28 lipca 2012

Miszmasz # 2

W telegraficznym skrócie.


Marzy mi się jakaś daleka podróż, w miejsce gdzie jeszcze nigdy nie byłam. Niestety w tym roku nici z wakacji, więc wolny czas poświęcam na nadrabianiu kulturalnych zaległości. Nie wiem czy kiedykolwiek uda mi się realizować na bieżąco plany, bo ciągle innego przykuwa moją uwagę.

Filmy: lipiec spędziłam w większości z superbohaterami Marvela. Nadrobiłam przygody kilku panów w kolorowych wdziankach, by móc zobaczyć ich wspólne ratowanie świata w The Avengers. Niestety ten seans ciągle się przesuwa w czasie. Pewnie jeszcze w jakimś kinie go grają, ale nie chcę wydawać pieniędzy na 3D. W sieci są same wersje nakręcone w kinie i słabej jakości. Poczekam więc do premiery DVD, o ile wytrzymam :)
Poza tym jeden tydzień poświęciłam na spotkania z Marilyn Monroe i przyglądałam się rywalizacji dwóch magików o pierwszeństwo na deskach teatrów oraz patrzyłam na pojedynki biednego rycerza w w nowoczesnym średniowieczu. Mój tydzień z Marilyn niespecjalnie mnie zachwycił, ale rola Michelle Williams jest naprawdę dobra, widać że włożyła dużo pracy, by zagrać/stać się Marilyn. Natomiast Prestiż to kawałek dobrego kina z zaskakującym zakończeniem. A Obłędny rycerz to lekki film z czasów młodości Heatha Ledgera, idealny gdy nie nic ciekawego w telewizji.

Seriale: ich liczba do nadrobienia gigantycznie się zmniejszyła. Został mi jeszcze jeden serial i jak dobrze pójdzie, to we wrześniu będę na bieżąco. Po raz pierwszy od... hm, chyba od zawsze. A nie. Jedynie Zagubionych i Przepis na życie oglądałam według telewizyjnego tempa. 

Prawie skończyłam przygodę z Dr House'm. Zawsze mi się go przyjemnie oglądało, mimo że kolejne sezony powoli zaniżały poziom. Ostatnie dwa sezony oglądam "hurtem", by mieć już cały serial z głowy. I mam wrażenie, że w przypadku House'a to nie było najlepsze rozwiązanie. Mimo że każdy odcinek to inna choroba, to nazwy diagnoz i leków stale się powtarzają. Wcześniej nie zwracałam na to uwagi, a teraz mnie to denerwowało. Jeszcze kilka odcinków i dotrę do wielkiego finału, który wielu osobom się nie podobał.
I potem poszukam jakiegoś nowego serialu, najlepiej brytyjskiego.

Książki: obecnie czytam Na wschód od Edenu Johna Steinbecka. 800 stron, dwa tomy, mały druk. Wielka saga rodzinna autora, do której trzeba mieć cierpliwość. Mam nadzieję, że w miarę szybko przez nią przebrnę, gdyż...

 ...dalej czekają w kolejce:


Następny film, o którym spróbuję napisać wiecej niż kilka słów to Czas Apokalipsy. W wersji reżyserskiej. To będzie długi seans...


Inspirujące zdjęcie dnia.

Tyle na dziś.

22 lipca 2012

"Ja i pani M." Jemma Forte

Tak, napisałam długą recenzję. Co nieczęsto się zdarza :)


Tytuł: Ja i pani M.
Tytuł oryginalny: Me and Miss M
Autor: Jemma Forte
Liczba stron: 352
Tłumaczenie: Katarzyna Bartuzi
Wydawnictwo: Świat Książki

Rzadko książki doprowadzają mnie do szału pod względem językowym. Cóż, jak na filologa jestem bardzo tolerancyjna i skupiam się zwykle na wymyślonej fabule. Ale i moja tolerancja ma swoje granice. Jeszcze rzadziej zdarza mi się pisać po książce po to, by zaznaczać w niej błędy, nielogiczności i opisywać swoje odczucia. Nawet czytając Zmierzch czegoś takiego nie robiłam, bo był językowo lepszy.

