30 sierpnia 2012

Mało zdolni, choć urodziwi

Dziś coraz częściej od dobrego aktorstwa liczy się wygląd. Ładne twarzy przyciągają, pasują do filmowej scenografii, dobrze prezentują się na plakatach promocyjnych. Pomijam fakt, że w rzeczywistości aktorzy nie wyglądają tak korzystnie, jak na dużym ekranie. To, co mnie najbardziej irytuje, to to, że wiele ładnych twarzy nie potrafi wyrażać różnorodnych emocji. Grają bardzo podobne role lub są wyłącznie ozdobnikiem innych aktorów. Co mi po pięknej twarzy aktorki, która nie potrafi pokazać wściekłości? Boi się, że pojawią się zmarszczki?

Poniżej mój subiektywna lista kilku aktorów, którzy (w moim mniemaniu) zarabiają głównie na swojej urodzie niż talencie. Choć, gdybym poszperała w obejrzanych filmach, nazwisk było by więcej.


Kristen Stewart - Mój numer jeden. Chyba nikt tak dawno mnie nie irytował swoją grą. Panna jednej miny. Wszystkim dała się poznać jako nieudolna wersja książkowej Belli, ale ja miałam okazję widzieć ją w innych produkcjach, gdzie niczym mnie nie zaskoczyła. Teraz panna Stewart zamiast uczyć się gry aktorskiej, chowa się przed całym światem, bo zasmakowała plotkarskiego życia.



Kate Hudson - Jeszcze nie widziałam jej w poważniejszym repertuarze, a podobno ma na koncie Złoty Glob. Ale jeśli chodzi o komedie to, w każdej niczym się nie wyróżnia. Ma w repertuarze jeden typ postaci: roztrzepana blondynka, która wybrnie z każdych kłopotów i ile się przy tym nauczy!


Matthew McConaughey - Kompan Kate Hudson. Bieganie przed kamerą bez koszulki to jego znak rozpoznawczy. I tyle jestem w stanie powiedzieć. Nic charakterystycznego w jego grze aktorskiej nie znalazłam. Jeśli ktoś zna film, gdzie Matthew ma do zaoferowanie coś więcej niż wygląd, niech da znać.



Jennifer Garner - Agentka o stu twarzach, która nie ruszyła się bez dublerki, bo bała się złamać paznokieć. Tak gdzieś przeczytałam, a samego serialu nie widziałam. Jennifer, o dziwno budzi moją sympatię, ale ciężko mi wyłapać jakąś jej rolę, która by mi zapadła w pamięć. I ten jej cukierkowy głos...

Hayden Christensen - Dobra, przyznaję, za czasów szkolnych byłam nim zafascynowana. Ale to chyba za sprawą serialu "Szkoła przetrwania" z 2000 roku. Potem przyszły nowe Gwiezdne Wojny i czar prysł. Ciężko jest wybaczyć G. Lucasowi taką wpadkę castingową. Żaden z nowszych filmów Haydena nie odniósł sukcesów, a krytycy nie zostawiają na nim suchej nitki. I ma jakieś takie naćpane spojrzenie ;)

Robert Pattinson - Fenomen, którego nie rozumiem. W jednej z recenzji filmu Cosmopolis napisano: "W każdym kolejnym filmie, w jakim się pojawia, brakuje głównego bohatera, bo jego miejsce zajmuje figura Roberta Pattinsona. Uwielbiają ją plotkarskie magazyny, coraz bardziej nie znoszą krytycy, którzy dali aktorowi kredyt zaufania i kolejny raz muszą zmagać się z rozczarowaniem". Te słowa można odnieść do każdego filmu z jego udziałem. Poza tym: gdzie on jest przystojny?


Scarlett Johansson - Oprócz Między słowami, niczym nie nie zaskoczyła. Napierw nie chce założyć małoprześwitujących majtek, a teraz hasa pół nago po ekranie, a w kolorowych gazetach rozpisują się na temat jej seksapilu. W jej przypadku jest chyba tak, że im większa popularność, tym mniej trzeba się starać. Bo i tam złapie jakąś rolę. Bo któż nie kocha Scarlett? Kiedyś jeden z aktorów brytyjskich (nie pamiętam który) stwierdził, że Scarlett się marnuje bo zamiast grać, zaczyna występować w reklamach. Może woli swoją urodę od średniego talentu?


