoludków, Królowa postanawia osobiście załatwić sprawę. Ale jak to w bajkach bywa, wszystko dobrze się skończy, gdy przybędzie Książę na białym koniu.


Królewnę Śnieżkę mam na płycie DVD, wydanej w ramach serii "Ze Skarbca Disneya". Kupiła ją moja mama, która postanowiła kolekcjonować stare bajki. Film jest odświeżony cyfrowo, dzięki temu dawna kolorystyka bardzo ładnie się prezentuje i świetnie słychać muzykę (która w bajkach Disneya jest jednym z głównych bohaterów), ale zwiódł nowy dubbing. Kompletnie mi nie pasuje do bajki. Mimo tylu lat, jestem przyzwyczajona do wersji językowej z 1938 roku, którą nagrali polscy aktorzy kina przedwojennego (m.in. Maria Modzelewska, Aleksander Żabczyński, Leokadia Pancewiczowa, Irena Górska-Damięcka, Seweryna Broniszówna). Mówią oni ze specyficznym, lwowskim "l", które brzmi jak "ł". Poza tym właśnie do tej wersji Walt Disney zrobił jedną z obcojęzycznych wersji ścieżki dźwiękowej. To był pierwszy taki przypadek w historii. Niestety, dziś można kupić ten film tylko z nową wersją. A szkoda, bo nie ona tego samego uroku.

Mimo to, miło jest wrócić do tej bajki i powspominać. Minęło tyle lat, a ja wciąż pamiętam każdą scenę, nucę: "Hej ho, hej ho, do pracy by się szło…" i "Serce mam tylko jedno" w wykonaniu Aleksandra Żabczyńskiego.
Dla tych, którzy chcieliby obejrzeć ją z dawnym dubbingiem, odsyłam do znalezionej wersji tutaj.

24 grudnia 2012

"Igrzyska śmierci" Suzanne Collins


Okładka filmowa, bo taką akurat posiadam. 

"Najpierw jedna osoba, potem następna, a w końcu niemal wszyscy w tłumie dotykają ust wskazującym, środkowym i serdecznym palcem lewej dłoni i wyciągają ją ku mnie. To stary i rzadko spotykany gest naszego dystryktu, sporadycznie używany podczas pogrzebów. Oznacza podziękowanie, a także podziw. Tak żegna się kogoś drogiego sercu."


Tytuł: Igrzyska śmierci
Tytuł oryginalny: The Hunger Games
Autor: Suzanne Collins
Tłumaczenie: Piotr Budkiewicz, Małgorzata Hesko-Kołodzińska
Wydawnictwo: Media Rodzina
Liczba stron: 352





Najpierw obejrzałam film. Podobał mi się, choć kilka rzeczy było dla mnie niejasnych. Pomyślałam więc, że dobrze by było przeczytać książkę.
Na jej temat napisano już chyba wszystko. Naczytałam się wielu recenzji, większość była pozytywna, ale znalazłam też takie, które tę książkę krytykują za nawoływanie do przemocy. Ja osobiście nie odbieram w ten sposób tej historii. W świecie pisarzy nie ma ograniczeń, ale trzeba odróżniać rzeczywistość od fikcji. Choć w tym wypadku ta fikcja wydaje się czasem za bardzo realna.

Na ruinach dawnej Ameryki Północnej rozciąga się państwo Panem, z imponującym Kapitolem otoczonym przez dwanaście dystryktów. Okrutne władze stolicy zmuszają podległe sobie rejony do składania upiornej daniny. Raz w roku każdy dystrykt musi dostarczyć chłopca i dziewczynę między dwunastym a osiemnastym rokiem życia, by wzięli udział w Głodowych Igrzyskach, turnieju na śmierć i życie, transmitowanym na żywo przez telewizję. 
Bohaterką, a jednocześnie narratorką książki jest szesnastoletnia Katniss Everdeen, która mieszka z matką i młodszą siostrą w jednym z najbiedniejszych dystryktów nowego państwa. Katniss po śmierci ojca jest głową rodziny – musi troszczyć się, by zapewnić byt młodszej siostrze i chorej matce, a to prawdziwa walka o przetrwanie...

Źródło opisu: http://www.mediarodzina.com.pl

Muszę przyznać, że to jedna z lepszych książek, jakie dane mi było przeczytać. Po raz pierwszy miałam w rękach historię z literatury młodzieżowej, która jest czymś więcej niż zapychaczem czasu. Jest to brutalny obrazek z przyszłości, który pokazuje do czego jest zdolna władza, by utrzymać swoją pozycję i ukarać za bunt. Nie jest to nawoływanie do przemocy. Autorka pokazała jak się żyje w państwie totalitarnym. To walka o przetrwanie, gdzie wygrywają najsilniejsi i dlatego śmierć jest stale obecna. Kiedy jednak pojawia się ktoś, kto się przeciwstawia i zmienia reguły gry, robi się jeszcze bardziej niebezpiecznie. Z historii wiemy, że sprzeciw nie może obejść się bez rozlewu krwi.

Świetnie zarysowana fabuła i prosty, klarowny język, sprawiają, że książkę bardzo szybko się czyta. Pani Collins jest naprawdę dobra w konstruowaniu zaskakujących zwrotów akcji. Sam pomysła na Głodowe Igrzyska jest bardzo oryginalny. Duże brawa należą się też za wykreowanie ciekawych postaci, zwłaszcza głównej bohaterki. Katniss to dziewczyna z krwi i kości. Silna, stanowcza i chłodno oceniająca sytuację. To ona przybliża czytelnikowi świat, w którym przyszło jej żyć.

Nie jest to jednak książka tylko o młodzieży. Są tu też problemy dorosłych. Jest Haymitcha - mentor, który po wygraniu Igrzysk wiąż próbuje sobie z tym poradzić nadużywając alkoholu. Są mieszkańcy Kapitolu, zapatrzeni w siebie i swoje pieniądze. Jedyne co ich podnieca, to rozlew krwi na arenie, jak w starożytności. Jest też matka Katniss, która nie potrafiła pozbierać się po śmierci męża, przez co uczyniła z najstarszej córki głowę rodziny.

Suzanne Collins wysoko postawiła sobie poprzeczkę i na szczęście jej nie strąciła. Stworzyła bohaterkę, która swoją chłodną relacją z sytuacji, w jakiej się znalazła, wzbudza w czytelniku skrajne emocje. Bo nagle pojawia się pytanie: co by było, gdyby to stało się naprawdę?

Jeśli będziecie mieli okazję ją przeczytać, to zachęcam, bo warto.

P.S. Jako, że już po północy i jest Wigilia, to wszystkim czytelnikom: obserwującym, komentującym i tylko zaglądającym, życzę Wesołych Świąt Bożego Narodzenia :) 

12 grudnia 2012

"Les temps sont durs pour les reveurs."*

*Czasy są ciężkie dla marzycieli.

Amelia (2001)

Ten film od dłuższego czasu chodził mi po głowie. Widziałam go tylko raz, kilka lat temu, ale postanowiłam obejrzeć go jeszcze raz. Znów mnie urzekł swoją prostą historią.


Amelia (Audrey Tautou) jest nieśmiałą marzycielką pracującą w kawiarni. Jej życie zmienia się, gdy dowiaduje się o śmierci księżnej Diany. Wtedy Amelia w swojej łazience przypadkowo znajduje tajemnicze pudełko. Postanawia zwrócić je właścicielowi. Widząc jego radość z otrzymanej przesyłki, dziewczyna chce od tej pory uszczęśliwiać innych. W czasie swojej "misji" poznaje równie nieśmiałego jak ona Nino. Amelia uświadamia sobie, że myśląc ciągle o innych, zapomniała o własnym szczęściu.
[Źródło: Filmweb.pl]


Pomysł na fabułę jest może trochę oklepany, ale za to ciekawie realizowany. Sposób narracji, pokazanie bohaterów w krótkich charakterystykach, zmiana tempa opowiadania sprawiają, że historia wydaje się całkiem nowa. Ciężko też jest zaliczyć ten film do jednego gatunku. Są elementy komiczne, są baśniowe i dramatyczne, co sprawia, że można go nazwać oryginalnym.

Klimat filmu to jedna z jego zalet. Tłem historii jest Paryż, który piękne wygląda i zachęca do podróży, choć został przy montażu podkoloryzowany. Świetna scenografia i zdjęcia podkreślają inność Amelii i jej świata.


Amelii pierwsze skrzypce gra fantazja głównej bohaterki. To ona pozwoliła jej przetrwać samotne dzieciństwo i towarzyszy w dorosłym życiu. Przez to Amelia postrzega świat inaczej niż przeciętny człowiek. Jej optymistyczne nastawienie i chęć pomocy innym sprawia, że w nawet najdrobniejszych szczegółach znajduje radość.

Ten film pod przykrywką klimatycznej scenerii i muzyki opowiada o najważniejszych rzeczach w życiu człowieka. O poszukiwaniu celu i znalezieniu do niego ścieżki, o miłości do drugiego człowieka oraz o empatii, o której tak często się zapomina.

Amelia pokazuje jak powinno się czerpać przyjemność z codziennego życia. Szkoda czasu na narzekanie, bo zawsze będą pojawiać się smutne i przykre momenty. Po co więc od razu negatywnie się nastawiać. Życie jest jak mozaika - składa się z wielu małych elementów i tylko od nas zależy ile z nich będzie sprawiało radość. Mimo że dzisiejsze "czasy są ciężkie dla marzycieli", to warto pobujać w obłokach i czasem obejrzeć Amelię na poprawę humoru. Naprawdę warto.
Ocena: 8/10

P.S. Mam nadzieję, że data 12.12.12 to dobry znak :)

4 grudnia 2012

W kilku słowach...



