28 czerwca 2012

Moje miejsca: kino

Kupiłam bilet - szary kawałek papieru z ceną, bez tytułu filmu i wyznaczonego miejsca. Czekam w małym holu, aż pani rozsunie czerwone kotary, które są drzwiami do sali kinowej. Czekam z niecierpliwością, bo pojawia się coraz więcej ludzi, a ja chcę zająć dobre miejsce. W końcu słyszę ten charakterystyczny dźwięk i wiem, że można wchodzić. Wdrapuję się po schodach, by usiąść jak najwyżej. Siedzenia skrzypią, są niewygodne. Ale co tam, mam przed sobą duży ekran. Obejrzę film w kinie. Oby tylko ktoś wysoki nie usiadł rząd niżej...

Tak kiedyś wyglądały moje wyjścia na film w czasach szkolnych. Małe kino studyjne nie było wyremontowane, a bilet był kawałkiem szarego paska. Na seanse zwykle chodziło się w weekend, bo tylko wtedy była w miarę duża frekwencja by puścić film. W tygodniu raczej się nie opłacało. No i repertuar nie był za bardzo bogaty. Cóż zrobić, gdy mieszka się na prowincji? Nie narzekałam jednak, bo każde wyjście do kina, na jakikolwiek film było przeżyciem (zwłaszcza jak seans organizowała szkoła ). A kiedy już w tym kinie wprowadzili kolorowe bilety z tytułem filmu i wyznaczonym miejscem, zaczęłam je zbierać. I zbieram do dziś.


Sala kinowa zawsze robiła na mnie wielkie wrażeniem, jeszcze zanim zainteresowałam się filmem na poważnie. Duży ekran, dźwięk i gęsia skórka. Mimo że lat mi wciąż przybywa, to siedząc w kinie czuję zawsze to samo - ekscytację. W ramach projektu na zaliczenie specjalizacji na uczelni miałam okazję zobaczyć jak wygląda i działa kino "od kuchni". Super sprawa. Szkoda tylko, że taśmy filmowe po kilku latach są po prostu wyrzucane do kosza. Ale nie ma ich gdzie trzymać.

Świat ciągle się zmienia i kino także. Ale kiedyś:
... bilety nie były takie drogie, nie było podziału na poniedziałek - czwartek i weekend;
... w kinie nie było aż tak słychać konsumowanego jedzenia;
... podczas seansu mojego wzroku nie przyciągał wyświetlacz komórki osoby siedzącej dwa rzędy niżej;
... nie było ponad 20-minutowych reklam (np. papieru toaletowego) przed filmem, a same zwiastuny (to się zdarzało nawet w multipleksach)
... i kiedyś była jakaś kultura w kinie.

Dziś to wszystko zależy od kina, pory seansu i samych ludzi, którzy czasem przychodzą (jak to mówi moja kumpela) do kina a nie po by obejrzeć film. Na szczęście istnieją jeszcze kina studyjne, które nie tylko mają niższe ceny, ale pozwalają poczuć magię seansu filmowego. 


24 czerwca 2012

Ravenna, Łowca i Śnieżka


Kiedy ogląda się film z podobnym do siebie pasjonatem kina, oprócz tego że jest o wiele więcej zabawy, to spostrzega się więcej detali na ekranie. Wiedziałam, że obejrzę Królewnę Śnieżkę i Łowcę, jednak nie przypuszczałam że w kinie. I muszę przyznać, że nie są to zmarnowane pieniądze.

Nie chciałam pisać zwykłej recenzji. W internecie jest ich wystarczająco dużo i moja nic specjalnego by nie wnosiła. Postanowiłam jednak w kilku punktach ogarnąć toczącą się po seansie dyskusję i pokazać, że tej pozycji nie trzeba od razu skreślać.



1. Zła Królowa - fantastyczna kreacja Charlize Theron to główny powód, dla którego chciałam zobaczyć ten film. Jest absolutnie cudowna i hipnotyzująca w roli Ravenny. Miała duże pole do popisu, bo jej postać została psychologicznie rozbudowana, a nie okrojona do wyglądu.


2. Łowca - nie ma stylu i ogłady Księcia. Ma za to niewyparzony język, lubi sobie wypić i wziąć udział w bójce. Ogólnie wszystko ma głęboko w poważaniu, no może z wyjątkiem spraw Królowej. Podoba mi się to, że pomocnik Śnieżki ma sporo wad, bo dzięki temu jest bardziej interesujący. A grający go Chris Hemsworth nieźle sobie poradził. (teraz to już na pewno obejrzę Thora :))

3.Krasnoludy - zestaw brytyjskich aktorów czyli dobre aktorstwo i humor. Ian McShane, Bob Hoskins, Ray Winstone, Eddie Marsan, Nick Frost, Toby Jones, Johnny Harris - to bardzo trafny wybór.



