30 maja 2012

W kilku słowach...

... z weekendowego oglądania.


Moje koleżanki w liceum były zachwycone książką. Ja nie dałam rady jej wtedy przeczytać, bo po głowie chodziło mi pytanie: jak 16-latka może zrozumieć problemy trzydziestoletniej kobiety? I od tamtej pory, po przeczytaniu kilkunastu stron, nie sięgnęłam ponownie po Dziennik Bridget Jones. Inaczej jest z filmem. Nie wiem ile razy go już widziałam, ale za każdym razem dobrze się bawię. To niewątpliwa zasługa Renée Zellweger. Nie przepadam za tą aktorką, ale tutaj jest fenomenalna. Hugh Grant to wisienka na torcie - każdy film z jego udziałem poprawia mi humor. A Colina Firtha właśnie od tego filmu polubiłam. Pewnie nie był to ostatni seans, jednak wpierw nadrobię książkę.



O tym filmie pisałam już przy okazji postu o fantasy. Każdy kolejny seans utwierdza mnie w przekonaniu, że uwielbiam tę animację.
Kiedyś przeczytałam artykuł, z którego przepisałam ten kawałek: "Na przykładzie hollywoodzkich animacji pokazuje się, jak komercja wkracza w świat bajek. Produkcjom zza oceanu przeciwstawia się filmy animowane z Japonii i Europy, gdzie rysunkowe fabuły traktuje się jak dzieła sztuki, które powinny stawiać widzom inteligentne i estetyczne wymagania." Ta wypowiedź bardzo mi pasuje do filmów Hayao Miyazaki i z chęcią sięgnę po inne japońskie tytuły.



Wizualnie cudowny, aktorsko rewelacyjny, ale mimo to nie podzielam ogólnej opinii, że ten film jest arcydziełem. Guillermo del Toro kojarzę bardziej z kina komercyjnego: widziałam Blade 2 i Hellboy'a. Historia przedstawiona w Labiryncie fauna wstrząsnęła mną, ale nie zapadła bardzo głęboko w pamięć. Filmy o okrucieństwie wojny do łatwych nie należą, a pokazane z dużą dozą brutalności osobiście mnie odstraszają. Nie mogłam patrzeć jak kapitan sam zszywa sobie twarz albo zabija człowieka szklaną butelką. Podobał mi się za to wymyślony świat Ofelii, który też jest niebezpieczny. Było go jednak za mało, by nazwać ten film magicznym. Był magiczny tylko wtedy, gdy mała bohaterka chciała uciec od okropnych działań swojego ojczyma, w pozostałej części to raczej film wojenny.



Nie jestem fanką Tarantino, ale obejrzałam ten film, bo to obraz przełomowy i każdy kinoman powinien go znać. Dobrze, że przed seansem poczytałam trochę o stylu reżysera, pomogło mi to wciągać się w fabułę (albo to coś, co nią miało być). Co prawda nie jestem jakoś specjalnie zachwycona, ale nie mam poczucia, że zmarnowałam dwie godziny. Obejrzałam dość dobry film, ale dla nie jest on kultowy. Śmieszą mnie też wypowiedzi niektórych wielbicieli, że jeśli nie pokochałam tego filmu, to nie znam się w ogóle na kinie. Pewnie jeszcze nie raz sięgnę po jakiś obraz Tarantino, ale jego twórczość muszę sobie dawkować, by nie było skutków ubocznych. A właśnie: może mi ktoś wytłumaczyć co rewelacyjnego w tańcu Mii i Vincenta?

23 maja 2012

Na gorąco...

Właśnie obejrzałam pierwszy zwiastun najnowszej adaptacji książki "Wielki Gatsby".