Na temat tego filmu czytałam same mało pochlebne recenzje. A to dlatego, że ma pozytywne zakończenie, jest w nim za dużo patetycznych słow i ogólnie jest "made in Hollywood". A to podobno źle. Mało tego, jego reżyserem jest Stephen Daldry, który ma na swoim koncie Godziny i Lektora. Jak taki reżyser mógł nakręcić tę historię? A się pytam: dlaczego nie? Czy każdy dramat musi mieć otwarte zakończenie i zmuszać do ciężkich refleksji? Nie lepiej czasem zobaczyć film, który nas wzruszy i jeszcze dobrze się skończy?
Gdyby słońce zgasło, jego promienie docierałyby do ziemi jeszcze przez 8 minut. Oscar wykorzystuje ten fakt wobec własnej sytuacji - braku ojca, który zginał w zamachu 11 września. Przemierza więc Nowy Jork, by rozwiązać zagadkę klucza, który zaznał w jego szafie. W taki sposób chce poradzić sobie z tym, co się stało. Bez względu na to, jaka wydarzyła się tragedia, najgorszy jest każdy dzień potem. Czas leczy rany, ale bardzo powoli. I ten film o tym mówi. Może i nadzieja jest matką głupich, ale nadzieja choćby słaba, jest lepsza od rozpaczy.
Ocena: 7/10



Debiut Sofii Coppoli jest o nadopiekuńczym wychowaniu rodziców. Ja go tak odebrałam. Nie wiem  czy słusznie, bo nie czytałam książki, na podstawie której powstał. Wszystko dzieje się wokół pięciu młodych dziewczyn, które muszą sprostać regułom ustanowionym przez rodziców. Gdy najmłodsza popełnia samobójstwo, sytuacja staje się jeszcze gorsza i doprowadza to tragedii. Podobało mi się w tym filmie to, że cała wiedza o rodzinie Lisbon jest przedstawiona z perspektywy kilku chłopców, którzy interesowali się dziewczynami. Wiemy tylko to, co oni zaobserwowali. Wielu spraw możemy się tylko domyślać, lub też zrozumieć je na swój sposób. Według mnie córki państwa Lisbon zostały odcięcie od najważniejszego okresu w swoim życiu: czasu szkolnych miłości, potańcówek, babskich pogaduch i wyjść do kina. Próba buntu skończyła się niesprawiedliwie surową karą i przelała szalę goryczy. Więc zamiast stwarzać pozory szczęśliwej rodziny, czasem warto porozmawiać ze swoimi dziećmi.
Ocena: 7/10


Somewhere  (2010)

Dawno mnie tak żaden film nie zmęczył. Miałam ochotę wyłączyć w połowie, ale cierpliwie obejrzałam do końca. Początkowo myślałam: co za nudny film, tu się nic nie dzieje. Potem jednak zaczęłam się zastanawiać. Sofia Coppola sportretowała celebrytę, aktora, który osiągnął wszystko, ma wszystko i może tylko odcinać kupony. Kto z nas by tak nie chciał? Robić to, na co ma się ochotę, bez zastanawiania się czy starczy nam na rachunki?
Tak naprawdę w takim życiu nic się nie dzieje. Johnny Marco jest sam, nic nie sprawia mu przyjemności, nic go nie cieszy. Po prostu się nudzi. Kiedy musi dłużej zająć się córką, również ją wciąga w swoje życie. I nudzą się razem, bo we dwoje raźniej. I w pewnym momencie skorupa pęka. Kilka słów córki sprawia, że Johnny uświadamia sobie co się z nim stało, że nie jest tym, kim powinien być. Obserwacje Coppoli są niezwykle celne: cena za bycie popularnym jest wysoka. Więcej się traci niż zyskuje, jeśli nie ma się mocnej psychiki i dystansu. Po raz pierwszy jestem ciekawa jej najnowszego filmu, również związanego ze światem aktorskim.
P.S. Ma ktoś może pomysł dlaczego polski dystrybutor dodał tytuł "Między miejscami"? Bo mi przychodzi na myśl tylko nawiązanie do tytuły "Między słowami".
Ocena: 7/10


Cena odwagi (2007)

Nie spodziewałam się, że mnie ten film wciągnie. Solidny dramat, w konwencji paradokumentu, który pokazuje do czego zdolni są fanatycy religijni. Cała historia jest opowiedziana z perspektywy  Mariane Pearl, żony uprowadzonego. Bardzo dobra rola Angeliny Jolie, na której barkach jest tak naprawdę cały film. Zagrała kobietę, której działania i niezłomna wiara napędzają akcję. Była w ciąży, w obcym państwie, bez najbliższych u boku. Ale mimo to nie straciła nadziei, że odnajdzie męża. Jest postawa jest godna podziwu. Podobno tę rolę początkowo miała zagrać Jennifer Aniston. Będąc aktorką jednego typu roli, wątpię czy by podołała zadaniu, tak jak to zrobiła Angelina.
Ocena: 7/10


Sagę Zmierzch oglądałam z ciekawości. Mimo że scenarzystka nie zrozumiałam książki i nie zrobiła z przeciętnej fabuły dobrych filmów. Mimo że twórcy od niszowego, klimatycznego pierwszego filmu przeszli do widowiskowych dwóch ostatnich.
Ta część nie jest nawet zła, bo tak samo jak pierwsze Przed świtem jest nakręcona książkowo. Nadal nie mogę patrzeć na Pattinsona. Jest on największą pomyłką tego filmu. Robert nie jest przystojny, ma ciągle tę samą minę cierpiętnika i ogólnie gra jak by był kawałkiem drewna. O wiele lepsza była panna Stewart. Fizycznie nawet pasuje do Belli, a w ostatniej części pokazała jakieś emocje. Gdyby były jeszcze kolejne części Zmierzchu, przy dwudziestej zobaczylibyśmy prawdziwą grę aktorską. Reszta obsady jakoś mi przeszkadzała, choć nie podobała mi się filmowa Renesmee. Wyglądała na jakieś siedem lat, a w książce była o wiele młodsza. Rosła dość szybko, ale nie aż tak jak w filmie. Miałam też dziwne wrażanie, że w pewnych momentach była poprawiona komputerowo. Tak na marginesie - plakaty promujące są tragiczne. Dawno nie widziałam tak sztucznych twarzy, poprawionych przez program graficzny. Ogólnie nie czuję, że zmarnowałam dwie godziny oglądania. Naszła mnie jednak chęć na ponowne przeczytanie książki i recenzowania w nietypowy sposób.
Ocena: 6/10


Film obejrzany całkiem przypadkowo. Romantyczna historia jakich wiele, ale przyjemnie się ogląda. Urocza Emily Blunt i rozbrajający Ewan McGregor tworzą niezły duet. Najlepsza jednak była Kristin Scott Thomas w roli rzecznika prasowego premiera. Film na poprawę humoru i na babski wieczór jak znalazł.
Ocena: 6/10


Wielki rok (2011)

"To historia prawdziwa. Zmieniono jedynie fakty" - tymi słowami rozpoczyna się film o zapalonych  ornitologach. Trzech facetów bierze udział w Wielkim Roku - przez 365 dni muszą zobaczyć jak największą liczbę różnych gatunków ptaków. Fabuła jest ciekawa, bo obserwowanie ptaków nie należy łatwego hobby, zwłaszcza jak się szuka mało pospolitych okazów. Mimo obecności Steve'a Martina, Owena Wilsona i Jacka Blacka, myślę że jest to raczej film przygodowy niż komedia. Jest trochę humoru, ale brzuch od śmiechu nie boli. Są za to piękne krajobrazy.
Ocena: 6/10

26 listopada 2012

Przewodnik po sztuce pisania

www.bukowylas.pl


Tytuł: Jak zostać pisarzem
Autorzy: Urszula Glensk, Marcin Hamkało, Karol Maliszewski, Leszek Pułka, Paweł Urbaniak, Andrzej Zawada
Liczba stron: 304
Wydawnictwo: Bukowy Las



Witajcie w świecie pisarskich reguł. Jeśli marzycie o napisaniu własnej książki, chcecie poćwiczyć układanie historii lub po prostu zobaczyć jak wygląda pisarstwo "od kuchni", to warto tu zajrzeć i odbyć wędrówkę po rozdziałach. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Od rad i przykładów, przez odmiany literatury, po podglądanie warsztatu najsłynniejszych pisarzy, najlepszych w tym fachu.




Jest coś takiego jak warsztat pisarski? To nie wystarczą talent, natchnienie, kawa i papierosy? Ołówek i kartka? Pokój z widokiem na dachy Katowic i cichy pomruk skrzyżowań nad ranem? Oczywiście, że wystarczą. Tylko zwróćmy uwagę, że to, co przed chwilą opisaliśmy, to jest właśnie rzeczony warsztat pisarski, tylko w wersji cokolwiek minimalnej, schematycznej, uproszczonej. Jeśli nie chcesz swojego warsztatu rozwijać, rozbudować na tyle, aby pisać sprawnie i świadomie, albo po prostu pragniesz jedynie wyrazić swoją osobowość, a pisanie ma być wyłącznie bezpośrednią ekspresją twojej jaźni - nie czytaj dalej. Nie przyda ci się zapewne ta garść wyjaśnień i podpowiedzi, których za chwilę tu udzielimy. (s.55-56)

Autorzy prowadzą czytelnika przez wszystkie etapy tworzenia książki. Pokazują jak ma wyglądać warsztat pisarza, jak zabrać się za fabułę, jak w różny sposób uporządkować czas zdarzeń i przestrzeń, jaką technikę narracyjną wybrać. Dają też wskazówki do tego, jak stworzyć ciekawą postać, zanim przedstawi się ją czytelnikom, a także jak budować dialogi by nie były bełkotem bohaterów. Dodatkowo możemy dowiedzieć się jak wygląda praca z redaktorem, co trzeba zrobić gdy już się książkę wyda oraz jak brzmią prawa autorskie.

