29 lutego 2012

Służące

Ten post miałam dodać już dawno temu. Jednak mamy rok przestępny i nie mogłam się oprzeć tej dacie ;) W końcu następna okazja trafi się za cztery lata, a nie wiem czy do tego czasu wytrwam w blogowaniu.
Dziś kilka słów na temat książki "Służące" i jej ekranizacji.


Jest to wciągająca i trzymająca w napięciu do samego końca opowieść o skomplikowanych relacjach między kobietami z amerykańskiego Południa, a także stereotypach, z którymi muszą się zmagać.

Kathryn Stockett stworzyła trzy wspaniałe kobiece bohaterki. Odwaga i determinacja, z jaką podjęły się swojego zadania, zapoczątkowały nieodwracalną zmianę w ich własnym życiu oraz w życiu mieszkańców miasta.

Choć akcja książki toczy się w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku na amerykańskim Południu, a temat segregacji rasowej wydaje się tu niezwykle istotny, jest to też zarazem ponadczasowa i uniwersalna opowieść o ograniczeniach, którym wszyscy podlegamy i które pragniemy znieść.

Książka budzi wiele emocji – od łez do śmiechu, a lekturze towarzyszy wyzwalające uczucie, że jeśli tylko odrzucimy strach, zmiana na lepsze zawsze okazuje się możliwa.

(źródło opisu:  http://www.iwoman.pl/popkultura/ksiazki/warto;przeczytac;sluzace,170,0,623274.html )


Narracja jest prowadzona z perspektywy trzech kobiet:

Aibileen to doświadczona służąca, która w domu państwa Leefolt zajmuje się wychowywaniem kolejnego dziecka. Ze swoimi pociechami nawiązywała bardzo silną więź i ciężko było jej patrzeć, jak dzieci które wychowała stają się tak samo bezwzględni jak ich rodzice. Mimo to przełykała gorzką pigułkę i dalej robiła swoje. Jednak śmierć syna przelewa szalę goryczy. Staje się bardziej odważna, wyczulona na każdą niesprawiedliwość.

Minny to całkowite przeciwieństwo spokojnej i odpowiedzialnej Aibileen. Są najlepszymi przyjaciółkami i  wspierają się wzajemnie w każdej sytuacji. Głównym problemem Minny jest jej niewyparzony język, przez który ciągle wpada kłopoty. Jej gadulstwo i popędliwość sprawia, że co raz jest wyrzucana z pracy i nie może znaleźć kolejnej. Udaje jej się jednak dostać posadę po za miastem, gdzie nikt jeszcze nie słyszał  o jej głośnych myślach, świetnym gotowaniu i mścicielskich zdolnościach... ;)

Skeeter wraca po studiach do domu, by zmierzyć się z dorosłym życiem i szukać pracy. Po czterech latach poza rodzinnym miastem zaczyna zauważać to, czego wcześnie nie widziała. Zaczyna dostrzegać jak jej rodzina oraz najlepsze przyjaciółki traktują swoje służące, ile w ich zachowaniach jest wywyższania się i pogardy w stosunku do pomocy domowej. Poza tym Skeeter buntuje się przeciwko zasadom koniecznego wyjścia za mąż w młodym wieku, urodzenia dzieci i zajmowaniu się domem (a raczej dyrygowaniem służbą).

Drogi tych trzech kobiet - dwóch czarnych służących i białej wykształconej dziewczyny, skrzyżują się ze sobą, gdy Skeeter podejmie się ryzykownego zadania, jakim jest napisanie książki o pracy czarnych służących w Jackson.