Jest to już piąta ekranizacja powieści. Tym razem zajął się nią sam Baz Luhrmann, a grają: Leonardo DiCaprio jako Gatsby, Carey Mulligan - Daisy Buchanan i  Tobey Maguire jako Nick Carraway.
Obsada ciekawa, jednak mam pewne obawy co do tego filmu. Jestem ogromną fanką obrazu z 1974 roku, gdzie zagrali Robert Redford i Mia Farrow, a scenariusz napisał Francis Ford Coppola. Dla mnie to jedna z najlepszych ekranizacji.
Nie uniknę porównania, nie mniej jednak jestem ciekawa efektu końcowego. Wiem jedno: będzie widowiskowo.

P.S. Ciekawe: zwiastun filmu o latach 20., a podkład muzyczny zaczerpnięty z płyty Kanye Westa i Jay Z. Nawet dobrze się komponuje.

"Nigdy się nie poddawaj, jeśli masz przyjaciół"

Za oknem świeci słońce, letnia pogoda, a ja zabrałam się za oglądanie filmu związanego z Bożym Narodzeniem. A co tam, w Wielkanoc oglądałam Listy do M
Tytuł filmu, o którym dziś dwa słowa, rozpoczyna kolejną część filmów, których jeszcze nie widziałam, a powinnam. Trafiłam na niego przypadkiem, od razu zabrałam się za oglądanie i jestem totalnie zauroczona.
A ten film to:




George Bailey miał wielkie plany. Chciał podróżować, skończyć collage, zarobić pierwszy milion. Jak każdy marzył, by coś osiągnąć, wyrwać się z małego miasteczka, przeżyć niezapomniane przygody. Niestety życie zweryfikowało te plany. Po śmierci ojca podejmuje decyzję, której nigdy dla siebie nie chciał. Zostaje w mieście, przejmuje rodzinny interes - budowlaną kasą oszczędności, a do szkoły wysyła młodszego brata. Na przestrzeni lat obserwujemy losy George - jego nieustanną walkę o przetrwanie firmy ojca, jego zatargi z bogatym i bezdusznym panem Potterem oraz jego życie rodzinne.
W pewnym momencie kłopoty finansowe przerastają George'a, załamuje się on nerwowo i chce popełnić samobójstwo. W ostatniej chwili ratuje go Anioł Stróż, który został wysłany by uświadomić mężczyźnie jak wielką wartość ma jego życie...

George poświęcił całe swoje życie dla innych. Mimo, że miał wiele okazji do tego, by rzucić wszystko w cholerę i wyjechać, nie zrobił tego. Jest taka scena, kiedy bezduszny pan Potter chcąc przeciągnąć George'a na swoją stronę, mówi na głos to, co zawsze po cichu myślał Bailey: wszyscy jego koledzy wyjechali, dorobili się fortuny, zwiedzają świat, a on siedzi w tym małym miasteczku i ledwo wiąże koniec z końcem. A przecież to on jako pierwszy miał podbijać świat. Mimo, że te słowa są jak najbardziej prawdziwe, George nie zmienia swojego zdania i uparcie stoi przy swoim.
Swoją postawą i decyzjami zyskał o wiele więcej niż mógł przypuszczać. Nikt nie ma mu za złe, że nie dorobił się fortuny. Bo pieniądze szczęścia nie dają, dopiero przyjaciele. A na tych trzeba sobie zasłużyć, czego niewątpliwe dokonał Bailey. 

Ten film opowiada o tym, o czym zwykle zapominamy, goniąc za karierą i pieniędzmi. A mianowicie o przyjaźni. Jej siła potrafi zdziałać cuda. Zwłaszcza w Boże Narodzenie.

Jeśli chcecie wiedzieć, wyglądałby świat bez George'a Bailey i dlaczego jest on najbogatszym człowiekiem na świecie, to sięgnijcie po ten film. Naprawdę warto.

15 maja 2012

3w1 czyli 200% Gratis

Jakiś czas temu pisałam o kupnie pakietu trzech filmów z Empiku. W końcu je obejrzałam.
I tak: najbardziej znany film, który był w zestawie numerem jeden, kompletnie mi się nie podobał. Tytuł drugi chyba przeszedł na świecie bez echa, ale przyciągnął moją uwagę, a trzecia propozycja była mi kompletnie obca i okazała się bardzo miłą niespodzianką.