Recenzja powinna mieć podtytuł: Jak spieprzyć fabułę i tłumaczenie, czyli czytadło, którego nie polecam nawet wrogom (niech nawet oni czytają lepszą literaturę). Wybaczcie za przekleństwo, ale ono idealnie tu pasuje, a czytając dalej dowiecie się dlaczego.






Wydawca o książce pisze tak:
Lekka powieść o kulisach życia gwiazd filmowych w stylu „Diabeł ubiera się u Prady”.
Fran, sympatyczna dwudziestodziewięciolatka, która bez powodzenia próbuje zostać aktorką, ostatecznie dostaje pracę u słynnej gwiazdy Caroline Mason. Apodyktyczna, zołzowata Caroline okazuje się straszną szefową. Na szczęście obecność uroczego Carsona, sławnego hollywoodzkiego amanta i męża Caroline łagodzi sytuację. Pewnego dnia Fran widzi coś, czego zobaczyć nie powinna. To nieoczekiwanie zmienia życie samej Fran i jej chlebodawców...
Zjadliwie i z humorem o prawdziwym życiu „królów” kina – w domu, a nie na zdjęciach.

Czytałam już takie historie: zwykły śmiertelnik trafia do krainy bogatych i zdaje relację jak wygląda takie życie "od kuchni". Druga asystentka, Niania w Nowy JorkuGwiazdy i gwiazdki to tylko niektóre tytuły poruszające taki temat. Książki lekkie, przyjemne, z ciekawą fabułą, ale na jeden raz. Pomyślałam więc, że Ja i pani M., będzie w podobnym tonie. Wiedziałam, że nie jest to wybitna literatura, ale miałam nadzieję na przyjemnie spędzenie czasu. Nie wiedziałam, że ciekawsze będzie wyłapywanie błędów niż śledzenie fabuły. Ale po kolei.

Zacznijmy od fabuły. Sam pomysł nie jest głupi. Spojrzenie na prawdziwe życie gwiazd filmowych zawsze jest interesujące, bo często odbiega od tego co piszą w gazetach i internecie. Autorka opisała własne doświadczenia, co jest jeszcze większą zachętą. Relacja z pierwszej ręki? Fantastycznie. 
Entuzjazmu starczyło mi tylko na początku. Im dalej brnęłam w historię, tym mocniej byłam zawiedziona,  robiłam więcej poprawek w tekście i moje komentarze były bardziej zjadliwe. Historia Fran biegnie dwutorowo. Z jednej strony opisuje swoją pracę u prawie zapomnianej aktorki Caroline Mason, a z drugiej mówi o swoim marnym egzystowaniu, pisaniu "Pamiętnika osobistej asystentki" i komentowaniu życia swojej chlebodawczyni. W pewnym momencie sprawy nie związane z pracą stają się bardziej ważne i szara myszka, jaką jest główna bohaterka, staje się ekspertem w dziedzinie, w której ma mało doświadczenia. Jej opisywanie zdarzeń, w zmiana poglądów, dojrzewanie do decyzji są tak słabo napisane i naiwne, że miałam ochotę rzucić książką. Wiem, że autorka musiała wiele zdarzeń pozmieniać, by ciężko było się domyślić z kim tak naprawdę miała do czynienia, ale proszę, dlaczego w tak idiotyczny sposób? 