Ten poradnik to prawdziwa kopalnia wiedzy. Czytelnik czerepie nie tylko z porad autorów, ale także z doświadczenia najwybitniejszych pisarzy. Dzięki relacjom z pierwszej ręki, poznajemy prawdę o zawodzie pisarza. A jest to zawód bardzo zindywidualizowany. Każdy ma swój własny sposób na spisywanie historii, jednak nie warto zamykać się tylko w swoim świecie. Kilka rad jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

Książka jest napisana przystępnym, czasem żartobliwym językiem. Niektóre rozdziały czyta się bardzo szybko, przy innych trzeba się skupić, to jest niewątpliwie wynikiem tak dużej liczby autorów o odmiennym stylu pisarskim.

Po lekturze nasuwają się dwie refleksje. Po pierwsze, ta książka nie nauczy nikogo pisać. Według autorów każdego można nauczyć sztuki pisarskiej. Według mnie nie można (wizja mojego brata z długopisem w ręku mocno mnie do tego przekonuje). Nie każdy ma dar do nauki języków, do fizyki kwantowej czy zapamiętywania historycznych dat. Tak samo nie każdy potrafi pisać. Ale jeśli ma się ten talent, to nie pozostaje nic innego jak go szlifować.
Po drugie, pisarstwo to ciężka praca. Często nic nie idzie zgodnie z planem, a żeby pojawiły się efekty trzeba dużo pisać. Pisać, ćwiczyć, ćwiczyć i pisać.

Warto przeczytać. Nawet z ciekawości.

15 listopada 2012

Pamiętnik. Część 1.

W końcu znalazłam chwilę, by przepisać tekst z notatnika. Mój projekt ambitny jest cały czas w realizacji. Przyjęłam zasadę, że codziennie napiszę chociaż jedną stronę. Tak więc mam sporo materiału do obróbki. A zaczynam od zwykłego dnia i urywanych myśli, bo jestem w środku pewniej historii.

------------------------------------------

Wtorek, 17 sierpnia.

Ludzie patrzą. Zawsze.
Takie banalne stwierdzenie przyszło mi dziś do głowy. Jako obserwator, z zamiłowania i obowiązku, wtapiam się codziennie w tłum i patrzę. To, co mnie zawsze zadziwia to reakcje ludzi na niespodziewane sytuacje.
Wypadek, pożar, telewizja. Kiedy ludzie zatrzymują się, nie zerkają, nie spojrzą. Gapią się. Czasem jeszcze gadają pod nosem. Ale żadnej reakcji, żadnej pomocy z ich strony nie ma. Przecież są inni, którzy mogą pomóc - to chyba najczęściej pojawiająca się myśl.
Sytuacja z wczoraj.
Wypadek niedaleko centrum miasta. Autobus, samochód i dwa motocykle. 10 osób nie żyje, kilkanaście jest rannych. Pełno krwi, części rozwalonych samochodów utrudniają pomoc.
Policja, karetki, straż i telewizja. Wyglądało to jak jeden wielki chaos. I w tym wszystkim jakiś debil robi sobie fotkę i dzwoni by powiedzieć, że stoi za dziennikarzem, który zdaje relacje. Na pewno będzie w głównym serwisie informacyjnym. Gdyby nie to, że wezwano moją ekipę i mieliśmy pełne ręce roboty, to bym facetowi skręciła kark.

 ***

Miałam zły tydzień, a ten który wczoraj się zaczął będzie jeszcze gorszy. Wyszłam z domu wściekła. M. jak zwykle nie dała mi spokoju i przez dwa dni musiałam słuchać wykładu na temat mojego zachowania i ogólnie na temat mojego istnienia. Po tym wszystkim nie miałam ochoty wracać. Błąkałam się po centrum, aż w końcu kupiłam w księgarni pierwszą lepszą książkę i usiałam na ławce w celu zajęcia czymś myśli. I wtedy zorientowałam się, że to książka kucharska. Co mnie naszło, by nie spojrzeć na okładkę. W nerwach powinnam być przytomniejsza.

Czas szybciej mija, gdy patrzę na obrazki potraw, których nigdy nie zjem. A może by tak złamać regułę dla takiej przyjemności? Ciekawe, co by się wtedy ze mną stało? Ciało nie będzie tak tolerancyjne, jak moi przyjaciele, gdybym im o tym powiedziała.

Myślałam, że przesiedzę tak cały dzień. Jak cudownie byłoby nic nie robić.

Ale po jakimś czasie znalazłam się w centrum akcji porodowej. Cała sytuacja była dość dziwna. Ciężarna kobieta dostaje na ulicy skurczy. Siada na ławce. Łapie się za brzuch. Raz, drugi, trzeci. Ludzie nerwowo zaczynają się przyglądać, ale po chwili odwracają wzrok. Nikt z przechodzących się nie zatrzymuje, nie zaoferuje pomocy.
Czekam jeszcze chwilę. Nadal nikt nie reaguje. Wkurza mnie takie zachowanie (ile razy już coś takiego widzę?), więc poziom mojego gniewu niebezpiecznie wzrasta.
Przeszłam przez ulicę gwałtownie odpychając ludzi. Na kilka niezadowolonych prychnięć odpowiedziałam nienawistnym spojrzeniem. Puściły mi hamulce i nie mogłam zapanować nad emocjami.
Podeszłam do ciężarnej kobiety, z zaciętym wyrazem twarzy. Chyba ją przeraziłam, bo zanim zdążyłam coś powiedzieć, kobieta wstała. Zaczęła się cofać, jakby bała się, że coś jej zrobię. Kiedy chciałam się przybliżyć, gwałtownie się odwróciła i straciła równowagę. Gdybym jej nie złapała, to upadłaby na brzuch. Po raz kolejny złapał ją skurcz. Kiedy ją ustawiłam do pionu, odeszły wody. Mocno spanikowałam. Wyprostowałam się jak struna, a zamiast działać, to zastanawiałam się jak ja odbiorę poród na ulicy. Nie mam pojęcia jak to się robi, w ogóle jak trzeba się zachować. Na szczęście kobieta wysapała: "klucze w torebce i parking", więc przestałam błądzić myślami i zabrałam ją do samochodu (znalezienie i jazda cudzym samochodem bez prawa jazdy wyrzucam z pamięci).
Potem wszystko działo się tak szybko, że ostatecznie znalazłam się na sali porodowej. Położna chyba myślała, że jestem z rodziny, tej bardzo bliskiej. Miałam za zadanie trzymać kobietę za rękę i dodawać jej odwagi. Surrealistyczne doświadczenie, zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja. Nieświadomie pomogłam nieznajomej, bo był to cichy i mało bolesny poród. Po urodzeniu dziewczynki posypały się komplementy od personelu, bo żadna pacjentka nie była tak dzielna. Przewróciłam tylko oczami. Kiedy mi pogratulowali nowego członka rodziny nawet nie zaprotestowałam (kwestie wytłumaczenia sytuacji są mało istotne, bo trochę musiałyśmy nakłamać). Po wyjściu zastanawiałam się jak ta kobieta przeżyje kiedyś kolejny poród, bez mojej pomocy...

------------------------------------------

Piątek, 20 sierpnia.

Zdążyłam wrócić do domu, kiedy dowiedziałam się, że mam wybrać się na "spacer" do koreańskiej dzielnicy. Sama. Trochę to bez sensu, bo nie znam języka koreańskiego, a Koreańczycy niechętnie uczą obcych języków, nawet angielskiego. Więc raczej nie mam szans się dogadać. A co gorsza nie zorientuję się, jak w sytuacji zagrożenia ktoś będzie mi grozić pobiciem albo zacznie krzycząc, że mnie sprzątnie (przykładowo). Dobrze, że chociaż wiem kiedy uciekać.
W tym rejonie zwykle towarzyszy mi kumpel, który z pochodzenia jest Koreańczykiem, ale dopilnowano by nie był tego dnia dostępny. To pewnie ma związek z domowym konfliktem, który trwa od miesiąca. Ale to teraz nie istotne.
Poszłam tam z duszą na ramieniu. Czułam się bardzo niepewnie, mimo że było południe i miałam tylko sprawdzić okolicę. Jednak zapuściłam się za daleko. Nie wiem, co mnie tchnęło, ale doszłam aż do portu. To był błąd, bo trafiłam na lokalne zamieszki gangów (tak to wyglądało). I zauważono mnie. W takiej sytuacji nie potrzebowałam tłumacza. Trzeba było uciekać. Pech chciał, że szłam nie zastanawiając się jak wrócę. Pora dnia raczej mi to utrudniała, bowiem w nocy dałabym radę się ukryć, a tak mieli mnie niemal na wyciągniecie ręki (brak mi słów na moje zachowanie). Rzuciłam się do ucieczki, bo nic innego nie przyszło mi do głowy. Usłyszałam za sobą podniesione głosy, co utwierdziło moją pozycję ściganej (dobrze, że tu obowiązuje zasada, że w dzień nie używa się broni, uff).
Biegłam tak szybko jak mogłam. Straciłam poczucie czasu, bo próbowałam zmylić rozwścieczoną bandę. Nie wiedziałam gdzie biegnę, do momentu gdy nie wpadałam na szklaną tablicę informacyjną. Tysiące kawałków szkła wbiło mi się w ciało. Kiedy się podniosłam zauważyłam oznakowaną latarnię - co oznacza, że za kilka metrów jest granica dzielnicy. Rozejrzałam się. Jeszcze nie było widać moich przeciwników. Ruszyłam szybkim marszem, bo szkło nie pozwalało mi na gwałtowne ruchy. Po przekroczeniu granicy poczułam ulgę. Ale to nie było koniec. Status ściganej z zasady trwa dość długi czas, a ja znalazłam się w dzielnicy angielskiej, która jest najdalej położoną dzielnicą od mojego domu w centrum. W takim stanie nie mogłam iść teraz przez miasto, bo by mnie zgarnęli. Włamałam się wiec to pustego domu i postanowiłam przeczekać.