4. Klimat - fantasy i baśnie mają wiele wspólnego, więc mroczna wersja Królewny Śnieżki nie jest czymś bardzo odbiegającym od normy. Zamiast cukierkowych kolorów mamy tutaj ciemną paletę barw, surowość i muzykę, która buduje napięcie. Brudno, szaro, niebezpiecznie. Dopiero soczyste kolory Sanktuarium przypominają o co bohaterowie walczą.

Film pod względem technicznym jest rewelacyjnie zrobiony. Najbardziej zachwyciła mnie scena, kiedy wojsko na koniach biegnie przy brzegu morza. Żaden telewizor ani ekran komputera nie odda tego efektu jaki jest w kinie.




Rzecz jasna są też minusy. Kilka potknięć fabularnych, które może nie psują całości, ale pokazują, że scenarzyści nie potrafią zgrabnie łatać błędów ani wymyślać czegoś oryginalnego (podobne sceny jak we Władcy Pierścieni czy Opowieściach z Narnii). To, co jednak najbardziej przeszkadza to wiecznie otwarte usta Kristen Stewart. Albo ma ona problemy z przegrodą nosową, albo to jest jej sposób na grę aktorską. Tak jak się obawiałam, nie zaskoczyła mnie niczym. Ciągle ma taką samą minę, jakby nie potrafiła pokazać zróżnicowanych emocji. Pasowała jednak do roli Śnieżki pod względem wizualnym.

Ile można patrzeć na taki sam wyraz twarzy?
Podsumowując: film mi się podobał. Jeśli macie ochotę obejrzeć coś komercyjnego, ale z dobry aktorstwem, to polecam. Ja na pewno nie raz do niego wrócę. A co!
Ocena: 7/10.

19 czerwca 2012

Miszmasz # 1

W telegraficznym skrócie.



Po pierwsze: ciekawych produkcji filmowych brak. W czerwcu nie obejrzałam żadnego nowego filmu. Bo nigdy nie jest tak, że omijam seanse z daleka. Ostatnio przypomniałam sobie kilka ulubionych filmów. A w związku z tym, że ciągle jestem krytykowana za brak polskiego repertuaru w doborze filmów, przeszukałam domowe zasoby i znalazłam kilka polskich produkcji, o których wkrótce napiszę.

Po drugie: to, co zajmuje mój wolny czas to nadrabianie zaległości w serialach. Jak zwykle mam mega opóźnienie, aż wstyd się przyznawać ;)

Obejrzałam drugi sezon Gry o tron. Mniej mi się podobał niż sezon pierwszy. Nie czytałam książek, więc nie wiem jak daleko posunęli się scenarzyści w skróceniu historii, ale mój zapał przeczytania prozy pana Martina mocno osłabł. Nawet nie umiem dokładnie sprecyzować, co jest nie tak. Tempo fabularne jest zawrotne, a co za tym idzie bohaterowie szybciej się zmieniają. Jest więcej scen walk i pewnie większość powoli się pożegna się z życiem. W tym sezonie jakoś nie odczuwałam konieczności szybkiego obejrzenia dalszych odcinków. Choć muszę przyznać, że finał mnie zaskoczył.