Emma Stone jako Skeeter 

Książka

Nie spodziewałam się, że ta książka mnie wciągnie. Od bardzo dawna nie przeczytałam nic, co by nie dawało mi spokoju przez kilka dni. Ostatnio miało sięgam po pozycje z literatury kobiecej, ale ta mnie od razu przyciągnęła i była gwiazdkowym prezentem :)
Po raz pierwszy zdarzyło mi się utożsamiać z książkowym bohaterem. Mimo, że akcja dzieje się w latach 60., to mam wrażenie, że pewne sytuacje nie są mi obce. Ale nie ma to nic wspólnego z posiadaniem służących ;)
Powieść wywołuje wiele pozytywnych emocji, uczy konspiracyjnych działań i grania na nosie tym, których się nie lubi. Daje nadzieję na lepsze jutro, nawet wtedy, gdy zostajemy z niczym i nie mamy żadnego awaryjnego planu.
Co ciekawe, zanim książka Kathryn Stockett została wydania, była odrzucana wielokrotnie (gdzieś przeczytałam, że około 60 razy). Nic, tylko pogratulować autorce wytrwałości. Boję się pomyśleć jak to będzie, gdy ja odważę się kiedyś wysłać swoją twórczość do wydawnictwa :)



Film

Najgorsza rzecz, jaką można zrobić tuż po przeczytaniu książki - obejrzeć jej ekranizację. To jest chyba zły moment, bo mając w głowie całą fabułę widzi się wszystkie zmiany, wycięcia... itp. Z perspektywy czasu nie byłabym tak czepialska, gdybym pamiętała mniej szczegółów. Oczywiście nie mogłam się powstrzymać. Ale do rzeczy.
Mimo wielu, choć nie tak bardzo drastycznych, zmian w fabule, film mi się podobał. I na pewno do niego nie raz wrócę. Na pochwały zasługuje obsada: kobiece aktorstwo jest tu na wysokim poziomie. Bardzo rzadko się zdarza, by powstał film z tak dużą liczbą dobrych aktorek. Nagrody i nominacje w pełni zasłużone. Świetna Emma Stone, Viola Davis, Bryce Dallas Howard i Octavia Spencer. Jedynie mi nie pasowała nominacja do Oscara Jessiki Chastain za rolę Celii Foote. Ta postać była w książce jedną z moich ulubionych postaci, a w filmie jest jej strasznie mało. Aktorka nie miała wiele do popisu, choć to co zaprezentowała w kilku scenach było ciekawe.
Mimo, że w filmie nie ma wiele akcji, fabułę śledzi się z zapartych tchem. Czy knuta intryga zostanie odkryta? Czy odniesie skutek?



Wielkim plusem jest charakteryzacja i scenografia. Świetnie oddaje klimat lat 60. Białe domy z werandami, przystrzyżone chodniki - znak rozpoznawczy bogatych białych. Z drugiej strony bure domy czarnoskórych, gdzie kilkanaście osób musi mieścić się w dwóch pokojach. Kolorowe stroje, fikuśne fryzury z salonów fryzjerskich, wykrochmalone mundurki służących (tak na marginesie miały być białe, nie niebieskie). Wszytko to składa się na bardzo piękny obraz prowincji, gdzie buduje się osobne toalety dla czarnych, wykorzystuje się ich do granic możliwości i szydzi z ich małych zarobków.
Mimo pastelowych barw, walki w słusznej sprawie i bliskości osiągnięcia celu, nie ma na końcu oczekiwanych słów: happy end. Zakończenie pokazuje, że pewnych spraw i zachowań nie da się zmienić. Jedyne, co możemy zrobić to ruszyć dalej, bo zawsze jest nadzieja na lepsze jutro (choć to matka głupich).



I tyle z moich jakże chaotycznych przemyśleń.
Wkrótce kilka książkowych i filmowych zapowiedzi, nowe odkrycie muzyczne i przejażdżka autostopem przez Śródziemie.

22 lutego 2012

The opening credits

Czyli napisy początkowe.
Czołówka to preludium dzieła filmowego. Nie każdy zwraca na nią uwagę, bo zawiera głównie nazwiska twórców. Jednak te pierwsze minuty mogą być bardzo pomysłowe.