***

Była trzecia nad ranem, kiedy wróciłam do pokoju. Kiedy udało mi się dotrzeć, w holu usłyszałam od M.: "Jak tam ucieczka?". Byłam zbyt męczona, by jej odpowiedzieć. Zbyłam ją milczeniem i poszłam do siebie. Później się zajmę tym, skąd ona to wie.
Poszłam do łazienki, żeby wyjąć szkło z ciała. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Nie wyglądałam najlepiej, co oznacza, że rany będą się długo goić. Ból przy wyjmowaniu tych drobinek był gorszy od chodzenia. Po godzinie spędzonej z pęsetą, znów na siebie spojrzałam. Śmiesznie wyglądałam cała w plastrach i bandażach. Położyłam się do łóżka. Sen i tak nie przyjdzie, więc pobujam w obłokach.


------------------------------------------

Niedziela, 22 sierpnia.

Siedziałam na cmentarzu, patrząc na grób mojej starszej siostry. Szkoda, że nigdy nie dowie się, co ze mną się stało.

***

Ten decydujący dzień zapamiętam na zawsze. W szpitalu opatrzyli mi rany. Niektóre wymagały szycia. Po kilku godzinach obserwacji odesłali mnie do domu. Od razu położyłam się do łóżka. Po trzech godzinach snu (kiedy jeszcze mogłam spać) obudził mnie ból. Był tak silny, że nie mogłam leżeć ani siedzieć w miejscu. Zamknęłam się w łazience i próbowałam nie krzyczeć. Spojrzałam w lustro. Rany zaczęły się otwierać...

------------------------------------------

Tyle na dziś. Jak to jutro przeczytam, to pewnie stwierdzę, że wiele powinnam zmienić. Ale im dalej się pisze, tym to lepiej wychodzi. I tego się trzymam.

I moja Mała Towarzyszka :)

2 listopada 2012

Mistrzowie muzyki

Przejrzałam moją kolekcję muzyki filmowej. Wśród wielu kompozytorów, najbardziej cenię tę piątkę. Lubię wracać do muzyki, którą oni stworzyli. 


Howard Shore

Ulubione:  Władca Pierścieni, Milczenie owiec, Filadelfia, Infilracja


Hans Zimmer

Ulubione: Incepcja,  Batmana, Gladiator, Król Lew, Ostatni samuraj


Clint Mansell

Ulubione: Requiem dla snu, Resident Evil, Bunkier, Czarny łabędź


John Williams

Ulubione: Gwiezdne Wojny, Harry Potter, Hook, Skrzypek na dachu


James Newton Howard

Ulubione: Batman, Szósty zmysł, Królewna Śnieżka i Łowca, Ścigany


P.S. Mój projekt ambitny jest jak najbardziej aktualny. Tekst już napisałam, ale muszę go jeszcze zredagować. Jak tylko ogarnę życiowe sprawy, to podzielę się tym, co stworzyłam.

24 października 2012

Projekt ambitny


Obiecałam sobie, że kiedyś umieszczę tu jakąś własną twórczość. Ciągle piszę o teorii pisarskiej, więc żeby nie rzucać słów na wiatr, czas na praktykę. Z jednej strony to dla mnie motywacja do pisania, ale z drugiej sprawdzian czy to, co wymyślam nadaje się do czytania.  Długo się zastanawiałam, co to ma być. Nie chciałam opowiadać całej historii, bo zbyt długo by się to ciągnęło. Pisałam już coś takiego na Filmweb.

Z pomocą przyszedł mi podręcznik, który właśnie czytam "Jak zostać pisarzem".
Jest tam takie zadanie:

Wymyśl dowolną postać i przez tydzień prowadź jej dziennik, dopisując każdego dnia wydarzenia z jej życia, przemyślenia, wspomnienia, marzenia i plany. Dokonując kolejnych wpisów, spróbuj budować postać w ten sposób, by autor dziennika okazał się wielowymiarową postacią kryjącą w sobie jakąś tajemnicę lub jakieś sprzeczności.

Zaczynam od przyszłego tygodnia. Mam już pewien pomyśl jak to będzie wyglądać, ale co z tego wyjdzie trudno stwierdzić. Wiem jedno. Poznacie kogoś, kto według bliskich mi osób nie powinien siedzieć w szufladzie.

Tyle na dziś.

16 października 2012

Miszmasz # 3

W telegraficznym skrócie.


Filmy. Ostatnio piszę o nich na bieżąco. Są jednak jeszcze dwa filmy, o których nie wspomniałam. Dwie produkcje z erotyką w tle, o których swego czasu było bardzo głośno i napisano już wszystko.

Wstyd (2011)

Niektórzy są zachwyceni, inni zniesmaczeni. Mnie się osobiście film podobał. Nie miałam wrażenia, że czegoś tu jest za dużo. Ciężko byłoby zrobić film o uzależnieniu bez pokazania owego uzależniania. A że się Michael Fassbender nie krępował się pokazać w całej okazałości... cóż, czego się nie robi dla sztuki. Choć myślę, że nie było to bardzo potrzebne.
Życie Brandona jest z jednej strony uporządkowane, a z drugiej zdominowane przez seks. Żyje by zaspakajać głód wrażeń. Nie potrafi się powstrzymać, dla rozładowania napięcia jest w stanie się nawet upodlić.
A kiedy w jego życiu pojawia się siostra Sissy, wszystko się jeszcze bardziej komplikuje, bo Brandon musi ukrywać się również w domu. Jego relacje z siostrą to drugi wątek filmu, jednak poprowadzony w taki sposób, że wszystko zależy od interpretacji widza. Mam jednak wrażenie, że to co zrobiła Sissy w jakiś sposób wpłynęło na Brandona. Ale czy go to zmieni? Film się urywa, pozostaje tylko mój domysł.


Film, który postrzegany jest chyba przez pryzmat plakatu, gdzie Marlon Brando i Maria Schneider ujęci są w seksualnej pozie. Jednak porównując go do dzisiejszych produkcji (jak choćby do wspomnianego wyżej Wstydu), nie ma w nim zbyt wiele bulwersujących i szokujących scen. Być może w latach 70. siał on zgorszenie, kojarzył się z pornografią, a dziś już nie robi takiego wrażenia. Scena z plakatu nie jest początkiem jakieś wyuzdanej gry, Brando jest całkiem nago tylko raz (nawet w słynnej scenie z masłem jest ubrany), a film ogólnie nie pokazuje sadomasochistycznego seksu.
O czym jest więc ten film? O dwojgu ludzi, którzy uwikłali się w czysto fizyczny związek. Jednak w pewnym czasie przeradza się to w coś więcej. Jeanne jest coraz bardziej zafascynowana Paulem. Nie wie o nim nic, co ją jeszcze bardziej nakręca. Tworzy sobie w głowie wymyślony obraz jego osoby. Paul natomiast nie przewiduje nic poza seksem. Ale w pewnym momencie zaczyna odczuwać tęsknotę. Kiedy karty zostają odkryte, role się odwracają. Paul mówi prawdę, Jeanne ucieka. Jej wyobrażenie legło w gruzach, nie spodziewała się tak zwykłego scenariusza. Jednak sama wybiera najgorszy scenariusz z możliwych.
Prócz tej słynnej sceny z masłem, jest tylko jeszcze jedna bardziej dosadna. Reszta to rozmowy Jeanne i Paula, gdzie ona najczęściej jest nago. Ale nie widzimy tylko spotkań w pustym apartamencie. Pokazane jest też życie bohaterów. Ona spotyka się z początkującym filmowcem i ma obawy wobec własnego związku. On natomiast próbuje dojść do siebie po samobójstwie żony i prowadzić mały hotel.
Dla mnie jest to dość ciekawy film, skłania do myślenia nad relacjami między dwojgiem ludzi w różnym wieku. Jednak trudno mi go ocenić.


Książki. Liczba do przeczytania ciągle rośnie, a ja mam czytelniczy zastój. Może to wina mojej pracy korektorskiej. W każdym razie ostatnio się zmobilizowałam i czytam więcej.


Znalazłam ją na półce w domu. Słyszałam o bardzo klimatycznym filmie, więc postanowiłam wpierw przeczytać jego papierową wersję. Jednak opowieść o kobiecie, która umiera na raka i chaosie myśli wspomina jedyną miłość swojego życia, strasznie mnie nudziła.
Ann trzy raz wychodziła za mąż, miała czwórkę dzieci, wymarzony dom, podróżowała i mieszkała w pięknych miejscach. Ale to wszystko nie jest istotne. To, co ją ukształtowało to nie lata doświadczeń, ale jeden weekend w czasach młodości. Ann na weselu przyjaciółki poznała Harrisa Ardena, który na zawsze ją zmienił.
I tu pojawia się problem. Nie wierzę, że w ciągu dwóch dni można się zakochać na amen. Można się zauroczyć, zafascynować kimś, ale na pewno nikogo nie pokochać. Dla Ann był to ten jeden, jedyny. On raczej tak nie myślał. Słowa: "zakochuję się w tobie" przecież o niczym nie świadczą. Moim zdaniem to był raczej facet, który szukał przygód niż miłości. Jego zachowanie opisywane przez bohaterkę oraz to, co mówią o nim inni, o tym świadczy. Po tym weekendzie każde z nich poszło swoją drogą, ale Ann nigdy nie zaznała w pełni szczęścia. Nawet dzieci nie dały jej tyle radości.
Irytująca jest konstrukcja książki. Wspomnienia wydarzeń, wyimaginowane sytuacje, rozmowy rodziny przy łóżku przeplatają się ze sobą, nie są ułożone chronologicznie, wiec początkowo ciężko coś zrozumieć. W miarę czytania jest coraz lepiej. Chyba, że trafimy na fragmenty monologów bez interpunkcji. Ja w takich momentach nie jestem w stanie zrozumieć co czytam.
Nie ma wielkiego finału, nie ma zwrotów akcji. Jest tylko tęsknota za tym,co się nie wydarzyło. Może film będzie lepszy.