Glee - przyznam szczerze, że od połowy drugiego sezonu oglądam ten serial z przyzwyczajenia. Po rewelacyjnym początku, poziom zaczął spadać i na razie nie widać, by zdarzył się cud. Jedyne, co ratuje tę produkcję to dobór i wykonanie piosenek. Jestem w połowie 3 sezonu a już nazbierało się sporo denerwujących rzeczy. Po pierwsze pan Schuester - nie jest już tym fascynującym nauczycielem z początków serialu. A odcinek "The Spanish Teacher" to jakaś farsa. Po dwóch sezonach dowiadujemy się, że nie umie on uczyć języka i lepszy byłby Ricky Martin. Przecież w początkowych odcinkach prowadził lekcje, sprawdzał testy i jakoś nie wyglądał na osobę nie znającą hiszpańskich słówek. A tu nagle pojawia się facet, kto mówi w tym języku, a pan Schu nie rozumie słów i, o zgrozo, robi błędy. Albo to jakiś brak logiki albo ja nie łapię fabuły. Poza tym coraz bardziej mnie denerwuje Rachel w swoim wielkim mniemaniu o byciu gwiazdą. Ciągle musi być naj, ciągle pierwsza, bo inaczej nikt jej nie docenia. Ludu, ileż można tego słuchać? Bohaterowie mają też tylko jeden sposób na brak wykonywanych solówek - nie mogę śpiewać, to odchodzę. Co sezon, to ktoś inny się buntuje, ale wraca jeszcze szybciej. I najbardziej niezrozumiałe zachowanie Quinn - sezon pierwszy nie chce dziecka, sezon trzeci chce odzyskać dziecko, ale najpierw ma problemy egzystencjalne, potem wszystkich poucza. Zatrzymałam się na odcinku o Walentynach, gdzie działa Boża Brygada (wtf? skąd, kiedy, dlaczego, po co?). Aż się boję, co będzie dalej...


Ale wykonanie piosenki La Isla Bonita przez Nayę Riverę i Ricky'ego Martina - rewelacja.



Po trzecie: przeczytałam "Wieczór trzech króli" W. Szekspira. Jestem zachwycona, choć żałuję że nie miałam przekładu Stanisława Barańczaka. Zrobiłam sobie listę dzieł Szekspira, które koniecznie muszę nadrobić. Bo wstyd znać tylko trzy dramaty :)
Teraz całkowicie pochłonęło mnie czytanie "Stu lat samotności".  Choć trochę się gubię w dziejach rodziny Buendia, to jestem ciekawa jak to się wszystko skończy.




Inspirujące zdjęcie dnia 


I tyle na dziś.

14 czerwca 2012

Temple Grandin (2010)

Nazywam się Temple Grandin. Różnię się od innych ludzi. Myślę obrazami i łączę je. 
Temple Grandin urodziła się z autyzmem i zaczęła mówić dopiero w wieku czterech lat. Dziewczynka miała trudności w szkole i nie radziła sobie w kontaktach z innymi ludźmi. Zawsze jednak mogła liczyć na wsparcie ze strony matki, która robiła wszystko, by córka prowadziła normalne życie. Temple dużo czasu spędzała na farmie wujostwa, gdzie nauczyła się miłości i współczucia dla zwierząt. Jako dorosła kobieta zaangażowała się w propagowanie wiedzy o autyzmie i właściwym traktowaniu zwierząt rzeźnych. Zaprojektowała wiele specjalnych urządzeń do humanitarnego ich uboju. Jej działania zostały docenione m.in. przez międzynarodową organizację PETA. Dziś jest cenionym naukowcem - profesorem na Stanowym Uniwersytecie w Kolorado.

(źródło opisu: Filmweb.pl)

To, kim jest dziś Temple to niewątpliwa zasługa jej matki. Eustacii powiedziano, że córka jest chora i trzeba ją umieścić w ośrodku, bo nigdy nie zacznie mówić i nie poradzi sobie w życiu. Nie chciała zrobić czegoś takiego swojej córce - pójść na łatwiznę i mieć ją z głowy. Sama pracowała z Temple i nigdy się nie poddała. Zrobiła wszystko, by córka miała normalne życie, wspierała ją we wszystkim co robiła.

Temple zawsze powtarza, że jest inna, ale nie gorsza. Jednak na każdym kroku spotyka się z brakiem zrozumienia, odrzuceniem i naśmiewaniem się. W jej czasach autyzm nie był dobrze znaną chorobą, więc ludzie nazywali takie osoby wariatami. Temple na takie zachowanie reaguje paniką i agresją. Mimo tego jest ciekawa świata i dąży do wyznaczonych przez siebie celów. Jak sama mów na początku filmu - myśli obrazami. Wystarczy, że Temple usłyszy słowa "wyobraź sobie", a w jej głowie pojawia się ogromna liczba obrazów na dany temat. Świetnie jest to pokazane na filmie poprzez krótkie przebitki odzwierciedla się myślenie bohaterki.

Temple Grandin i Claire Danes

Ten film pewnie byłby kolejną niezauważoną produkcją gdyby nie znakomita rola Claire Danes. To ona jest gwiazdą tego filmu, bo nie od dziś wiadomo, że bardzo trudno jest zagrać osobę niepełnosprawną. Jej mimika, zachowanie, chód, głos sprawia, że patrzymy na prawdziwą postać, a nie ma aktorkę odtwarzającą rolę. Ta wiarygodność przyniosła Claire Złoty Glob dla najlepszej aktorki. Gdyby to nie była produkcja telewizyjna, Claire Danes na pewno dostałaby nominację do Oscara i byłaby poważną rywalką dla Natalie Portman.