Dla przykładu. W pewnym momencie w książce przyjaciółka Fran zaczyna rodzić i trzeba ją jak najszybciej zawieść do szpitala. I jakoś tak się składa, że Fran dociera tam z Carsonem Adamsem, czyli najprzystojniejszym aktorem na ziemi i przy okazji partnerem aktorki, u której pracuje. Ale to nie istotne. Istotne jest to, jak zachowuje się cały personel ginekologii oraz jego pacjentki, gdy widzą przystojnego aktora. Położne nagle nie są zainteresowane odbieraniem porodów, kobiety które własnie urodziły nie czują bólu, bo jedno spojrzenie tego faceta działa o wiele lepiej niż znieczulenie zewnątrzoponowe. I to wszystko dzieje się na korytarzu. Potem jest jeszcze bardziej idiotycznie, bo ten sam aktor walcząc o życie pośród szpitalnego tłumu, pojawia się na sali porodowej, wraz z kilkoma innymi osobami i dopinguje rodzącą. I ostatecznie podpisuje pokaźny czek dla szpitala.


Takich irracjonalnych sytuacji jest więcej. Przy każdym spotkaniu z Carsonem, Fran zachowuje się podobnie, operuje tymi samymi przymiotnikami (same ochy i achy), a jej najgłupszy tekst, po jednym ze spotkań, brzmi"Mówię niby normalnym głosem, ale nadal czuję się jak po stosunku."* Jest jeszcze jedna scena z Carsonem, gdy narzeka na swoje życie gwiazdy i to właśnie Fran naprowadza go na właściwą ścieżkę, jak jakaś doświadczona życiem kobieta, która wiele przeszła. A tak naprawdę jest żółtodziobem, który wiedzę czerpie z programów telewizyjnych.


Oczywiście jest jeszcze miłość. Fran zawsze pyta o ulubiony film, gdyż "ta odpowiedź będzie kluczowa. Od niej może zależeć to, czy facet naprawdę mi się spodoba, czy też dam sobie z nim spokój."* Ciekawy wyznacznik osobowości, nie ma co. O pierwszym facecie Fran mówi tak: "Jednego dnia robienie komuś dobrze ustami wydaje się zupełnie normalne, a niemal nazajutrz zwykła rozmowa telefoniczna wywołuje zażenowanie."*. Rzucił ją, ale za kilka miesięcy zaprosił na ślub, bo kobieta, z którą zdradzał Fran zaszła w ciążę. 
Ale na tym weselu bohaterka poznaje miłość swego życia - Toma. Nowy ukochany jest ideałem pod każdym względem (nawet uwielbia ten sam film!) i każdy ze znajomych musi tak uważać. Za każdym razem jak się pojawia ona prawie sika w majtki i gada jaki to on jest niesamowity. Pan Idealny jest idealny do czasu, kiedy to nie zachowuje się tak jak Fran oczekuje. Pierwsza kłótnia ma finał w łóżku, kolejna to długoterminowe rozstanie, oczywiście z winy Toma, bo Fran błędów swoich nie widzi. Takiej sytuacji może zaradzić tylko ktoś wielkiego formatu, kogo Fran naprowadziła na dobrą drogę... 

Jedyne, co się autorce udało to opis życia gwiazd poza kamerami. Gdyby wyrzucić lub ograniczyć jej rozterki i beznadziejne, powtarzające się opisy uczuć, wyszłaby całkiem niezła książka o tym jak media kreują ludzi ze świata show-biznesu. Autorka pisze, że patrząc na zdjęcia i czytając rozmaite informacje, sądzimy że mamy prawo do opinii na ich temat. A tak naprawdę nie wiemy, jacy są w normalny życiu. Autorka nieźle to pokazała na postaci Caroline Mason. Jest ona wybitną aktorką, która czasy świetności ma już za sobą, ale mimo to chce wrócić na szczyt. Fran myśli, że skoro Caroline jest dobrą aktorką, to prywatnie też jest ciekawą postacią, oczywiście w pozytywnym sensie. Prawda jest jednak okrutna i naiwne myślenie Fran znika po pierwszym tygodniu. Zaczyna się praca polegająca na spełnianiu poleceń i zachcianek gwiazdy, czasem tak idiotycznych, że ciężko w to uwierzyć. Fran skrupulatnie wywiązuje się z zadań, komentarze zachowując dla siebie. Mało jest sytuacji kiedy jej cierpliwość się kończy i mówi co myśli. Nawet ostateczna konfrontacja jest rozczarowująca, bo zamiast odważnie powiedzieć, co jej leży na sercu (w końcu męczyła się dość długo), czytamy zaledwie parę podsumowujących słów. Za mało jak na 300 stron fabuły.