Seriale. Chyba jestem jedną z nielicznych osób, która musi nadrobić trzy sezony "Chirurgów". Obecnie jestem na szóstym i nie bardzo mi się podoba. Jednak jest lepszy niż ostanie sezony "House'a".

Inspirujące zdjęcia dnia: 

Tyle na dziś.

9 października 2012

The Avengers (2012)

Zbyt dużo tego typu filmów widziałam, by wpaść w zachwyt nad The Avengers. Nie zmienia to jednak faktu, że dobrze mi się go oglądało i nieźle się ubawiłam.


Każdy z superbohaterów ma swój własny film, więc kwestią czasu było wepchniecie ich do jednej historii, gdzie wspólnie ratuj świat (którego centrum jest zwykle w Nowy Jorku). Niezbędne też było doczepienie etykietki 3D, coby więcej zarobić.
Twórcy The Avengers nie grzeszą oryginalnością. Schemat fabularny jak taki, jak w każdym tego typu filmie. Najpierw wielkie wejście wroga, który wprowadza chaos. Potem akcja zbierania bohaterów i zapoznanie się z sytuacją. Następnie kilka niepowodzeń, gdyż nawet superbohaterowie mają wady. I ostateczne ratowanie ludzkości.
Ogólnie na ekranie dużo się dzieje. Co chwila jakiś wybuch, jakaś walka, gdzie bohaterowie mogą pochwalić się swoimi zdolnościami. I wszystko wspomagane efektami specjalnymi. W pewnym momencie miałam wrażenie, że oglądam najazd obcej cywilizacji z Transformers 3. Wiem jedno. Nie ma mowy o tym, by widz się nudził i oderwał oczy od ekranu.

Pod względem aktorskim nie jest źle. Prym jak wiodą dwie osoby: Robert Downey Jr. (Tony Stark) oraz Tom Hiddleston (Loki). Po piętach depczą im: Chris Hemsworth (Thor), Chris Evans (Kapitan Ameryka) i Mark Ruffalo (Hulk), a gdzieś tam w tyle zostaje Jeremy Renner (Hawkeye) Scarlett Johansson (Czarna Wdowa).
Najlepsze teksty bez wątpienia należą do Robert Downey Jr. Nie ma sobie równych jeśli chodzi błyskotliwe myśli, czym skradł cały film. Jednak relacje między postaciami sprawiają, że nie tylko rozwalanie budynków jest najważniejsze.

Lepszej i ciekawszej opinii nie jestem w stanie napisać. Ten film to czysta rozrywka. Na poprawienie humoru jak znalazł.
A niech będzie 7/10.

Widać, kto tu był najważniejszy ;)

8 października 2012

Z serii ulubione - adaptacja filmowa

Każdy ma własną wizję przeczytanej książki. Jednak kiedy powstaje film na jej podstawie, oczekuje się, że twórcy zachowają najważniejsze wątki, to co spaja całość. Niestety nie zawsze tak jest. Często po seansie fani są zawiedzeni, tym jak potraktowano książkę. Prawda jest taka, że nigdy nie wiadomo czy będzie to ekranizacja czy luźna adaptacja. Twórcy rzadko kiedy się chwalą.

Informacje, które znajdziecie poniżej to wyciąg z mojej pracy dyplomowej. Spędziłam nad tym tematem sporo czasu, by zebrać wszystkie istotne informacje. Temat ten już publikowałam na starym blogu na Filmweb, ale że odświeżam sobie widzę, to chciałam mieć go tutaj.

Igrzyska śmierci (2012) 

"Współcześnie adaptuje się niemal wszystko. W Stanach Zjednoczonych cokolwiek interesującego w dziedzinie literatury osiąga sukces rynkowy, staje się niemal natychmiast obiektem do zaadaptowania. [...] Ale nie chodzi tylko o Amerykę z jej specyficzną praktyką adaptowania. W kulturze współczesnej przedmiotem i materiałem zabiegów adaptacyjnych bywa nie tylko literatura w całym bogactwie jej rodzajów i gatunków, ale także widowisko teatralne, opera, operetka, show estradowy, obraz malarski, komiks czy gra komputerowa. Co więcej – wszystko to adaptuje się wielokrotnie”.  - Marek Hendrykowski

Słowa jednego z najbardziej znanych polskich filmoznawców idealnie przedstawiają tę sytuację. Adaptacje filmowe stanowią w dziejach kina nurt tak szeroki, że można uznać, iż je współtworzą. Stanowią około 40% filmów produkowanych rocznie na całym świecie. Można mówić nawet o „drugim nurcie literatury” bądź o „literaturze ekranowej”. Dzisiaj, co trzeci film jest ekranizacją książki bądź opowiadania. Najczęściej jednak film sięga po literaturę popularną: rozrywkową czy kryminalną, która ma największą liczbę czytelników, zwłaszcza wśród młodzieży.

Wpływ literatury

Literatura jako starsza siostra kina odgrywała w jego rozwoju bardzo ważną rolę, ponieważ kino nie miało żadnych własnych doświadczeń. Aby mogło się rozwijać, musiało czerpać z innych sztuk. Na przełomie wieków i w pierwszej połowie wieku XX czołowe miejsce zajmowała literatura. Uznanie i żywe tradycje wywodziły się przede wszystkim z kręgu kultury literackiej. To miało duży wpływ na rozwój filmu. Sztuka filmowa stała się terenem, gdzie ścierały się i zderzały: tradycja i nowe tendencje kulturowe. Film wchodził w kulturę korzystając z utrwalonych w niej wzorców. Zawdzięcza swoje istnienie także malarstwu i muzyce, ale to właśnie kultura literacka była dla niego podstawowym i oczywistym oparciem. Literatura jako pierwsza sztuka słowa jest źródłem wzorów i norm dla filmu.

Kino powstało przede wszystkim dla rozrywki. Dlatego film od początku swego istnienia zmierzał do zajęcia poważnego miejsca w kulturze masowej i przejęcia dotychczasowej roli literatury popularnej. I niewątpliwie udało mu się tego dokonać. Ale pojawił się problem.
Film stał się „masowy”, twórcy są zależni od producentów, produkcje mają charakter przemysłowy – tak dziś jest postrzegane kino. Dość dużo czasu minęło zanim sztuka filmowa usamodzielniła się, weszła na nową drogę poszukiwań. W pierwszej kolejności musiała do siebie przekonać widzów, oswoić ich z nową formą, która była czymś nowym i odmiennym od tradycyjnych środków. Dziś kino walczy o to, by przekonać widzów, że nie jest sztuką, która nastawiona jest tylko na komercyjność i zysk. Chce pokazać, że interesuje go też poważniejsza tematyka i potrafi o tym mówić tak samo, jak literatura.

Kino wielką i trwałą popularność zawdzięcza właśnie literaturze. A w szczególności wykorzystywaniu powieści jako materiału źródłowego do filmu. Fenomen adaptacji, bo o nim mowa, na stałe wpisał się w sztukę filmową i cieszy się niegasnącą popularnością. A czym jest tak naprawdę adaptacja?

Śniadanie u Tiffany'ego (1961)
Definicja adaptacji filmowej

Adaptacja, według Słownika filmu, to w najpowszechniejszym rozumieniu przystosowanie materiału literackiego przeznaczonego do sfilmowania.

Profesor Janusz Pilsiecki napisał o tym zagadnieniu tak:
Adaptacja filmowa to przeróbka twórcza, interpretacja utworu literackiego, to własny sposób widzenia świata i problemów przez reżysera. Z adaptacją mamy do czynienia wtedy, gdy pierwowzór literacki zostanie przekształcony w samodzielne dzieło filmowe i gdy będzie zachowana wierność pomiędzy książką a filmem. Jest to trudne zadanie dla reżysera, ponieważ przeniesienie treści na ekran nie jest w stanie w pełni oddać dzieła literackiego. Słowo pisane i obraz bardzo się od siebie różnią. Słowo jest w literaturze budulcem jedynym i wystarczającym, w filmie jednak otrzymuje wymiar wizualny. Obecnie sztuka filmowa dysponuje różnorodnością środków, co daje możliwość pokazania bardziej złożonych treści literackich poprzez odpowiedniki obrazowo – dźwiękowe. W wyniku tego powstaje dzieło mające liczne podobieństwa z literackim pierwowzorem. Nie można wszystkiego wprowadzić do filmu głównie z powodu czasu. Dlatego też, reżyser zmuszony jest do zmiany lub wyrzucenia niektórych wątków z książki, przez co wprowadza własną interpretację tekstu. 

Nie można po prostu zarejestrować na ekranie powieści bez jej uprzedniej adaptacji. Jedna sztuka nie przekłada się, ot tak po prostu na inną. Jedno medium nie tłumaczy się na drugie, ponieważ wyraża się w innym języku, formie i środkach wyrazu. Zbyt długą powieść trzeba skrócić, wielość wątków i postaci ograniczyć, dialog sceniczny urozmaicić obrazem, obraz malarski „ożywić” fabułą i postaciami.

Celem adaptacji więc nie jest pokazanie na ekranie całej powieści, lecz przekazanie w dobrej formie filmowej jej zasadniczych treści i głównych myśli. Adaptacja jest więc z reguły twórcza. Twórcy filmu muszą zachować określoną wierność wobec utworu literackiego, taką aby powstałe w wyniku adaptacji dzieło filmowe, mimo daleko sięgających nieraz zmian związanych z odrębnością techniki filmowej, nie rozmijało się w zasadniczych swych charakterystycznych cechach z adaptowanym utworem. 