Nie jest to film łatwy i przyjemny, bo opowiada o chorobie, na temat której dużo się słyszy, ale nie każdy mają z nią kontakt. Bez wątpienia jest to temat trudny. Czy ktoś z Was zastanawiał się  kiedyś, co by zrobił, gdyby powierzono mu opiekę na autystycznym dzieckiem? Ja do tej pory o tym nie myślałam. Ten film zmusza nas widza do myślenia.
Polecam.

10 czerwca 2012

Lestat, Chodzący za dnia i inne nowe świecidełka...

Z reguły trzymam się od horrorów z daleka. Jeśli jakiś obejrzę, to moja wyobraźnia zawsze wtedy płata figle i śnią mi się koszmary. Są jednak wyjątki od tej reguły czyli kilka filmów o wampirach, które nazywane horrorami, nie są aż tak straszne.


Moda na wampiry trwa. Czy nam się podoba czy nie powstają coraz to nowsze historie uwiecznione na taśmach filmowych czy kartkach papieru. Faktem jest, że to co pojawia się teraz jest coraz mniej mroczne, straszne i krwawe. Tak, tak, dobrze się domyślcie, że nawiązuje do Sagi Zmierzch.
Liczba filmów, które widziałam zamyka się w liczbie 9. Mało, ale wystarczająco by spostrzec różnice jakie z  biegiem czasu zarysowują się w tym temacie.


Nie widziałam starych filmów o wampirach: Nosferatu z Klausm Kinski, czy Draculi Francisa Forda Coppoli. Domyślam się jednak, że nie są to bajki dla dzieci, jakie serwuje się dziś, ale to filmy o morcznym, gotyckim kilimacie. Widziałam za to rewelacyjny Wywiad z wampirem, który pokazuje "prawdziwe" życie wampira, takie jakie się utarło i jest klasykiem w swoim gatunku.


Potem przerzuciłam się na filmy akcji z wampirami. I tu na scenę wskakuje Blade. Przez wiele osób zaliczany do grona lepszych filmów o krwiopijcach, przez niektórych uważany za kicz. Cóż, jedno jest pewne: tu też wampiry są pokazane tak jak trzeba: spala je słońce, zabija srebro i czosnek. Sama postać Blade'a jako pół-wampira pół-człowieka jest ciekawym pomysłem (btw: jak wpisałam ten termin w Google to w wynikach przeważa Renesmee ze Zmierzchu - Blade jest już mało znaczący). Nie bardzo wiem o co chodziło z tymi wampirami czystej krwi - urodzonymi jako wampiry, a nie zmienionych poprzez ukąszenie. Przecież one się nie rozmarzają. Wiec jak? Najwyraźniej coś mi umknęło. Dalsze części przygód Chodzącego za dnia (niektórzy tłumacze wolą Dzienny Marek) nie ją aż tak dobre. Druga część została urozmaicona przez żniwiarzy - o wiele gorszą wersję wampirów i jest okropnie krwawa (ale reżyserem był Guillermo del Toro, więc nie ma się co dziwić). Trzecia część, zamykająca trylogię, to już lekka porażka. Fabuła jest  powiedzmy do zaakceptowania, gadżety są bardziej nowoczesne, ale gra aktorów i dialogi to już żenada.


Po wyczynach Blade'a obejrzałam Underworld. Kolejny film, który mi się podobał, a krytyka go lekko zmiażdżyła (a może bardzo?). W tym wypadku mamy walkę pomiędzy wampirami i wilkołakami. Ci pierwsi pochodzą z arystokratycznych rodów, są zamożni i dobrze wykształceni, a ci drudzy, zwani Lykanami, to brudne, nieokiełzane kreatury, żyjące w ciemnych zakamarkach. Jak dobrzy bogaci przeciwko złym biednym. W tym wydaniu wampiry mają niebieskie oczy (bez wyjątku), noszą mało wygodny lateks, ale też nie znoszą światła i srebra. Ten film ma niezły klimat: ponuro, ciągle pada, a dominujące kolory to szary, czarny i ciemny niebieski. Część druga, zwana Underworld: Evolution, podobała mi się mniej. Losy hybrydy: pół-wampira pół-wilkołaka, i pokazanie początku wielkiej walki są tylko pretekstem do widowiskowych walk.

