28 czerwca 2012

Moje miejsca: kino

Kupiłam bilet - szary kawałek papieru z ceną, bez tytułu filmu i wyznaczonego miejsca. Czekam w małym holu, aż pani rozsunie czerwone kotary, które są drzwiami do sali kinowej. Czekam z niecierpliwością, bo pojawia się coraz więcej ludzi, a ja chcę zająć dobre miejsce. W końcu słyszę ten charakterystyczny dźwięk i wiem, że można wchodzić. Wdrapuję się po schodach, by usiąść jak najwyżej. Siedzenia skrzypią, są niewygodne. Ale co tam, mam przed sobą duży ekran. Obejrzę film w kinie. Oby tylko ktoś wysoki nie usiadł rząd niżej...

Tak kiedyś wyglądały moje wyjścia na film w czasach szkolnych. Małe kino studyjne nie było wyremontowane, a bilet był kawałkiem szarego paska. Na seanse zwykle chodziło się w weekend, bo tylko wtedy była w miarę duża frekwencja by puścić film. W tygodniu raczej się nie opłacało. No i repertuar nie był za bardzo bogaty. Cóż zrobić, gdy mieszka się na prowincji? Nie narzekałam jednak, bo każde wyjście do kina, na jakikolwiek film było przeżyciem (zwłaszcza jak seans organizowała szkoła ). A kiedy już w tym kinie wprowadzili kolorowe bilety z tytułem filmu i wyznaczonym miejscem, zaczęłam je zbierać. I zbieram do dziś.


Sala kinowa zawsze robiła na mnie wielkie wrażeniem, jeszcze zanim zainteresowałam się filmem na poważnie. Duży ekran, dźwięk i gęsia skórka. Mimo że lat mi wciąż przybywa, to siedząc w kinie czuję zawsze to samo - ekscytację. W ramach projektu na zaliczenie specjalizacji na uczelni miałam okazję zobaczyć jak wygląda i działa kino "od kuchni". Super sprawa. Szkoda tylko, że taśmy filmowe po kilku latach są po prostu wyrzucane do kosza. Ale nie ma ich gdzie trzymać.

Świat ciągle się zmienia i kino także. Ale kiedyś:
... bilety nie były takie drogie, nie było podziału na poniedziałek - czwartek i weekend;
... w kinie nie było aż tak słychać konsumowanego jedzenia;
... podczas seansu mojego wzroku nie przyciągał wyświetlacz komórki osoby siedzącej dwa rzędy niżej;
... nie było ponad 20-minutowych reklam (np. papieru toaletowego) przed filmem, a same zwiastuny (to się zdarzało nawet w multipleksach)
... i kiedyś była jakaś kultura w kinie.

Dziś to wszystko zależy od kina, pory seansu i samych ludzi, którzy czasem przychodzą (jak to mówi moja kumpela) do kina a nie po by obejrzeć film. Na szczęście istnieją jeszcze kina studyjne, które nie tylko mają niższe ceny, ale pozwalają poczuć magię seansu filmowego. 


10 komentarzy:

  1. "Świat ciągle się zmienia i kino także. Ale kiedyś:
    ... bilety nie były takie drogie, nie było podziału na poniedziałek - czwartek i weekend;
    ... w kinie nie było aż tak słychać konsumowanego jedzenia;
    ... podczas seansu mojego wzroku nie przyciągał wyświetlacz komórki osoby siedzącej dwa rzędy niżej;
    ... nie było ponad 20-minutowych reklam (np. papieru toaletowego) przed filmem, a same zwiastuny (to się zdarzało nawet w multipleksach)
    ... i kiedyś była jakaś kultura w kinie."


    dlatego odwiedzam multikina jedynie w poniedziałki/wtorki do godziny 15/16 ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest dobra myśl ;)
      Ja ostatnio chodzę do multikina gdy mogę zapłacić mniej. Ale też zmienię godziny.