Po trzech latach spędzonych w więzieniu, Mitchell postanawia zerwać z kryminalną przeszłością i zacząć uczciwe życie. Zatrudnia się w rezydencji gwiazdy filmowej, która ma problemy ze sobą i z fotoreporterami. Za wszelką cenę nie chce wciągnąć się z powrotem w czarne interesy. Niestety, środowisko, w którym obracał się Mitchell tak łatwo nie zapomina i domaga się jego powrotu. Co w takiej sytuacji zrobi Mitchell?

Odpowiedź jest prosta - załatwi to w jedyny sposób jaki potrafi. Nic odkrywczego tu nie ma.
Ten film ma świetne recenzje, a ja oglądając go męczyłam się niemiłosiernie. W ogóle do mnie nie trafił. Żaden z tego melodramat, historia miłosna nie jest na pierwszym planie, jest tylko dodatkiem. Miał być kryminał, a widziałam film gangsterski. Rozmyślając o tym filmie przychodzą mi na myśl cztery rzeczy: papierosy w każdej scenie, przekleństwa co drugie słowo (czyli wybitne dialogi), jeden wyraz twarzy Colina Farrella przez cały film oraz chude ciało Keiry Knightley. Jedyny mocny punkt tego filmu to David Thewlis w roli naćpanego artysty o skłonnościach zabójcy.
Według gustomierza na Filmweb, ten film jest 69% w moim guście. Niestety, albo to totalne nieporozumienie, albo po prostu nie mam gustu.
Ocena: 4/10



Chloe (2009)

Najgorszą rzeczą w dzisiejszym świecie jest osiągniecie wszystkiego, do czego się dążyło. Tak właśnie zdarzyło się w życiu Catherine. Odniosła sukces zawodowy, ma rodzinę, piękny dom. Można powiedzieć, że ma idealne życie. Jedna na tym obrazku pojawiają się rysy. Catherine zaczyna podejrzewać, że mąż ją zdradza, poza tym ma coraz więcej problemów z dorastającym synem. Postanawia sprawdzić wierność swojego współmałżonka, wynajmując call-girl by spróbowała uwieść jej męża, przez co sprawdziłaby jego lojalność. Nie zdaje sobie jednak sprawy do czego zdolna jest tajemnicza Chloe..

Nie nie jest może nowa historia (to remake francuskiego filmu), nie jest to film wysokich lotów, ale dość przyjemnie się ogląda. Jest on co prawda przewidywalny, ale ma coś, co zmusza do dalszego oglądania. W pewnym momencie akcja zmienia swój bieg i robi się bardziej ciekawie, jednak końcówka filmu jest lekko rozczarowująca, nie wiem co scenarzyści mieli na myśli. Duet: Julianne Moore i Amanda Seyfried całkiem udany i niezła muzyka - buduje napięcie.
Ocena: 6/10




Craig Gilner ma 16 lat, cierpi na depresję i chce popełnić samobójstwo. Próba jest jednak nieudana i Craig postanawia dobrowolnie zamknąć się w szpitalu psychiatrycznym. Trafia na odział dla dorosłych, bo ten dla młodzieży jest w remoncie. Przyczyną złego samopoczucia głównego bohatera nie są problemy rodzinne, traumatyczne przeżycia czy mordercze skłonności. To, co go gnębi to zwykle sprawy dnia codziennego: szkolny wyścig szczurów, wysokie wymagania rodziców i ich niewłaściwe pytania, podkochiwanie się w dziewczynie najlepszego kumpla. Craig jest ambitny, inteligentny, utalentowany, ale w żaden sposób nie potrafi tego wykorzystać. Krótki pobyt na oddziale zamkniętym oraz poznani tam ludzie, pomogą mu zrozumieć jego błędne myślenie.