Jednak to, co mnie najbardziej wkurzało w tej książce, to język. Lubię czasem przeczytać coś lekkiego, ale takie książki też powinno mieć jakiś poziom językowy. Zwykle są pisane prostym literackim językiem, który idealnie pasuje do tematyki. Z tą książką jest inaczej, ponieważ pisana jest językiem potocznym
mówionym z niewyobrażalną ilością wulgaryzmów. Jest pewna granica używania potoczności w języku pisanym, ale autorka lub tłumacz (bo nie znam oryginalniej wersji) przekroczyli ją do granic możliwości. 
I śmiem twierdzić, że nawet książki dla nastolatek, harlequiny, czy Zmierzch są pisane lepszym stylem. 


Zbyt duża ilość wulgaryzmów nie sprawi, że tekst stanie się nonszalancki. Autorka na siłę chce być dowcipna i strzela głupimi, wulgarnymi porównaniami. Robi się od tego niedobrze, zwłaszcza, że bohaterowie (a częściej bohaterki) klną w każdej sytuacji. Jak na literaturę kobiecą to to lekkie przegięcie. Pełno jest spolszczonych angielskich słówek, których osobiście nie lubię. Postaci są dorosłymi ludźmi, a wypowiadają się jak nastolatki w okresie dojrzewania. 
Dla przykładu, kilka znalezionych słów: spozierając, skitrać, wyzłośliwiam się, rąbiemy jajecznicę; pochlastam się, rajcuje się, popylam, lojalka, zlejcie, nasze bzykanko, upstrzona, mieć w czubie, fukać, chała. Po raz pierwszy znalazłam tyle słów z potocznego języka w książce. A słowa "ja pierdzielę" nie jestem w stanie policzyć. Najwyraźniej tłumacz lub autorka nie mają słownika synonimów. To strasznie razi i w pewnym momencie irytacja sięga zenitu. Czytam książkę o kobiecie trzydziestoletniej, a mam wrażenie że mówi czternastolatka. Takich przykładów można podać znacznie więcej, ale i tak się już za bardzo rozpisałam. Dodam jeszcze, że tłumaczenie ma sporo literówek. 

Zakończenie książki jest dość przewidywalne, ale czytałam do końca głównie po to, by zobaczyć ile jeszcze znajdę błędów. Wszystko w życiu głównej bohaterki idzie jak najlepiej - świetna propozycja nowej pracy, pomoc innym odnosi skutek, a źli zostają ukarani. Gdzieś już tak napisali. I to nie jeden raz.

To pozycja, którą bardzo szybko się czyta, ale jej nie polecam. Chyba że lubicie czytadła i nie denerwuje Was to, co ja wypisałam kilka akapitów wyżej. Wiem jedno. Do publikacji książki trzeba porządnie się przygotować. Żeby nie było ogromnej ilości błędów w fabule i języku. Łatwo jest napisać książkę, ale o wiele trudniej zaskoczyć czytelnika.


* wszystkie cytaty: Jemma Forte, Ja i pani M., Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2010.

15 lipca 2012

Melodie OST


Są filmy, które mają dwie płyty z muzyką: ost oraz the score. Pierwsza to płyta z piosenkami, druga to same melodie. Jednak jak pokazuje moje małe tajne śledztwo, nie każdy fan muzyki filmowej lubi muzykę instrumentalną. Ale nikt nie zaprzeczy, że jest ona ważną częścią filmu i bez niej ciężko było by go oglądać.
Ja osobiście lubię melodie z filmów i często ich słucham, bo dają niesamowite pole do wyobraźni. 