Nie znaczy to, że twórcy filmowi muszą w każdym wypadku przenosić na ekran cały utwór literacki. Czasem może to być fragment utworu, jego określona część lub nawet jeden wybrany wątek. Film posługujący się materią innych sztuk czy inną materią gotową wyjmuje je z właściwych dla nich pierwotnych kontekstów i umieszcza je w nowych.

Godziny (2002)
Adaptacja a ekranizacja

Niektórzy twierdzą, że to to samo i można tych terminów używać zamiennie. Nic bardziej mylnego.

„Ekranizacja” oznacza zamierzone, absolutnie wiernie pod względem treści i formy przeniesienie na ekran filmowy widowiska scenicznego, a więc dramatu, opery czy innych form teatralnych oraz powieści.

Wielu znawców uważa jednak, że nie jest to dobra droga dla twórczości filmowej, bo film nie może być konkretnym „wykonaniem” oryginału literackiego, nie może oddać całego, wielorakiego bogactwa jego wartości.
Utwór literacki w wersji filmowej wychodzi zubożały, zdeformowany a nawet – przeważnie – wykoślawiony. W ten sposób film oddaje złą przysługę literaturze. A milionowym rzeszom dostarcza łatwej, „lekkiej strawy”, utrwalając w ich świadomości fałszywy obraz dzieła nieznanego lub znanego powierzchownie.
 
Nietrudno się z nimi nie zgodzić. Wiele filmów, które powstały na podstawie powieści, można zaliczyć jako nieudane, ponieważ cała historia została spłycona, autor scenariusza i reżyser nie uchwycili najważniejszych wątków ani ducha powieści.
Ale oczywiście nie zawsze tak jest. To, jak będzie wyglądał film zależy od tego, jaką wizję mają twórcy. Bywają też takie sytuacje, że na podstawie mało wartościowych utworów literackich często powstawały filmy o nieoczekiwanych walorach artystycznych, czego nie można było się spodziewać po książce.

Ci, co adaptują mają naprawdę trudne zadanie, by osiągnąć równowartość dzieła oryginalnego. Od adaptacji powieści oczekuje się zazwyczaj wierności, co jest niezwykle trudno pokazać na ekranie.

Adaptacja nie jest zdradą absolutną, a literatura nic na tym nie traci. Inaczej jest, gdy adaptuje się zwykłą powieść, która nie ma walorów artystycznych. W tym wypadku twórca filmu czuje się uwolniony od presji „wierności” i dowolnie modeluje pierwowzór literacki, otwierając go na realność i autentyzm nowego tła.    

Władca Pierścieni. Drużyna Pierścienia (2001)

Podsumowując, adaptacja filmowa to, w ogólnym znaczeniu, przełożenie najczęściej tekstu literackiego w celu dostosowania go do filmu. Scenariusz adaptacji jest zazwyczaj swobodny. Autorzy dodają i odejmują, łagodzą i zmieniają. Bardzo często pomijane są, ważne w pierwowzorze wątki oraz zmienione zostają zakończenia, często rozbudowane na potrzeby filmów.

5 października 2012

Michael Dorsey i Dorothy Michaels

Tootsie (1982)


Cóż może zrobić niedoceniany aktor, żeby zaistnieć? Ma wybitny talent, ale ma też wysokie wymagania. Nikt nie chce z nim pracować, każde przesłuchanie kończy się słowami "szukamy kogoś innego". W końcu wpada na pomysł, by pokazać swoje umiejętności z całkiem innej strony. Postanawia przebrać się za kobietę i zostać aktorką w operze mydlanej. Wreszcie nadchodzi upragniony sukces... sukces pełen komicznych sytuacji i nieoczekiwanych zdarzeń.


To jeden z lepszych filmów, w których mężczyzna przebiera się za kobietę. To, co głównie ten film wyróżnia to:

1. Rewelacyjna rola Dustina Hoffmana. Świetnie pokazał, jak to jest być kobietą: kupowanie ciuchów i kosmetyków, dobór dodatków ("nie mam odpowiedniej torebki to tego stroju") czy ubieranie się przed ważnym wyjściem ("co mam na siebie włożyć", "czy to pasuje do tego"). Jako kobieta musiał zmienić nie tylko swoje zachowanie, a także myślenie.

2. Pokazanie jak wyglądała praca przy serialu w latach 80. Przygotowanie się do roli, omawianie scen, chaos, wszelakie problemy techniczne, prowadzące do nadawania "na żywo".

3. Długa droga aktora do sławy. Wszystkim wydaje się to takie proste: skończyć szkołę aktorką, pójść na casting i od razu zostać zauważonym. Prawda jest zupełnie inna, i pierwsze minuty tego filmu są najlepszym przykładem. Nawet najbardziej utalentowany aktor musi się sporo namęczyć, by udowodnić, że potrafi

4. Przygotowanie do roli. Fajnie jest podpatrywać jak aktor staje się kimś zupełnie innym. A zwłaszcza, gdy ma zmienić płeć. Cały proces przemiany to fascynująca sprawa.

5. Bill Murray/ Jessica Lange/ Sydney Pollack/ - przyjaciel, ukochana i agent. Świetne zagrane role, choć lekko przyćmione przez Hoffmana.


Są też minusy. Postać Dorothy Michaels pojawia się nagle, wcześniej nic nie wskazuje na to, by bohater myślał o tej przebierance. Przynajmniej nie mówi o tym wprost. Zmienia się kadr i ulicą idzie Dorothy. Lekko mnie też wkurzał sposób mówienia Hoffmana jako Michaela. Miałam wrażenie, że cały czas ma coś w ustach. No i końcowa scena serialu. Myślałam, że to inaczej rozwiążą, bo wyszło trochę nudno.
Jednak całokształt jest jak najbardziej na plus.
Z czystym sumieniem polecam (choć pewnie tylko ja dopiero teraz obejrzałam ten film :) )
Ocena: 8/10

2 października 2012

"Na wschód od Edenu" John Steinbeck




"Sądzę, że na świecie istnieje jedna, tylko jedna historia – ta która napawa nas lękiem i natchnieniem, tak że żyjemy jakby w pewnym seryjnym filmie nieustających myśli i roztrząsań. Ludzie w swym życiu, w rozumowaniu, w pożądaniach i ambicjach, w swym skąpstwie i okrucieństwie, a także w dobroci i wspaniałomyślności – są uwikłani w matnię dobra i zła. Myślę, że to jest jedyna nasza historia i że rozgrywa się ona na wszystkich poziomach uczuć i inteligencji. Cnota i występek były wątkiem i osnową naszej najpierwszej świadomości i pozostaną tkaniną ostatniej, i to na przekór wszelkim przemianom, jakie możemy narzucić polom, rzekom i górom, ekonomii i obyczajom. Nie ma innej historii. Człowiekowi, który strząśnie już z siebie pył i śmierć życia, pozostaną tylko twarde, jasne pytania: czy to życie było dobre, czy złe? Czy postępowałem dobrze, czy źle?"*





Tytuł: Na wschód od Edenu
Tytuł oryginalny: East of Eden
Autor: John Steinbeck
Liczba stron: 848
Tłumaczenie: Bronisław Zieliński

Do tej powieści trzeba mieć cierpliwość. Nie tylko ze względu na jej rozmiar, ale przede wszystkim na treść. Steinbeck nie pisze o rzeczach niezwykłych. Fabuła nie rozwija się tu w tempie ekspresowym, nie podążamy za jednym, konkretnym bohaterem, który poszukuje jakiegoś celu, a zakończenie tej drogi nie jest wyczekiwanym punktem kulminacyjnym. Jest to po prostu opowieść o zwykłych ludziach.

Steinbeck snuje historię dwóch rodzin: fikcyjnej rodziny Trasków oraz swoich przodków - Hamiltonów. Początkowo są one opowiadanie oddzielnie, potem przez pewien przeplatają się ze sobą, jednak ostatecznie wszystko skupia się wokół Trasków. Na przykładzie ich codziennego życia, autor opowiada o walce dobra ze złem. O walce, która rozgrywa się na płaszczyźnie relacji międzyludzkich, ale głównie we wnętrzu człowieka. Każdy z nas ma w sobie jasną i ciemną stronę, które ciągle ze sobą walczą. Tylko od nas zależy, która z nich nami zawładnie.

Takie dylematy noszą w sobie bohaterowie książki. Kaleb Trask jest tym gorszym bratem, do którego wszyscy mają dystans. Jego powierzchowność odpycha ludzi, czyniąc go samotnikiem. Nikt nie wie, że walczy on ze sobą, ze swoją złą naturą, bojąc się, że go zdominuje. Natomiast jego brat bliźniak Aron to jego przeciwieństwo - uwielbiany i kochany przez wszystkich. W ich oczach nie ma żadnej skazy, nie skrzywdziłby nawet muchy. Jednak Kaleb znajduje rysy na nieskazitelnym obrazie brata.

Steinbeck portretuje także osoby, które z natury są dobre. W powieści to Samuel Hamilton oraz Adam Trask. Są oni przez autora niejako skontrastowani. Samuel nie pochodził z zamożnej rodziny, przez całe życie mieszkał na wyjałowionej ziemi. Miał dużą rodzinę i wielu rzeczy musiał się wyrzec, by zapewnić jej byt. Mimo to nie stracił pogody ducha i mimo własnej pracy, chętnie pomagał innym. Ludzie go bardzo szanowali. Inaczej jest z Adamem. Odziedziczył pieniądze po ojcu, ożenił się, wyjechał, kupił ranczo. Miał wielkie plany, ale  zgubiła go właśnie dobroć. Zaufał nie tej kobiecie co trzeba. I tylko na planach się skończyło, bo nie wykorzystał tego, co miał.

Jest jeszcze służący Adama - Li. Chińczyk wychowany w Stanach Zjednoczonych. Przez otoczenie nie jest uważany za kogoś godnego uwagi. Kolor jego skóry jest barierą nie do pokonania. Przyzwyczajony do samotności, skupia się na pracy. Jednak ta bariera zostaje zburzona przez Samuela - człowieka, który nie ma uprzedzeń. Dzięki temu Li ma możliwość głosu. Staje się reprezentantem mądrości i doświadczenia, których wielu bohaterom brakuje.