Abigail Breslin - Kiedy na ekranie pojawia się Abigail, od razu przychodzą mi na myśl słowa: mała-stara. Gra tak irytujące, przemądrzałe bohaterki, aż mnie krew zalewa. Nie przekonuje mnie nastolatka, która udaje dorosłą w swojej grze, mimice czy gestach. Wątpię czy seans Małej Miss zmieni moje nastawienie.



Eva Mendes - Cały czas mam wrażenie, że to typ aktorki, która jest ozdobą na planie. Nie widziałam jej jeszcze w roli mocnej, wyrazistej kobiety. W filmach, które obejrzałam, gra u boku mężczyzn, będąc ich dodatkiem, a nie równorzędną partnerką. Poza planem głównie wychwala się jej urodę, a to nie jest wyznacznikiem talentu.

17 sierpnia 2012

W kilku słowach...

Tym razem o polskim kinie. A dokładniej o czterech filmach Jana Jakuba Kolskiego. Tak, rodzime produkcje też oglądam.


Jest rok 1946. Mateusz po wielu latach wraca w rodzinne strony. W czasie wojny był więźniem obozu koncentracyjnego i teraz chce zaznać spokoju. Na miejscu okazuje się, że mieszkańcy wsi nie są zadowoleni z jego powrotu. Zabrali jego dobytek, by nic się nie zmarnowało (w ich mniemaniu), a teraz muszą go oddać i nie bardzo im się to podoba. Będą robić wszystko, by uprzykrzyć mu życie.
Akcja toczy się wolno, ukazując nierówny konflikt na linii Mateusz - mieszkańcy wsi. Jest też sprawa podziału dworskiej ziemi, sprawa zniknięcia syna Mateusza i sprawa dziedziczki dworu, która z jakiegoś powodu straciła zmysły. Między tym wszystkim krąży Pasiasia, niemy świadek wydarzeń. O ile powoli prawie wszystko się ze sobą łączy, to końcowy/tytułowy pogrzeb kartofla zbił mnie stropu. Próbowałam to jakoś zinterpretować, ale mi się nie udało. Jeszcze nie.



Ksiądz Jakub obejmuje na wsi swoją pierwszą parafię. Nowi wierni to ciężki orzech do zgryzienia, ale nowy pleban ma wsparcie u księdza z sąsiedniej wsi, którego zachowanie dalekie jest od tego wyniesionego z seminarium. W tym samym czasie we wsi zaczynają się dziać cuda: obrazy same się naprawiają, wody w studniach przybywa, pojawia się magiczne źródełko leczące rany, a jedna z kobiet zostaje naznaczona stygmatami.
 Tu wszystko jest na opak: ksiądz klnie i nawet tłucze złych wiernych, kobieta lekkich obyczajów zostaje naznaczona przez Boga, a ta porządna albo jest maltretowana albo popełnia samobójstwo. Gdzieś tam pojawia się martwy koń biały koń, który ożywa, konfesjonałem jest drzewo przy polnej drodze, pomnik jego ze świętych wskazuje na wychodek, a w lesie jest pełno pogańskich kukieł. Doszłam do wniosku, że nie mam pojęcia, o co chodziło w tym filmie. Zgubiłam się w natłoku religijnej symboliki.


Pornografia (2003)

Polska w czasach II wojny światowej. Pisarz Witold i jego przyjaciel Fryderyk odwiedzają majątek Hipolita na wsi. Dworek co jakiś czas nachodzą esesmani, a w pobliskich lasach ukrywa się oddział partyzantów. Witold z nudów postanawia wyswatać córkę gospodarzy z młodym pomocnikiem na farmie, pomimo że dziewczyna jest zaręczona z dużo od siebie starszym mężczyzną. Fryderyk jest zaintrygowany pomysłem i  zaczyna się tajemnicza gra, która doprowadza do tragedii...
Nie czytałam książki Gombrowicza, więc nie wiem co dokładnie reżyser przeniósł do fabuły. Wiem jedno, pod względem technicznym film jest świetnie zrobiony. Zdjęcia, scenografia i muzyka robią ogromne wrażenie. Reżyser nie śpieszy się w opowiadaniu historii, pozwalając na dokładne przyjrzenie się bohaterem. Trochę się to dłuży i kiedy widz zastanawia się ile jeszcze czasu zostało, to nagle mamy koniec. Tak po prostu. Jedną z zalet tego filmu jest to, że nic nie jest powiedziane wprost, wiele spraw pozostaje w domyśle widzów. No i końcówka. Przyznam, że mnie zaskoczyła.