Są filmy, które nie mają tego typu wstępu, pojawia się tylko nazwa wytwórni filmowej i tytuł (Władca Pierścieni, Gra w serca, Nie opuszczaj mnie). Są też takie, gdzie napisy pojawiają się na pierwszych scenach (Śniadanie u Tiffany'ego, Lśnienie) oraz takie, które mają całkiem oddzielną czołówkę (Złap mnie, jeśli potrafisz, Batman)

Poniżej kilka przykładów z bardziej znanych filmów:


Śniadanie u Tiffany'ego (1961) reż. Blake Edwards


Lśnienie (1980) reż. Stanley Kubrick


Batman (1989) reż. Tim Burton


Fight Club (1999) reż. David Fincher


Se7en (1995) reż. David Fincher


Złap mnie, jeśli potrafisz (2002) reż. Steven Spielberg


Juno (2007) reż. Jason Reitman


Sherlock Holmes (2009) reż. Guy Ritchie


Drive (2011) reż. Nicolas Winding Refn


Dziewczyna z tatuażem (2011) reż. David Fincher


Co chwila przychodzą mi na myśl jeszcze tytuły, gdzie czołówka zapadła mi w pamięć, niestety nie wszystkie można naleźć. A temat jest niewyczerpalny. Wasze pomysły mile widziane ;)
Kolejnym razem wezmę na warsztat czołówki z seriali telewizyjnych. A w tym temacie materiał badawczy jest bardziej dostępny :)


16 lutego 2012

W kilku słowach...



Nie przypadł mi ten film do gustu. Nie zachwycił, nie rozśmieszył. Obejrzałam do końca tylko dlatego, że nie mam zwyczaju przerywać filmu w połowie. Sam pomysł na fabułę jest ciekawy: jedna noc z życia boya hotelowego, któremu przytrafiają się sami najgorsi rezydenci. I to w noc sylwestrową. Jednak ani pomysł, ani obsada nie obroniły filmu, gdyż został zmiażdżony przez krytyków, a ci przy okazji narazili się fanom R. Rodrigueza i Q.Tarantino. Cóż, ja fanką tych twórców wymienionych panów nie jestem i ciągle odwlekam obejrzenie "Pulp Fiction". Może dlatego ten obraz do mnie nie trafił. A może nieświadomie podzielam zdanie krytyków, że twórcy mogli się bardziej postarać? 
Ocena: 5/10


Spodobał mi się musicalowy Burton. Mimo, że było dość krwawo i obrzydliwie, to jestem pod wrażeniem wizji reżysera. Scenografia dopracowana do perfekcji to główna zaleta. XIX-wieczny Londyn wygląda rewelacyjnie w mrocznej tonacji, czuć to w każdym ujęciu. Aktorzy u Burtona zawsze są w dobrej formie, bo on wie jak wydobyć z nich to, co najlepsze. Tu jednak musieli się zmierzyć z partami śpiewanymi. Z różnym skutkiem. Nikt z obsady nie śpiewa zawodowo (chyba, że o czymś nie wiem), więc nie ma sensu wymagać od aktorów perfekcji. Najgorzej wokalnie wypadła Helena Bonham Carter, o wiele lepiej słuchało się Johnny'ego Deppa i Alana Rickmana. "Sweeney Todd" to dobry film, mający ten "burtonowski" klimat. Jednak trochę za krwawy jak na mój gust, więc jeden seans mi w zupełności wystarczy.
Ocena: 7/10


Los Angeles. 11 osób i 6 różnych historii. Wśród nich imprezowiczka, której wpada w oko nieśmiały chłopak, mężczyzna podrywający w barze samotne kobiety, starsze małżeństwo w czasie kryzysu, uciekająca od miłości reżyserka teatralna, żona zdradzająca męża z pastorem oraz matka czuwająca przy chorym synu. Każde z nich na swój sposób zmaga się z codziennym życiem, poszukuje właściwej drogi dla swej indywidualności. Ale to co je łączy to potrzeba odrobiny bliskości, która zaprowadzi ich do wielkiego przyjęcia...
Dawno nie widziałam tak dobrego filmu o miłości i związkach w ogóle. Dziś rzadko się zdarza, by ktoś napisał naprawdę dobry scenariusz o takiej tematyce. To jest jedna z takich perełek. "Gra w serca" nie jest też zwykłą 'komedią romantyczną', bo nie wszystko ma tu szczęśliwe zakończenie, a związki między ludźmi nie zawsze są proste. To film, który wzrusza, zmusza do refleksji i pozytywnie nastraja.
Oprócz scenariusza, największą zaletą jest świetna obsada: m.in. Angelina Jolie, Gillian Anderson, Ellen Burstyn, Sean Connery, Dennis Quaid. Jeśli będziecie mieli okazję zobaczyć ten film, to polecam.
Ocena: 8/10