Kilka ulubionych:



Muzyka z ostatniej sceny w Incepcji.

Pierwsza scena K-Pax i od razu mnie zauroczyło.

To jedna z wielu ulubionych melodii z Władcy Pierścieni. Końcowa scena z Drużyny Pierścienia.

Z całej płyty tylko ten utwór zapadł mi w pamięć.

Underworld - Eternity and a Day. Od tego utworu wszystko się zaczęło..


Muzyka z Mrocznego Rycerza jest rewelacyjna. To jeden z wielu utworów, do których powracam.


Liczba tego typu utworów jest o wiele, wiele dłuższa. Nie dałabym rady wszystkich wymienić. A wciąż przybywają nowe. Teraz pozostaje mi tylko zrobić ranking ulubionych kompozytorów. Wkrótce.
Tymczasem.

Zdjęcia dnia:

11 lipca 2012

W kilku słowach...


Mavis Gary nie potrafi odnaleźć się w dorosłym życiu i w pewnym momencie postanawia je zmienić. Plan jest prosty: odzyskać swoją szkolną miłość. To nic, że facet nie jest zainteresowany, bo ma żonę i właśnie urodziła mu się córka. Główna bohaterka zna go lepiej niż on sam siebie i wie, że w głębi duszy jest nieszczęśliwy. 
Cały film to mozolna próba odzyskania względów byłego ukochanego. Mavis do każdego spotkania skrupulatnie się przygotowuje: nowe ciuchy i wizyty u kosmetyczki, ale każdy wieczór kończy się tak samo: zbyt dużo alkoholu, powrót do hotelu i spanie do późna w ciucha z poprzedniej nocy. Poza tym koniecznie chce cofnąć czas, ale robi  tylko z siebie pośmiewisko. Akcja toczy się wolno, oparta głównie na rozmowach bohaterki z osobami z miasteczka. Film strasznie mi się dłużył, ale na plus zasługuje tematyka oraz świetna rola Charlize Theron.
Ocena: 6/10
Thor (2011)

Jedni mówią, że niezły film, inni że totalna klapa. Każda produkcja o superbohaterach musi mieć kilka istotnych cech: chwytliwe nazwiska w obsadzie, nieskomplikowaną fabułę i dużo akcji, efekty specjalne oraz trochę humoru. W Thorze jest to trochę zachwiane. Scen walk jest mniej i brak interesującego zwrotu akcji, film jest lekko przegadany. Mimo to, moim zdaniem, jest o wiele lepszy niż Iron Man. Thor broni się dobrą obsadą: niezły Chris Hemsworth, rewelacyjny Tom Hiddleston (zapewne nie tylko moje nowe, aktorskie odkrycie ;)). Anthony Hopkins, Stellan Skarsgård, Clark Gregg i Idris Elba - jak zwykle w dobrej formie. Trochę mnie rozczarowała Natalie Portman. Była raczej dodatkiem do obsady niż grała główną rolę żeńską.
Ocena: 7/10


Jakoś nigdy mi nie było po drodze zobaczyć tę animację, choć mam nawet plakat kupiony na zachętę. Do dziś nie wiem dlaczego w polsku tytuł brzmi: Gnijąca Panna Młoda Tima Burtona. (mam na myśli dodanie to tytułu nazwiska reżysera). To jedna z tych zagadek tłumaczy, które nigdy nie zostanie rozwiązana :)
Po seansie wiem jedno, no może dwie rzeczy. Po pierwsze nadal uwielbiam Burtona. A po drugie: życie to tylko stan przejściowy. Według reżysera kraina umarłych jest ciekawsza i o wiele barwniejsza niż ziemski żywot. Jest tu wszystko, co kochamy w Burtonie: groteska, humor i oryginalna opowieść. 
Ocena: 8/10

Arthur (2011)