Potem gdzieś po drodze przyplątał się Van Helsing - pogromca wampirów i innych dziwnych stworzeń. I następny film, który został chłodno przyjęty przez krytyków i wielu moich znajomych. Ale nie o ocenę filmu chodzi, ale o wampiry. Tu coś nowego. Hrabia Drakula jest odporny na kołki, czosnek, wodę święconą i krzyż, ale nadal jest wrażliwy na światło. Przez wiele lat egzystencji baraszkuje sobie z trzema wampirzycami. Co prawda nie mogą się rozmnożyć, ale w tym wypadku jest nadzieja. W zamku wisi pełno martwych płodów - kokonów, a ożywić je może prąd z ciała Frankensteina (o ile dobrze pamiętam, bo oglądałam dość dawno). Dość to dziwne, nawet idiotyczne, ale sam film jest zbiorem dziwnych postaci, więc przymykam na to oko.


Miałam jeszcze okazję zobaczyć Daybreakers - Świt. Tu sytuacja jest odwrotna niż w innych filmach, a więc niejako jest powiew świeżości. Stało się to, czego obawiał się Blade - wampiry doszły do władzy. Nadaj zabija je światło, ale w dobie nowoczesności da się to ominąć. Jest tylko jeden problem: równowaga została zachwiana, ludzi prawie wyginęli i wampiry nie mają się czym żywić. Pracują nad substytutem krwi, by przeżyć. Ale tu także pojawia się nadzieja: można odwrócić proces: znów stać się człowiekiem, ponownie ożyć przy pomocy światła. Umarli nie powracają do życia, więc wygląda na to, że wampiryzm to wirus, choroba, którą można pokonać.


I na koniec seria filmów, które sprawiają, że filmy o krwiopijcach stają się coraz bardziej cukierkowe i młodzieżowe. Saga Zmierzch (mimo, że są to cztery filmy, traktuję je jako jedną historię). Kiedy czytałam książki nie było jeszcze medialnego szumu, wrzeszczących fanek, a twarz Roberta Pattisona pojawiała się przy każdym słowie jakie wpiszę w wyszukiwarkę obrazu. Przyznam szczerze, że książkę czytało się nieźle, pomimo wielu zastrzeżeń. Mam gdzieś nawet recenzję napisaną o 5 nad ranem :) Potem pojawił się film i do reszty zniszczył moje dobre zdanie.
O książce i filmie mogłabym napisać oddzielny tekst, ale chcę tylko wspomnieć o wykreowanych wampirach pani Meyer. Chodzą za dnia, świecą się w słońcu, nie piją ludzkiej krwi tylko zwierzęcą (że niby wegetarianie), zmienia im się kolor oczu, nie działa na nie woda święcona i srebro, oraz co ciekawe mogą spłodzić potomstwo. A i mają różnego rodzaju zdolności (co mi się nawet podoba).
Cóż, w świecie wampirów powiedziano już wszystko, za każdym razem są oni do siebie podobni, więc pani Meyer chciała zrobić coś całkiem nowego. Tyle, że jej wyobrażenie jest trochę śmieszne, a połączone z nastoletnią, infantylną historią o miłości daje efekt tragiczny w skutkach. W ostatniej części, kiedy Bella w końcu staje się wampirem, Meyer przedstawia świat wampirów z jej perspektywy - jest on tak idealny, że aż się niedobrze robi. Wszystko jest lepsze, prostsze, cudowne, rewelacyjne. Nie ma rysy na obrazku. (prawie rzucałam książką). Na forach rozbrzmiewały dyskusje co czuje Edward, kiedy Bella ma okres, gdzie chowa plemniki, z jakiej odległości jest widoczny śniący w świetle wampir, i gdzie zapodział kły. Gdyby ten świat nowym wampirów został tylko na kartkach papieru, byłby do zniesienia. Jednak w filmowej wersji jest za bardzo denerwujący.

Dlatego wolę te stare filmy, wolę Blade'a, Selenę i Lestata. Nawet jeśli są to kiepskie filmy, to przynajmniej wampiry są takie jak trzeba. I tym kończę mój dziwnie napisany tekst. Powinnam jeszcze wspomnieć o dwóch serialach: Pamiętnikach wampirów i Czystej krwi. Ale może przy innej okazji.