Niesamowicie klimatyczny film. Ale bardzo przygnębiający i smutny. Jednocześnie jest to jedna z najlepszych adaptacji filmowych, jakie miałam okazję oglądać. Scenariusz zawiera wszystko to, co jest istotne w książce, rezygnując z mniejszych wątków, które i tak po jakimś czasie uciekają z pamięci.
Jedyna diametralna zmiana to pokazanie na samym początku jakiego tematu dotyka historia. W książce jest ona ujawniana w miarę czytania.
Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej dochodzę do wniosku, że w przypadku tego filmu lepiej zacząć od książki. Jest ona w dużej mierze zbudowana na emocjach bohaterów, ich relacjach między sobą czego tak dokładnie nie widać w filmie, z racji czasu. Wtedy o wiele łatwiej jest zrozumieć zachowanie bohaterów w filmie.
Tematyka, którą porusza film (i książka), jest zwykle zarezerwowana dla filmów sci-fi, takich jak Wyspa czy Surogaci. Klonowanie, donacje, dawcy organów i ich izolacja są zwykle przedstawiane w futurystycznym świece, do którego prawdopodobnie zmierza współczesna cywilizacja. Jednak ta historia dzieje w latach 70. XX w., na angielskiej prowincji, co sprawia że sprawa jest nam o wiele bliższa. I skłania do refleksji.
Warto obejrzeć. Dla historii, dla świetnych aktorów (w szczególności dla Carey Mulligan) i dla wizualnego przedstawienia książkowych pejzaży.
Ocena: 8/10



W istocie, lepiej być nie może :) Świetny scenariusz, świetne dialogi i całkowicie nowe spojrzenie na próby wyrwania człowieka z wyizolowania. Pokazać jak człowiek zmienia się pod wpływem innych (w sensie pozytywnym) to niełatwa sztuka.
Melvin Udall to człowiek, którego denerwuje wszystko. Jest uprzedzony do ludzi i zwierząt, wiecznie niezadowolony, ma nerwicę natręctw, a jego ulubionym towarzystwem jest on sam i maszyna do pisania. Obraża, poniża i wyładowuje swoje frustracje na innych. Ciężko jest zmienić kogoś takiego, prędzej unika się go jako ognia. Sytuacja zmienia się, gdy Melvinowi zaczyna palić się grunt pod nogami. Nagle musi zaopiekować się psem swojego sąsiada-geja (którego nie znosi), a potem z kafejki gdzie zwykle jada, znika jego ulubiona kelnerka (która jako jedyna go toleruje). Zmiany są jedyną rzeczą jakiej chciałby Melvin, ale musi coś zrobić, by wszystko wróciło do normy. Tyle, że odkrywa jak bardzo mu brakuje kontaktu z drugim człowiekiem...
Melvin jest chamem i ignorantem, ale jego zachowanie wynikające z choroby dość często śmieszy i nawet budzi sympatię. Patrząc jak się zmienia, ma się wrażenie, że każde dziwactwo można pokonać :)
Ten film to popis aktorski Jacka Nicholsona (który awansował do rangi moich ulubionych aktorów), Helen Hunt (która mnie zaskoczyła swoją rolą) oraz Grega Kinneara (którego kino chyba nie docenia). Zapewne jeszcze nie raz do niego wrócę.
Ocena: 8/10