      Usuń
  2. Muszę się przyznać, że kino było jednym z pierwszych miejsc moich wagarów:P Faktycznie dzisiejsza rozpasana kultura może trochę denerwować, ale jak już się siądzie na tych fotelikach, odczuwa się pewien fajny nastrój;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niezłe były te wagary :) Fakt, mimo tłumów zawsze czuje się ten klimat kina :)

      Usuń
  3. u mnie już niestety nie ma kina studyjnego, dlatego nad każdym wyjściem do kina teraz myślę dwa razy dłużej - 23 zł to wg mnie duża cena za tę przyjemność, która jak zauważasz potrafi był tak naprawdę słodko-gorzka. można trochę dołożyć i mieć książkę lub film dvd, który zostanie na naszej półce na wieczność. a co do jedzenia ja jakoś nigdy nie czułam potrzeby by coś w kinie jeść i zupełnie tego nie rozumiem. najśmieszniejsze, że niektórzy zjedzą co tam mają jeszcze zanim się film rozpocznie na dobre.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też mocno się zastanawiam się przed pójściem do kina, choć staram się korzystać z promocji, by zapłacić trochę mniej. I żelazna zasada: żadnego kina w weekend :) U mnie z kupnem książek i filmów jest różne: jednak staram zawsze wybierać tytuły, do których nie raz wrócę by nie mieć wrażenia, że wyrzucam pieniądze w błoto :)
      Mi się zdarza jeść w kinie. Ale wtedy kupuję coś z zwykłym sklepie, a nie w kinowym barku. Po co wydawać jeszcze więcej? :)

      Usuń
  4. Na mojej uczelni raz w miesiącu organizuje się seanse, są bezpłatne i nawet na burej sali wykładowej, pomijając niewygodne siedzenia i te ławy przed sobą, kiedy gasną światła da się odczuć 'ten' klimat, może i repertuar jest skromny, ale opłaca mi się to bardziej niż w 'prawdziwym'kinie wysłuchiwać rozmów innych, tolerować rzucanie popcornem etc, to już nie to samo co kiedyś.
    A cenowo to bardziej opłaca się chyba kupno dvd czy oglądanie online :P
    Dla mnie jedyne co mi się we 'współczesnych' wizytach kinowych podoba to dźwięk i duży obraz, nie to co siedzenie przed laptopem ze słuchawkami na uszach :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazdroszczę takich seansów na uczelni. Nawet takie miejsca są fajne na oglądanie filmów :)
      Cenowo kino jest dość drogie, ale co jakiś czas, trafiając na promocje, można obejrzeć film na dużym ekranie :) Zbyt częste wizyty oznaczają słabnącą satysfakcję i częściowe bankructwo :)

      Usuń
  5. właśnie niedawno odwiedziłam kino studyjne w moim mieście i naprawdę mi się podobało :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten wpis boleśnie przypomina mi jak dawno nie byłam w kinie...Jeśli mam być szczera, to wolę oglądać filmy w domu. Oczywiście są takie, które powinno się obejrzeć na wielkim ekranie (np. Thor <3, przepraszam za to infantylne serduszko, ale ten film budzi we mnie Wielkie Uczucia :D), bo inaczej traci trochę, nie widać tej spektakularności, rozmachu na ekraniku laptopa...
    Mam wrażenie, że widzowie się teraz trochę zmienili, trzeba wiedzieć, jakie godziny omijać, żeby jak ja nie irytować się błyskającymi wyświetlaczami komórek czy szeleszczącymi opakowaniami chipsów itp. Co do jedzenia, no to ten "głód" jestem w stanie zrozumieć (sama podjadam podczas seansu:D) ale pod warunkiem, że ktoś to robi bezgłośnie. Da się.
    No i ostatnia rzecz, to repertuar. U mnie w Białej oczywiście nie ma co liczyć na to, że film wejdzie do kin w jakimś rozsądnym terminie, chyba że jest to kolejna głupkowata komedia, horror albo bajka:P Co prawda we czwartki są ogranizowane od jakiegoś czasu spotkania filmowe i wtedy można liczyć na bardziej wyszukane tytuły, tyle że do tej pory to ja zdążę już obejrzeć te filmy, bo też zawsze są z opóźnieniem:D
    Kiedyś wyjście do kina było dla mnie niemalże świętem, a dziś, no cóż, mogę się bez tego obejść. Smutne to, ale prawdziwe.

    OdpowiedzUsuń