5 czerwca 2012

Moje miejsca: biblioteka


Uwielbiam bibliotekę w moim małym rodzinnym mieście. Znajduje się ona w Domku Greckim i należy do zespołu pałacowo-parkowego.

Przechadzam się wolno między półkami, wyszukując książek do przeczytania. Mogłabym skorzystać z internetowego katalogu i przyjść tylko po odbiór, ale większą frajdę sprawia mi osobista wizyta. Wdycham zapach starych książek, dotykam okładek, słyszę ciche rozmowy i wertowanie kartek zza sąsiednich regałów.

Ta biblioteka ma niesamowity klimat i jest dość dobrze wyposażona. Znalazłam w niej więcej książek iż w czytelni uniwersyteckiej, choćby ciężko dostępne "Opowiadania kołymskie" W. Szałamowa. I jest tam jeden cały regał nowości. Więc jak tylko jestem w domu, to zawsze do niej zaglądam.

Kontakt z biblioteką uniwersytecką miałam raczej ograniczony. Polegał on tylko na wypożyczaniu książek przez katalog internetowy. Do czytelni tam się znajdującej, zawitałam tylko kilka razy i to w bardzo nagłych wypadkach. Było tam zimno, panie patrzyły na każdy ruch zza swoich pulpitów (nawet jak się siedziało w ostatnim rzędzie) i tylko one mogły podawać książki z półek po uprzednim wypisaniu rewersu. Inaczej rzecz się miała biblioteką wydziałową. Była nowoczesna, w biało-zielonym kolorze i zwykle pełna ludzi, ale spędziłam tam sporo czasu, robiąc notatki i czytając książki, których w żaden sposób nie dało się wynieść poza budynek.


Jakiś czas zapisałam się do nowej biblioteki. Mała powierzchnia, a co za tym idzie mało regałów z książkami. Większość zbiorów znajduje się w pomieszczeniu "tylko dla personelu". Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie pani bibliotekarka. Zawsze mi się wydawało, że to panie w dziekanacie są niemile i pozjadały wszystkie rozumy. Teraz już wiem, że taki typ człowieka można znaleźć wszędzie. Postawa tej kobiety sprawia, że mam ochotę wyjść zanim coś wybiorę. Jej niezadowolona mina i podejrzliwe spojrzenie na każdego, kto wejdzie to chyba jej znak rozpoznawczy. Postanowiłam zminimalizować przebywanie w jednym pomieszczeniu z kimś tak mało sympatycznym. Wyszukuję książki w internetowym katalogu, podchodzę do pulpitu i wypowiadam na głos tytuł, patrząc na swoje ręce. Wiem, że to niegrzeczne, nie tak mama uczyła, ale spojrzenie typu "po co tu przyszedłeś" sprawia, że staję się niemiła. Aż mam ochotę ją specjalnie wkurzyć i powiedzieć kilka słów. Jak się jej nie podoba ta praca, to nie zrezygnuje. Ja się z nią chętnie zamienię :)


Poza tym miałam się pochwalić, co mam zamiar w następnej kolejności przeczytać, ale od tygodnia nic nie ruszyłam. Cały czas czytam "Sto lat samotności" Márqueza. Ostatnio najwięcej czasu spędzam nad swoją wymyśloną historią, bo jeszcze w tym roku chciałabym przesłać tekst do wydawnictwa.


zatem piszę dalej :)

I ostatnio znaleziony cytat:

"Jeśli nie możecie przeczytać wszystkich swoich książek, to przynajmniej bierzcie je do ręki, gładząc okładkę. Zaglądajcie do nich. Otwierajcie na chybił trafił. Przeczytajcie choć jeden ustęp, z chwilą kiedy wasz wzrok zahaczy o jakieś zdanie. Jeśli nie możecie zrobić z książek przyjaciół, zróbcie z nich bliskich znajomych."
Winston Churchill

źródło zdjęć: weheartit.com

4 czerwca 2012

Angelina Jolie


Jestem jej wierną fanką od lat. Obejrzałam prawie wszystkie jej filmy, czym nie mogę poszczycić się wobec żadnego innego aktora. Czytam wszystko, co dotyczmy jej osoby, jednak do pewnych informacji mam dystans. Cenię ją za aktorstwo i działalność społeczną, a informacje o życiu traktuję z przymrużeniem oka. To, co robi poza pracą na planie nie zmienia mojego zdania, że jest zdolną aktorką. Nawet jeśli jej filmy nie odnoszą oczekiwanych sukcesów.

Dziś Angelina kończy 37 lat.