Pięciu uczniów musi za karę spędzić całą sobotę w szkole, pisząc wypracowanie na temat: "Kim jesteśmy?" Każdy z nich reprezentuje inną szkolną grupę. Tak więc na zdjęciu od lewej: John Bender (Judd Nelson) wielki buntownik, Allison Reynolds (Ally Sheedy) samotna ekscentryczka, Andy Clark (Emilio Estevez) kapitan drużyny zapaśniczej, Claire Standish (Molly Ringwald) popularna szkolna królowa piękności oraz Brian Johnson (Anthony Michael Hall) typowy kujon do bicia. Teoretycznie nie powinni mieć ze sobą nic wspólnego. Przecież należą do innych kółek wzajemnej adoracji, więc nie rozmawiają ze sobą, ignorują się  wzajemnie. Ale ten jeden dzień, ta jedna sala i to jedno wypracowanie zburzy cały dotychczasowy porządek... Ten film to kino młodzieżowe z najwyższej półki. Nie to, co dziś pokazuje się nastolatkom.
Tempo akcji jest powolne, bo rzecz dzieje się w jednym budynku. Najważniejsze są tu dialogi. Rozmowa sprawia, że powoli kruszą się ściany dzielące bohaterów, nawiązuje się nic porozumienia. Zaczynają się zastanawiać dlaczego zachowują się tak a nie inaczej.
Z ekranu płynie proste przesłanie: tak naprawdę wszyscy jesteśmy tacy sami. Bez względu na status społeczny, widzę czy wygląd. Wystarczy tylko chcieć poznać drugiego człowieka, zacząć rozmowę.
Ocena: 8/10

7 lutego 2012

Walka o Żelazny Tron rozpoczęta!


     (źródło: deadline.com)

Przekonać mnie do nowego serialu jest naprawdę ciężko. Mało kiedy gonię za nowościami, a jeśli na coś się zdecyduję, to zwykle bardzo długo po premierze. Lista moich seriali przed weekendem liczyła 5 pozycji. Teraz do tego zestawienia dołącza "Gra o tron".
Już od dłuższego czasu kilka osób zachęcało mnie słowami: "obejrzyj, przecież to twoje klimaty". Jakoś tak się złożyło, że w kwestii fantasy to raczej wolę filmy i książki niż seriale. W końcu się jednak skusiłam. Wystarczyły mi trzy dni, by nadrobić pierwszy sezon. Nie było to zbyt trudne przy dziesięciu odcinkach ;)

Nie spodziewałam się, że ten serial mnie aż tak wciągnie. Lubię fantasy, ale w takiej brutalnej wersji jeszcze go nie widziałam. To co pokazuje serial, to nie jest ogólnie pojęte fantasy przeznaczone dla młodych widzów. "Gra o tron" jest pełna krwawych intryg, przemocy, seksu i często wulgarnego słownictwa.

Sama historia oparta na pierwszej powieści George’a R.R. Martina z sagi "Pieśni lodu i ognia". Akcja dzieje się w krainie Westeros, fantastycznym świecie przypominającym średniowieczną Europę. Głównym wątkiem jest walka o władzę, o Żelazny Tron wykuty z tysiąca mieczy. Stawką jest panowanie nad Siedmioma Królestwami i przetrwanie rodu, więc rywalizacja, intrygi i zdrady są na porządku dziennym. Poza tym gdzieś na Północy za Murem, budzi się od dawana uśpione zło...
Ciężko dokładnie opisać tak rozległą fabułę i wymienić wszystkich znaczących bohaterów. Sama początkowo gubiłam się w lawinie nazwisk, rodów, tytułów, oraz kto, gdzie, z kim i dlaczego. Potem już tylko byłam ciekawa co będzie dalej.

                                                      (źródło: gamesofthrones.com)

Po względem wizualnym serial jest świetnie zrobiony, zwłaszcza że budżety telewizyjne są o wiele mniejsze niż filmowe. Ale HBO mogło sobie pozwolić na większe koszty. Na potrzeby pierwszego sezonu zostały stworzone pełne zestawy zbroi i broni, a przygotowanie pojedynczych kostiumów zajmowało nawet sześć tygodni. Plenery nagrywane były w różnych zakątkach świata, od wybrzeży Irlandii Północnej po Maltę i Maroko. Scenografia stworzona ze szczególną dbałością o szczegóły, sprawia że czuje się atmosferę średniowiecza.

Czołówka serialu, nagrodzona statuetką Emmy. 

Aktorsko też jest nieźle. Oprócz znanych i cenionych nazwisk jak: Sean Bean, Peter Dinklage, Lena Headey, Iain Glen, mamy tu sporą grupę debiutantów (w dużej mierze z Wielkiej Brytanii), która obiecująco rokuje na przyszłość. Nie wiem czy są oni dobrze dobrani pod względem pierwowzorów literackich, bo nie czytałam jeszcze książki, ale wizualnie bardzo mi się podobają.