Byłam kiedyś na oddziale psychiatrycznym, oczywiście nie jako pacjent. W czasach liceum pojechaliśmy tam w ramach corocznego programu artystycznego i wręczenia prezentów świątecznych. Nie jest to przyjemne miejsce, bo niektórzy pacjenci potrafią być nieobliczalni, czego miałam okazję doświadczyć.

Co więc w takim miejscu robi 16-latek ze swoimi problemami? Na pierwszy rzut oka, pomysł może się wydawać dziwny, zwłaszcza jeśli pomyślimy o innych filmach, których akcja dzieje się w psychiatryku - Lot nad kukułczym gniazdem czy Przerwana lekcja muzyki.
Całkiem zabawna historia idzie jednak w całkiem inną stronę. Zamiast psychologiczniej głębi, dramat jest przemieszany sytuacjami komicznymi, co nie pozwala na potraktowanie go jako kolejnego filmu o oddziale zamkniętym, a jak coś zupełnie nowego.
Czasy w jakich żyjemy, tempo do jakiego musimy się dostosować, czy tego chcemy czy nie, sprawia że co raz młodsze pokolenie zaczyna się gubić. Ciągła presja otoczenia, przeświadczenie, że wszystko można osiągnąć, stała rywalizacja. Młodzi ludzie coraz częściej sobie nie radzą, a mało kto ma odwagę się do tego przyznać. Ten film to właśnie przykład takiego zachowania. Poznając historię Craiga, dowiadujemy się, że także jego rówieśnicy często mają dość, ale tylko główny bohater miał odwagę coś z tym zrobić. Z drugiej strony sprawy młodzieży zostały skontrastowane z o wiele poważniejszymi problemami dorosłych. To, że ktoś ma jeszcze gorzej, zwykle skłania nas do zastanowienia się na sobą. Wszystkie te poważne sprawy są przeplatane komicznymi zachowaniami i rozmowami pacjentów.

Oprócz fabuły, film wyróżnia się także pod względem montażu. W ciekawy sposób pokazane są retrospekcje i aktualne myśli głównego bohatera (przy okazji twórcy naśmiewają się z kilku programów, np. MTV Cribs).
Drugi mocny punkt to aktorstwo: świetny Zach Galifianakis, którego kojarzyłam tylko z Kac Vegas, tu pokazał, że dramatyczny repertuar nie jest mu obcy. Keir Gilchrist jako Craig i Emma Roberts jako Noelle nieźle się spisali i widać duży potencjał. Jest tu także Jeremy Davies (którego pamiętam z Zagubionych), jest Viola Davis (Służące) i jest także córka Lenny'ego Kravitza - Zoe, której postać jest raczej dodatkiem niż ważną osobą.

Trzeci mocny punkt: świetne dialogi, które charakteryzują bohaterów.
Rozmowa Craiga z rodziną o szpitalu:
"Matka: Moim zdaniem to całkiem przyjemny oddział.
Ojciec: Sam chętnie bym tu został.
Siostra: Ja też mogę?"

Craig do Muqtady (swojego współlokatora): "Powinieneś częściej wychodzić z pokoju. Świat czeka."


Bob do Craiga: "Nie możesz żyć w ciągłym strachu, bo skończysz jak ja." (czyli na długo w szpitalu)

Plus wykonanie utworu Queen - "Under Preassure" przez pacjentów. To trzeba zobaczyć.
Ten film to bardzo miła niespodzianka. Dobrze się go ogląda i niesie ze sobą przesłanie. Jakie? Najlepiej jak przekonajcie się sami :)
Ocena: 7/10


A tak wygląda mój zestaw:
źródło: empik.com

11 maja 2012

Inspirations

Każde zdjęcie może być weną dla ludzi kochających modę. Czasem przeglądam tego typu blogi, marząc by mieć podobne wyczucie stylu i pomysły. Niestety, w moim wypadku fantazja skierowana jest wokół sfery pisarskiej, więc postanowiłam wykorzystywać ciekawe zdjęcia do tworzenia fikcji.
Każdy obraz to jakaś cząstka świata, który powstaje w mojej głowie, ale czasem to motywacja dla nowego, kiełkującego hobby.

