7 maja 2012

Z serii ulubione - dramat


Jeden z ostatnich egzaminów w sesji letniej. Na liście lektur z powszechnej kilkanaście dużych pozycji. W grupie zapada decyzja: oszczędzamy czas i dzielimy się. Każdy bierze po jednej książce, robi streszczenie i opracowanie dla reszty.

[akcja dzielenia się była mocno brutalna, więc ją pomijam]

Dostałam do opracowania dramat Arthura Millera Śmierć komiwojażera. Problem był jednak taki, że  dramaty zza oceanu nie leżą sobie na półce w bibliotece uniwersytetu, czekając na wypożyczenie. Nie, nie było tak łatwo.
Po dużej akcji poszukiwawczej, w końcu się udało. Jest! Tylko jeden egzemplarz Współczesnych dramatów amerykańskich na uniwersytecie. Mało tego, egzemplarz tylko do czytelni, bez możliwości wypożyczenia, kserowania czy zrobienia zdjęcia...

Więc utknęłam. Na dwa dni.

Przeczytanie dramatu nie zajmuje dużo czasu, a ja nie muszę robić sobie podręcznych notatek, by zapamiętać treść. Ale ciąży na mnie ten cholerny obowiązek wobec reszty. Przecież nikt inny nie pofatyguje się do czytelni. [potem było to potwierdzone jednym zdaniem: "dobrze, że udało ci się to znaleźć".]


Siedziałam więc na niewygodnym krześle, pod pilną obserwacją pani bibliotekarki i strona po stronie próbowałam zapisać przeczytane słowa, tak aby streszczenie było sensowne. Powiem szczerze, jest to najbardziej żmuda praca pod słońcem. Podziwiam ludzi, którzy robili tak przez całe studia, z każdą książką. Rozumiem zapisanie szczegółów, które łatwo znikają podczas czytania. Ale całej treści? Męczyłam się strasznie, moja pamięć nie chciała współpracować, a czas tylko się wydłużał.

Kiedy skończyłam, odetchnęłam z ulgą. Jak to się zwykle mówi: nie ma tego, co by na dobre nie wyszło. Z pośród wszystkich przeczytanych książek, ten dramat zapamiętałam najdokładniej [niestety nie trafił mi się na egzaminie], ktoś dzięki mnie zdał [bo kopie mojego streszczenie rozeszły się w ekspresowym tempie], a ja zyskałam ulubionego autora i utwierdziłam się w przekonaniu, że dramat jest moim ulubionym gatunkiem literackim.

Gdzieś jeszcze mam to streszczanie... 

Zaczęło się od tego, że ze wszystkich lektur, z jakimi musiałam się zmierzyć, najłatwiej pracowało się właśnie z dramatami: szybko się je czyta i łatwo zapamiętuje.
Przebrnęłam przez każdy rodzaj dramatu i przez wszystkie epoki literackie. Poznałam wiele ciekawych pozycji z polskiej literatury, o których w szkole się nie mówi, doceniałam teatr absurdu - który nierozwiązalnie łączy się z dramatem groteskowym.
Jeszcze wiele do przeczytania przede mną. Muszę gdzieś znaleźć dramaty amerykańskie, poczytać o inscenizacjach. Ach, gdyby to wszystko, co przeczytałam mogłabym zobaczyć na scenie, bez wydawania fortuny na bilety...

7 komentarzy:

  1. Pamiętam, ze robienie notatki z jednego rozdziału podręcznika akademickiego było dla mnie problemem- a co dopiero całej książki..
    Tytuł jest mi znany, ale niestety nic poza tym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie :) Ja mam zdolności do dokładnego streszczenia, więc to były ciężkie dwa dni.. Na szczęście tylko raz mi się to przytrafiło.

      Usuń
  2. boleśnie przypominasz mi o zbliżającej się sesji i moim ewidentnym zacofaniu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dopiero maj, jeszcze zdążysz :)

      Usuń
  3. Zastanawiałam się czy tego nie przeczytać, ze względu na fakt iż Miller był mężem Marilyn - wiem, dziwna motywacja - i utwierdziłaś mnie w przekonaniu, że warto - nie napisawszy właściwie o tej pozycji ani słowa ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam :) Na zachętę napiszę dla Ciebie jutro recenzję :)

      Usuń
    2. Och, byłoby świetnie ;)

      Usuń