W całej galerii bohaterów, którzy pojawiają się w powieści (bo jest ich naprawdę dużo), na uwagę przede wszystkim postać Cathy/Kate. Postać od początku do końca zła. Jego istne wcielenie. Kobieta, która tylko dąży po trupach do celu. Co ciekawe, jej charakter nie jest niczym usprawiedliwiony. Nie miała traumatycznych przeżyć, które by ją tak ukształtowały. Ona po prostu taka jest, taka się urodziła. Tak jak zło nie ma swojego początku, ale ma za to same skutki. Wkracza ona w życie bohaterów, sprawnie nimi manipulując.

Steinbeck pokazuje, że to jak postrzegamy ludzi na pierwszy rzut oka, nie zawsze jest właściwe. Dajemy się nabrać na to, co inni mówią, nie próbują ich poznać. Nie od dziś się mówi, że pierwsze wrażenie jest mylne. A zwykle bywa tak, że ostatecznie wygra nie ten, który ma wszystko i świetnie sobie radzi, ale ten który potrafi się walczy o siebie i umie się przyznać do porażki. Bez względu na to jacy są bohaterowie, każdy z nich musi kiedyś zdać sobie pytanie: czy moje postępowanie było dobre czy złe. Nie wobec innych, ale wobec siebie samych.

Być może są to prawdy stare jak świat, może nie jest to nic odkrywczego. Ale Steinbeck opowiada tę historię w tak interesujący sposób, że pomimo wolnego tempa, nie można się oderwać. Wystarczy tylko przebrnąć przez początek pełen opisów.
Warto przeczytać.



* Z racji tego, że nie mam własnego wydania książki, cytat i okładkę "pożyczyłam" ze stron:
- cytat: http://pl.wikiquote.org/wiki/John_Steinbeck
- okładka: Księgarnia Pruszyński i S-ka http://ksiegarnia.proszynski.pl/product,61439

24 września 2012

W kilku słowach...


Obejrzałam ten film zachęcona bardzo pozytywnymi opiniami. Lubię historie z zaburzoną chronologią, które wymagają od widza skupienia. Jednak ta mnie nie przekonała. Głównie się wynudziłam, bo w połowie domyśliłam się zakończenia.
Pomysł na fabułę jest dość ciekawy. Pozbywanie się wspomnień o wybranej osobie, tworzenie mapy myśli, którą powoli się kasuje, zaczynając od ostatnich/najświeższych wydarzeń. Jednak realizacja tego trochę mnie zawiodła. Najpierw jest 17- minutowy, lekko nudnawy wstęp (nim pojawią się napisy) to tak naprawdę część końcówki filmu. Potem historia wraca do początku: jest wizyta u dr Howarda i podjecie decyzji o zabiegu usuwaniu wspomnień.
Większa część filmu to próba ocalenia obrazu ukochanej przez głównego bohatera - przeskakiwanie z jednego wspomnienia do drugiego. Dość szybko się połapałam jak wyglądał związek Joela i Clementine, wiec czekałam tylko na rozwiązanie fabuły.
Dałabym sobie spokój w połowie, gdyby nie świetne role głównych aktorów. Kate Winslet i Jim Carrey pokazali mi się od zupełnie innej strony.
Doceniam całość, ale to film nie dla mnie.
Ocena: 6/10


Equilibrium (2002)

Intrygująca wizja jak zapobiegać konfliktom i wojnom. Pomysł jest prosty. Wyłączyć emocje. Bo to one są katalizatorem ludzkich zachowań. Społeczeństwo musi codziennie zażywać (a raczej wstrzykiwać, bo płynne działa szybciej) narkotyki, by władza utrzymała go w ryzach. Co dzięki temu uzyskują? Posłuszny ludzki tłum, żyjący w pustych, betonowych ścianach. Nie ma muzyki, filmów, sztuki. Nic, co wzbudziłoby pracę neuronów. Jest tylko jeden wyraz twarzy i beznamiętnie wypowiadane zdania. Taka jest cena za spokój. Co z tego, skoro dyktatorski rząd (składający się z jednej osoby - Ojca) morduje każdego kto się przeciwstawi.
Fabuła wydaje się prosta. Nagle jeden z najlepszych przedstawicieli tłumienia buntu, nie zażywa dawki "leku". Wiadomo, że od tego momentu będzie walczył o wolność, ale w toku wydarzeń jest jeszcze wiele innych zwrotów akcji, których widz się nie spodziewa.
Ten film to przede wszystkim świetna rola Christiana Bale'a. On jest tu najważniejszy (bo jak wiadomo Seana Beana musieli ukatrupić). Zagrać twarz bez emocji jest sztuką, a Bale świetnie to wyszło. Co innego Taye Diggs jako kleryk Brandt. On raczej nie potrafił zachować kamiennej twarzy, bo często gościł na niej półuśmiech i zaciętość.
A. Zapomniałam o widowiskowych scenach walk, nakręconych od razu za pierwszym podejściem. Nie bardzo mi to przypomniało Matrix, ale ja się nie znam.
Ocena: 8/10



Każdy sequel ma to do siebie, że musi być lepszy, większy, głośniejszy. Często scenarzyści i producenci przesadzają mając do dyspozycji większy budżet. W przypadku Sherlocka Holmesa to aż tak bardzo nie razi. Przynajmniej nie mnie.
Przyznam szczerze, że nieźle się bawiłam oglądając drugą część. Intryga szyta jest grubymi nićmi, cała akcja rozgrywająca się w kilku państwach, pędzi na złamanie karku. Jedynie co mi się wybitnie nie spodobało, to scena ucieczki w lesie. Przemieszanie szybkich sekwencji ze slow motion wyglądało okropnie. Głównie patrzyłam na dziwnie powyginane ciała i głupie wyrazy twarzy.
Jednak mocną stroną filmu są świetne dialogi oraz duet Robert Downey Jr./ Jude Law. Gdyby nie oni, rewelacyjnie w swoich rolach, tego filmu nie dałoby się oglądać. Są jeszcze postaci kobiece: Mary Watson oraz cyganka Simza. Żona Watsona pojawia się rzadko, bo nie jest aż tak ważna dla fabuły, więc Kelly Reilly nie miała bardzo wiele do grania. Co innego Noomi Rapace w roli Simzy. Miała być główną postacią żeńską, a stała się dodatkiem do Holmesa i Watsona.
Całość jednak wypada pozytywnie. Bo przecież o dobrą zabawę tu chodzi.
Ocena: 7/10

17 września 2012

Musicalowa perfekcja




W dzieciństwie piosenka Singin' in the rain kojarzyła mi głównie z reklamą warzyw Bonduelle :) Wiele lat potem trafiłam na właściwy film, ale musiało minąć jeszcze trochę czasu, zanim pokochałam musicale.

Takich filmów już dziś się nie kręci. Filmów, które mając prostą fabułę, potrafią bawić, wywołać uśmiech na twarzy samym wspomnieniem jakiejś sceny. Szkoda, bo dziś brakuje takich muzycznych historii, gdzie liczy się jakość, a nie ilość nazwisk w obsadzie, scenografii i wydanych pieniędzy.

Stany Zjednoczone. Koniec ery filmu niemego. Producenci jednej z większych wytwórni filmowych mają duże problemy z udźwiękowieniem swoich nowych filmów, gdyż ich wielka gwiazda, Lina Lemont (Jean Hagen), ma głos, który...przypomina skrzypiące drzwi. Mimo lekcji wymowy Lina nie "brzmi" dobrze - ani na ekranie, ani w życiu prywatnym. Jej partner, słynny amant, Don Lockwood (Gene Kelly) poznaje bardzo interesującą młodziutką aktorkę, Kathy Selden (Debbie Reynolds), która zarabia śpiewając na przyjęciach. Pomimo początkowej niechęci ta dwójka zaprzyjaźnia się i w końcu zakochuje w sobie. Pozostaje już tylko jeden problem: głos Liny, który trzeba zastąpić cudzym. Na szczęście przyjaciel Dona, Cosmo Brown (Donald O'Connor) znajduje rozwiązanie.
(Źródło opisu: Filmweb.pl)



Ten film ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Niezapomniane piosenki i rewelacyjne układy taneczne. Kultowa deszczowa choreografia Singin' in the rain, cudowne Good Morning i zabawne Make'em Laugh, zostają na długo w pamięci. Aż marzy się, by mieć taki talent i lekki ruchy w tańcu. Między piosenkami przeplata się ciekawa, choć mało skomplikowana fabuła, która została wymyślona po napisaniu utworów. Scenarzyści musieli połączyć wszystko w logiczną całość, co im bardzo zgrabnie wyszło. Świetne aktorstwo to dopełnienie całości. Gene Kelly to klasa sama w sobie, Donald O'Connor to mistrz komizmu - zasłużony Złoty Glob. Jean Hagen jest idealna w roli rozkapryszonej, skrzeczącej i mało rozgarniętej aktorki, a Debbie Reynolds w swojej pierwszej znaczącej roli wypadła bardzo wiarygodnie.


Deszczowa piosenka to najlepszy musical w dziejach kina. Bez względu na to, czy jest się fanem tego gatunku czy nie, warto obejrzeć. Entuzjazm bijący z ekranu od razu poprawi humor. Polecam.
Ocena 9/10

12 września 2012

Podróż w górę rzeki, w sam środek piekła na ziemi



Pewna pani doktor na zajęciach z literatury zwykła mawiać, że krótkie utwory prozaiczne trzeba czytać dwa razy, by więcej z nich zrozumieć. To było przy okazji omawiania Jądra Ciemności J. Conrada. To jedna z tych książek, przez którą trudno przebrnąć. Niektórzy twierdzą (w tym ja), że sama lektura to nużące i  męczące brnięcie przez mrok. Fabuła nie jest zbyt skomplikowana, ale została napisana tak, że trzeba się mocno skupić, by nie zgubić wątku. A potem nie ma się ochoty do niej wracać.