To jeden z tych filmów, o których szybko się zapomina. Obejrzałam przez przypadek i przyznaję, że zmarnowałam półtorej godziny. Rzadko mi się zdarza, bym podczas oglądania filmu zajmowała się pisaniem. A w tym wypadku tak było. Jednym powodem, dla którego zerkałam na ekran była Helen Mirren. A po seansie zorientowałam się, że to był to remake filmu z 1981, więc chętnie zobaczę oryginał. Oby był lepszy.
Ocena: 4/10

Hanna (2011)

Sama historia wydaje się być ciekawa. Nastolatka szkolona przez ojca, by stać się maszyną do zabijania. Wychowywana w fińskiej głuszy, z dala od cywilizacji, elementy codziennego świata zna z encyklopedii. I kiedy jest gotowa, wyrusza na swoją pierwszą misję. Ma zabić niejaką Marissę Wiegler. Ale dlaczego, dowiadujemy się dość późno. Po niezłym początku, dalej robi się mało ciekawie. W pewnym momencie film robi się przewidywalny. To, co zostało mi po seansie to muzyka. Saoirse Ronan jako Hanna mnie nie przekonała. Jest coś w tej dziewczynie, co mnie irytuje. Jedynie Cate Blanchett była wyrazista.
Ocena: 5/10

Burleska (2010)

Historia dziewczyny z małego miasta, która robi karierę, nie jako aktorka, nie jako piosenkarka, ale jako tancerka w nocnym klubie. I za to jakim. Wszystko jest kolorowe i świecące. Nie ma miejsca na brzydotę i nudę. Nie jest to film z najwyższej półki, ale dobrze się go ogląda. Cher mimo wieku (i operacji plastycznych) zachwyca. Stanley Tucci jak zwykle jest dobrym przyjacielem, a Christina Aguilera chwali się swoim głosem (bo grać to raczej nie potrafi).
Ocena: 6/10

Chalet Girl (2011) 

Na ten film trafiłam przeglądając filmografię Billa Nighy. Brytyjska komedia dla młodzieży o dziewczynie z niższych sfer, która zamiast korzystać z życia i realizować swoje marzenia, pomaga ojcu utrzymać dom. Wszystko zmienia się, gdy dostaje propozycję pracy w ekskluzywnym kurorcie w Alpach. Oczywiście będzie wiele komicznych sytuacji, wiele wpadek i (nie)spodziewana miłość. W sumie ten film nie wyróżnia się niczym szczególnym, ma jednak niezłą ścieżkę dźwiękową.
Ocena: 6/10

9 lipca 2012

3 lipca 2012

"Some people feel the rain. Others just get wet."

Właśnie pada.
Po upalnym dniu, w końcu przyszło ochłodzenie i burza. Ale ja uwielbiam kiedy spada deszcz. Ten zapach powietrza i szum niezakłócony wiatrem. Mogłabym wtedy siedzieć i patrzeć jak zieleń za oknem robi się jeszcze bardziej intensywna.

Przypominają mi się wakacje spędzane na Mazurach. Gdzieś na jeziorze, z dala od miasta, łódź przycumowana do małego pomostu. Wśród drzew. W czasie deszczu na jachcie zakładało się tropik przy złożonym maszcie. Kiedy padało zawsze siadałam na zewnątrz po tym tropikiem i czytałam książkę. Zanim nie zrobiło się ciemno i zanim nie dorwały mnie komary. 

Dziś mi się marzy domek jednorodzinny z dużą werandą, gdzieś poza miastem. Gdy będzie padać, zrobię sobie ulubioną herbatę, usiądę sobie wygodnie w fotelu, z kotem na kolanach i zagłębię się w lekturze. Niespecjalnie wyszukane marzenie, ale tak to bywa, gdy przez całe życie mieszka się w bloku :) 




Ale żeby nie było tak całkiem nie w temacie: Deszczowa piosenka. Pamiętam, że komuś obiecywałam, że tak zatańczę. Może nie tak dokładnie jak Gene Kelly, ale na pewno w deszczu. Próby trwają... ;)



Intrygujące ;)

Zdjęcia: weheartit.com