Subiektywny zestaw zdjęć, które są dla mnie inspiracją w ostatnim czasie.
Kolejny zestaw (ale w innej konwencji) za jakiś czas.


źródło: weheartit.com

7 maja 2012

Z serii ulubione - dramat


Jeden z ostatnich egzaminów w sesji letniej. Na liście lektur z powszechnej kilkanaście dużych pozycji. W grupie zapada decyzja: oszczędzamy czas i dzielimy się. Każdy bierze po jednej książce, robi streszczenie i opracowanie dla reszty.

[akcja dzielenia się była mocno brutalna, więc ją pomijam]

Dostałam do opracowania dramat Arthura Millera Śmierć komiwojażera. Problem był jednak taki, że  dramaty zza oceanu nie leżą sobie na półce w bibliotece uniwersytetu, czekając na wypożyczenie. Nie, nie było tak łatwo.
Po dużej akcji poszukiwawczej, w końcu się udało. Jest! Tylko jeden egzemplarz Współczesnych dramatów amerykańskich na uniwersytecie. Mało tego, egzemplarz tylko do czytelni, bez możliwości wypożyczenia, kserowania czy zrobienia zdjęcia...

Więc utknęłam. Na dwa dni.

Przeczytanie dramatu nie zajmuje dużo czasu, a ja nie muszę robić sobie podręcznych notatek, by zapamiętać treść. Ale ciąży na mnie ten cholerny obowiązek wobec reszty. Przecież nikt inny nie pofatyguje się do czytelni. [potem było to potwierdzone jednym zdaniem: "dobrze, że udało ci się to znaleźć".]


Siedziałam więc na niewygodnym krześle, pod pilną obserwacją pani bibliotekarki i strona po stronie próbowałam zapisać przeczytane słowa, tak aby streszczenie było sensowne. Powiem szczerze, jest to najbardziej żmuda praca pod słońcem. Podziwiam ludzi, którzy robili tak przez całe studia, z każdą książką. Rozumiem zapisanie szczegółów, które łatwo znikają podczas czytania. Ale całej treści? Męczyłam się strasznie, moja pamięć nie chciała współpracować, a czas tylko się wydłużał.

Kiedy skończyłam, odetchnęłam z ulgą. Jak to się zwykle mówi: nie ma tego, co by na dobre nie wyszło. Z pośród wszystkich przeczytanych książek, ten dramat zapamiętałam najdokładniej [niestety nie trafił mi się na egzaminie], ktoś dzięki mnie zdał [bo kopie mojego streszczenie rozeszły się w ekspresowym tempie], a ja zyskałam ulubionego autora i utwierdziłam się w przekonaniu, że dramat jest moim ulubionym gatunkiem literackim.

Gdzieś jeszcze mam to streszczanie... 

Zaczęło się od tego, że ze wszystkich lektur, z jakimi musiałam się zmierzyć, najłatwiej pracowało się właśnie z dramatami: szybko się je czyta i łatwo zapamiętuje.
Przebrnęłam przez każdy rodzaj dramatu i przez wszystkie epoki literackie. Poznałam wiele ciekawych pozycji z polskiej literatury, o których w szkole się nie mówi, doceniałam teatr absurdu - który nierozwiązalnie łączy się z dramatem groteskowym.
Jeszcze wiele do przeczytania przede mną. Muszę gdzieś znaleźć dramaty amerykańskie, poczytać o inscenizacjach. Ach, gdyby to wszystko, co przeczytałam mogłabym zobaczyć na scenie, bez wydawania fortuny na bilety...