Do filmu zabierałam się jak pies do jeża. Ledwo przebrnęłam przez książkę, to teraz mam wciągnąć się w historię wojenną, w gatunek który omijam szeroki łukiem? Postanowiłam jednak zaryzykować. Skoro moim założeniem jest obejrzenie starych dobrych filmów, to nie mogłam pominąć Czasu Apokalipsy.

Od razu zabrałam się za wersję reżyserską, która ma dodatkowe 49 minut i tym samym film trwa ponad trzy godziny. Myślałam, że będzie to długi seans, że w połowie dam sobie spokój. Okazało się jednak, że nie mogłam oderwać się od tego filmu. Nie znam się na konfliktach wojennych, nie lubię filmów o żołnierzach, a historii unikam od liceum. Mimo to oglądałam z ogromnym zaciekawieniem, chłonąc wszystko, co widziałam na ekranie.



Film jest luźną adaptacją powieści Josepha Conrada "Jądro ciemności", której akcja została przeniesiona w czasy wojny w Wietnamie. Film koncentruje się na podróży kapitana Willarda ( Martin Sheen) - oficera amerykańskiego wywiadu - wysłanego w głąb Kambodży z niebezpieczną misją "bezwzględnego wyeliminowania" dezertera, pułkownika Kurtza (Marlon Brando), który dając się ponieść własnemu szaleństwu, zbuntował się przeciw przełożonym.
Podróżując w górę rzeki kapitan Willard poznaje porucznika Kilgore'a (Robert Duvall), który przy dźwiękach "Walkirii" Wagnera prowadzi szwadron helikopterów do walki i organizuje zawody w surfingu, podczas gdy wróg ostrzeliwuje wybrzeże. To on umieszcza Willarda w wojskowej łodzi patrolowej, której czteroosobowa załoga tworzy swoisty mikrokosmos amerykańskiej armii. Ciemnoskóry dowódca Chief Philips to były taksówkarz próbujący uchronić swoją jednostkę przed zatonięciem, a swoich podwładnych przed narkotykowym obłędem. Chef, nowoorleański kucharz, zaciągnął się do marynarki w nadziei, że jada się tam lepiej niż w piechocie. Jest jeszcze Clean, ciemnoskóry nastolatek z Bronxu (w tej roli 15-letni Laurence Fishburne) i Lance, kalifornijski surfer, porwany przez wojenną zawieruchę. Przemierzając terytorium Kambodży zagłębiają się w otchłań iluzji i wszechogarniającego szaleństwa, poznają najciemniejsze zakamarki ludzkiego serca.

[ Źródło: Filmweb: opis dystrybutora DVD ]

Wszystkie moje odczucia po obejrzeniu, zawarte są w niemal każdej recenzji, jaką przeczytałam. Świetny scenariusz, rewelacyjne aktorstwo, zdjęcia, muzyka i efekty. Żeby łatwiej mi było zrozumieć film, poczytałam  też trochę na temat wojny wietnamskiej.
Mimo, że tempo jest powolne, to chłonie się każdą scenę i z napięciem czeka się, aż załoga kapitana dobrnie do celu. Pierwsza połowa filmu to obraz frontu wojennego. Willard dostaje zadanie - misję, która nie istnieje i nie ma prawa istnieć. Dostaje łódź z młodą załogą i musi dostać się do porucznika Kilgore'a, który ma mu pomóc dostać się do granicy frontu. Barwna postać porucznika wnosi trochę komizmu do filmu. Jak mówi o nim Willard: "Kilgore umiał się ustawić. Przyleciały piwo i steki. Imprezka na polu walki. Pewnie nie był złym oficerem. Kochał swych chłopców, a oni czuli się przy nim bezpieczni. Otaczała go szczególna aura. Czuło się, że przejdzie przez tą wojnę nawet nie draśnięty."
Druga część filmu to zmierzenie się z nieznanym. Załoga płynie w górę rzeki w poszukiwaniu Kurtza, nie wiedząc co może spotkać po drodze. A potem (dokładnie po dwóch i pół godzinie) pojawia się cel. Scena, kiedy łódź patrolowa Willarda przepływa między małymi łódkami dzikich jest fenomenalna. Muzyka buduje napięcie i tylko czeka się, aż pojawi się Kurtz w postaci Marlona Brando.
Gra Brando jest świetna, ale nie nazwałabym jej genialną. Może dlatego, że jest go po prostu za mało na ekranie. Siedzi i wygłasza kwestie. Uznawane przez krytyków mistrzowskie oświetlenie tej postaci w czasie monologu nie było zamierzeniem reżysera. Coppola musiał zmienić scenariusz, by ukryć to, że aktor utył. O wiele bardziej doceniam kreację Martina Sheena. Widać,że mocno pracował nad rolą. Nawet był pijany przez dwa dni, by scena z początku filmu wyglądała autentycznie. I oczywiście Robert Duvall. Jego porucznik Kilgore jest niesamowity. Zasłużony Złoty Glob i nominacja do Oscara.

Porucznik Kilgore: Uwielbiam zapach napalmu o poranku.

Czas Apokalipsy to także świetne dialogi, kultowe już teksty. A przede wszystkim przesłanie. Ten film doskonale obnaża to, co w wojnie jest złe i bezsensowne, prawie nie pokazując walki na froncie. Walka odbywa się głownie w sferze psychicznej bohaterów. Okrucieństwo wojny, lojalność wobec przełożonych i niemożliwy powrót do domu. Bo myśli nieustannie wracają do dżungli... Na ten temat można by napisać osobną notkę.
Wiem jedno - ten film warto zobaczyć.
Ocena: 9/10

6 września 2012

Szkoła w filmie



Uwielbiam wrzesień. Nie tylko dlatego, że mam w tym miesiącu urodziny. Jesień zawsze mnie mobilizuje do działania. Kolory drzew, wieczorne spacery, brak palącego słońca i jesienne ramówki stacji telewizyjnych.

Niestety telewizja z roku na rok coraz bardziej zawodzi. Od dłuższego czasu bardzo rzadko oglądam tv, ale z ciekawością patrzę, co tam nowego się ma pojawić. Wszędzie nowe serie talent shows, które coraz bardziej nudzą ludzi. Patrząc na nowe filmowe propozycje, nic dla siebie nie znalazłam, bo większość filmów już widziałam. Niektóre to nawet powtarzają. Kiedyś w ramówce TVN zapowiadał nowość Ostatni samuraj. Śmiać się wtedy chciało, bo to była już czwarta emisja filmu w ciągu dwóch lat. Na szczęście jest internet i nie ma problemu z serialami.

Jako, że wrzesień to początek szkoły, dziś trochę  filmach z nią związanych. Przy okazji nachodzą mnie myśli, że chętnie bym wróciła do szkolnej ławki. Wtedy wszystko było takie proste :)

W tym krótkim przeglądzie, który nie wyczerpuje tematu, kilka najbardziej znanych filmów.


Szkolny chwyt (2006),  reż. Ryan Fleck - szkoła na Brooklynie, uzależniony nauczyciel historii i jego niecodzienna przyjaźń z jedną z uczennic. Ten film koniecznie muszę zobaczyć, bo ma bardzo dobre recenzje.


Szkoła Rocka (2003), reż. Richard Linklater - elitarna szkoła muzyczna, Jack Black jako pseudo-nauczyciel matematyki i dużo muzycznego talentu. Mam same pozytywne odczucia po tym filmie i chętnie do niego wracam.


Młodzi gniewni (1995), reż. John N. Smith - obraz amerykańskiej szkoły z trudną młodzieżą, z która pragnie się zmierzyć nieustępliwa nauczycielka. To już klasyk, wraz z piosenką "Gangsta Paradise".


Stowarzyszenie umarłych poetów (1989), reż. Peter Weir - ekskluzywna szkoła dla chłopców w Anglii i ekscentryczny profesor John Keating, który wnosi w szacowne mury uczelni ducha poezji, miłości życia i samodzielnego myślenia. Ten film na długo zostaje w głowie.


Klub Winowajców (1985), reż. John Hughes - piątka uczniów reprezentuje różne szkolne subkultury w szkole. Jeden dzień, jedna sala i to wypracowanie zburzy cały dotychczasowy szkolny porządek.


Grease (1978),  reż. Randal Kleiser - amerykańska szkoła lat 50. w wersji muzycznej. Choć ciężko uwierzyć, że bohaterowie mają tam po naście lat, skoro większość aktorów występujących w filmie skończyła już dwadzieścia parę lat.


Wesprzyj się na mnie (1989), reż. John G. Avildsen - historia oparta na faktach. Eastside
High School w New Jersey była najlepszą szkołą w Ameryce. Obecnie w oficjalnym raporcie stanowym figuruje ją jako "gniazdo przemocy" - siedlisko młodocianych gangów i handlarzy narkotyków. To historia Joe Clarka, nowego dyrektora, który dzięki niekonwencjonalnym metodom zaprowadził porządek i uratował szkołę.


Plus kilka młodzieżowych filmów, które oglądałam bez irytującego wyrazu twarzy dość dawno temu :)

John Tucker musi odejść (2006) - pierwsze kroki Brittany Snow
Ona to on (2006) - rozkwit kariery Amanda Bynes
Sztuka rozstania (2001) - tu grał młody Ben Foster
Zakochana złośnica (1999) - dla wszystkich fanek Heatha Ledgera i Josepha Gordon-Levitta
Cała ona (1999) - złote czasy Freddie Prinze Jr.
Pamiętnik Księżniczki (2001) i początek kariery Anne Hathaway


Na moim kalendarzu we wrześniu gości sam Humphrey Bogart :)