Wenecja (2010)

Film o podróży, która się nie odbyła. Rodzina Marka od pokoleń jeździ na wakacje do Wenecji. Chłopiec ma nadzieję, że i w nadchodzące wakacje tam pojedzie. Jako ostatni z rodziny. Zna przecież na pamięć nazwy ulic i placów Wenecji. Niestety wybucha wojna i Marek musi jechać do Zaleszczyk nad Sanem, gdzie mieszka jego ciotka Weronika. Jest zły z tego powodu, rozgoryczony i ciągle powtarza "nie chcę tu być". Ale dzięki swojej wyobraźni i za pomocą rodziny buduje swoją własną Wenecję w zalanej wodą piwnicy dworku.
Wenecja mnie zauroczyła. Nie tylko pod względem wizualnym, ale dzięki dobremu scenariuszowi. Jest tu także galeria barwnych postaci (ciotka Klaudyna - jak miło usłyszeć w filmie własne imię ;)), które chcąc odciąć się od zła wojny, wymyślają swój własny świat w domowej piwnicy. Wojna jednak i tak o sobie przypomni, i za zlekceważenie zbierze swoje żniwo. Co po tym pozostanie? Wspomnienia z domowej Wenecji.


To, co dotyczy wszystkich obejrzanych przeze mnie filmów Kolskiego, to świetne aktorstwo. Na tych czterech filmach widać z kim najchętniej pracuje reżyser. Prócz żony są to jedni z najlepszych polskich aktorów: m.in Mariusz Saniternik, Franciszek Pieczka, Adam Ferency, Krzysztof Majchrzak czy Magdalena Cielecka. Przyznam, że Grażynę Błęcką-Kolską kojarzyłam głównie z roli w Kogel-Mogel. Teraz jej głosu i ról raczej nie zapomnę.
Dalej zamierzam zagłębiać się w filmografię J.J. Kolskiego. Następnym filmem będzie zapewne Jasminum.

12 sierpnia 2012

Gdzieś w pisarskim świecie...

Żelazna zasada pisarzy brzmi: staraj się pisać każdego dnia. Nie ważne ile zajmie to czasu, godzinę, dwie, trzydzieści lub dziesięć minut. Zapisuj wszystko, co przyjdzie ci do głowy, bo często myśli są ulotne. Warto mieć przy sobie lub gdzieś na wierzchu  notatnik, czyste kartki i długopis.  Funkcja notatnika w telefonie też się przydaje. Każde zdanie jest ważne.  Bo jeśli o nim nie zapomnimy, może być początkiem czegoś nietuzinkowego.





Nie zawsze stosuję się do tej zasady z powodu braku czasu lub przeszkadza mi mój dobry znajomy - leń. Są jednak takie momenty, kiedy niemal cały dzień poświęcam na pisanie. Żeby nie być gołosłownym, moje obecne stanowisko w pisarskiej pracy wygląda mniej więcej tak:

plus kawa i ciasteczka owsiane ;)

Zredukowałam niezliczoną liczbę kartek, przepisując wszystko do zeszytu. Mam teraz prowizoryczny porządek w wydarzeniach. Pierwsza wersja każdego tekstu zawsze powstaje na papierze. O wiele szybciej piszę długopisem niż na klawiaturze, poza tym przy przepisywaniu do Worda poprawiam błędy i często wyrzucam niepotrzebne słowa.


Zdarzają się też małe kłopoty twórcze. Ciężko jest pozyskać czytelnika. Jak zainteresować kogoś historią, skoro prawie wszystko zostało napisane? Wysilam się, by sklecić coś oryginalnego, ale ostatecznie mam wrażenie że gdzieś to już było. Za dużo się naczytałam i naoglądałam, a teraz mam problem by zdystansować się poznanych historii.
Trafiłam na pisarską ścisnę. 

Rzuciłam wszystko w cholerę. Całą koncepcję i wydarzenia. 
Siedzę w ciszy i myślę.
Gapię się w okno, jakby na posesji sąsiadów znajdowało się rozwiązanie.