                                                                         (źródło: popcorner.pl)

I muzyka. Skomponowana przez Ramin Djawadi, nadaje serialowi niezwykły klimat i bardzo szybko wpada w ucho.
Teraz tylko pozostaje mi z niecierpliwością czekać na kolejny sezon (już w kwietniu) i zabrać się za czytanie sagi.
Polecam. Nie tylko miłośnikom fantasy ;)

2 lutego 2012

Z serii ulubione - akcja i sensacja

Kino sensacyjne. Temat, z którego zawsze muszę się tłumaczyć :) Nowi znajomi są zwykle zdziwieni, że lubię ten gatunek filmowy. Przecież to jest zarezerwowane dla mężczyzn! No tak, jak mogę łamać tak poważny stereotyp?

Kod nieśmiertelności (2011)

Z reguły kobiety oglądają komedie romantyczne i dramaty, a dla facetów zarezerwowane są filmy akcji, wojenne i horrory. I mimo, że ten podział się zaciera, to ciągle trafiam na ludzi, którzy myślą właśnie w ten sposób. Podobno o gustach się nie dyskutuje, choć często wyraża głośno opinię. Więc, gdy na pytanie jaki film widziałam ostatnio, odpowiadam, np. Transformers, Salt, Mission Impossible, RED, moi rozmówcy robią wielkie oczy i pytają "to ty oglądasz takie filmy?". Gdybym opowiedziała Zmierzch  lub inny film młodzieżowo-miłosny to pewnie zostałabym skrytykowana za oglądanie komercji dla niedojrzałych nastolatek. :) Przywykłam już do tego typu pytań, choć oprócz bliskich przyjaciół, mało kogo ciekawi dlaczego akurat wybrałam ten gatunek jako swój ulubiony. 

 Salt (2010)

To nie było pójście na łatwiznę. I to nie oznacza, że nic innego nie oglądam.
Kino sensacyjne to mój początek fascynacji sztuką filmową. Zanim sięgnęłam po filmy bardziej skłaniające do refleksji i ważne do całej kinematografii, oglądałam głównie to, co było w kwestii zainteresowań najbliższych. Dlatego też jestem fanką Gwiezdnych Wojen, fantasy (o tym gatunku napiszę za jakiś czas) i akcji. Zafascynowana Jamesem Bondem, scenami walk i wyścigami samochodowymi, poszłam o krok dalej, kierując się w stronę kina bardziej ambitnego, a potem samej historii filmu.

RED (2011)

Nigdy jednak nie zrezygnowałam z oglądania kina sensacyjnego. Mam o nim bardzo dobre zdanie, co dla innych jest lekkim szokiem ;) Jak dziewczynę może intrygować scena walki albo strzelanina na środku ulicy? Jednak może. Nie zawsze muszę oglądać film, który ma za zadanie mnie wzruszyć, skłonić do myślenia czy zmienić moje przekonania. 
Kino to przede wszystkim rozrywka. To jest jego główne zadanie. Więc dlaczego mam z niej nie korzystać? Niektórzy powiedzą, że mogłabym pójść na babską komedię romantyczną lub dramat. Bywam i na takich filmach. W kinie widziałam m.in. 27 sukienek oraz Melancholię (bo dużo by tego wymieniać). Czasem jednak wolę obejrzeć jakiś film serii Mission Impossible, niż kolejną komedię z Kate Hudson, która gra zawsze tak samo.

Mission Impossible (1996)


I największy zarzuty wobec kina sensacyjnego: za dużo akcji, ciągle te same schematy, za mało dramaturgii, aktorzy nie muszą się intelektualnie wysilać. Cóż, ten typ kina ma nas zrelaksować, a nie pokazywać problemy. Każdy gatunek filmowy ma swój schemat kolejności zdarzeń. Czy to dramat, film kostiumowy, sensacyjny, western czy komedia. Nie każdy scenarzysta potrafi zgrabnie i ciekawie napisać historię, ale wśród większej ilości nakręconych filmów, gdzie główną rolę pełni szybkość zdarzeń, można znaleźć prawdziwe perełki. Trzeba mieć tylko chęci, cierpliwość i nie nastawiać się negatywnie. Jeśli się nie spodoba, trudno.