Co tu zrobić, by potem nikt mi nie powiedział, że to już było? Przeglądam własne myśli jak katalog z rzeczami użytkowymi. Moje oko obserwatora sporo zapamiętało, ale nie jest łatwo w miarę ciekawe wydarzenia. Po dość długim czasie wybieram to, co wydaje się interesujące i mogłoby się nadać. Krok po kroku buduję nowy wątek opowieści, tak aby pasował do początku...

Na dzień dzisiejszy mam już większą część książki! Wymyślam postacie. Są już jak z krwi i kości. Piętnaście odmiennych charakterów, dokładnie opisani pod względem wygląd  i charakteru. Jest mocno zarysowany szkielet wydarzeń, jest miejsce akcji.
Ale najcięższa praca dopiero przede mną: dopracowanie i napisanie nowych dialogów oraz zakończenie. To będzie walka z kreatywnością, by nie zawieść osób, które kiedyś będą to czytać.


Inspirujące zdjęcie jest zarazem nowy mieszkaniem jednego z bohaterów ;)
...bo pusta przestrzeń daje dużo możliwości...

Tyle na dziś..

8 sierpnia 2012

Powrót Mrocznego Rycerza


Przed seansem nie zagłębiałam się w pisane na masę recenzje, bo nie chciałam psuć sobie przyjemności z oglądania filmu. Po seansie, zadowolona ze spędzonych prawie trzech godzin w kinie, czytam opinie innych. Po piątej czy szóstej recenzji przestałam. Gdyby zebrać je wszystkie razem, wyszłoby że nowy Batman to kompletna klapa.

Najbardziej oczekiwana premiera tego roku prawie wszystkich zawiodła. Christopher Nolan zawiódł na całej linii. Jedyne, co zapamiętałam z recenzji to wyliczanie błędów, narzekania na patos, nielogiczności, złe zakończenie, złych aktorów, brak dobrej muzyki, a przede wszystkim, że mało Batmana w Batmanie. Wniosek jest jeden: jak Nolan mógł do tego dopuścić, że finał trylogii jest gorszy od poprzednich części?
Sam reżyser powiedział, że jest świadomy tego, że nie będzie w stanie drugi raz zrobić tak dobrego filmu jak "Mroczny Rycerz".

Ja będąc w kinie przez ponad dwie godziny oglądałam film, a nie robiłam dokładną analizę błędów. Skupiam się na tym, co widzę na ekranie. Sam film bardzo mi się podobał, właśnie dlatego że jest inny niż poprzednie części. Skupia się na emocjach i pokazuje nam rozterki człowieka, który jest Batmanem. Stąd mniejsza liczba scen walk i skierowanie uwagi na innych bohaterów.

Po upływie ośmiu lat od wydarzeń z "Mrocznego rycerza" w Gotham panuje pokój. Dzięki Ustawie Denta udało się rozbić przestępczość zorganizowaną, a najgorszych złoczyńców osadzono w Blackgate. Mając świadomość, że stabilizacja oparta jest na kłamstwie, Bruce Wayne (Christian Bale) całkowicie wycofał się z życia publicznego. Teraz całe dnie spędza w swojej rezydencji, a Wayne Enterprises zaczyna podupadać. Uwagę Bruce'a wzbudza jednak Selina Kyle (Anne Hathaway), sprytna i bezczelna włamywaczka, działająca według własnego kodeksu. Ciąg wydarzeń z jej udziałem sprawia, że komisarz Jim Gordon (Gary Oldman) wpada na trop tajemniczego spisku i grupy najemników dowodzonych przez Bane'a (Tom Hardy), brutalnego terrorystę mającego powiązania z Ligą Cieni. Chcąc chronić miasto, Bruce decyduje się ponownie założyć kostium Batmana. Zagrożenie okazuje się jednak większe, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, a Mroczny Rycerz staje przed najtrudniejszym wyzwaniem w swoim życiu...
(opis: filmweb.pl) 




Nolan konsekwentnie dąży w wyznaczonym przez siebie kierunku. Batman, żeby powstać musiał upaść, zmierzyć się z samym sobą. Nie może być ciągle niezwyciężony, w najlepszej formie. To tylko człowiek w masce, który nie jest odporny na ból i nie może stanie ratować każdego z każdej opresji.

Pod względem wizualnym film jest świetnie zrobiony. Nolan jako przeciwnik CGI, dba aby jego filmy były realistyczne. Nie ma więc komputerowo wygenerowanej sekwencji walk, a są za to prawdziwi statyści. Świetna scenografia, zdjęcia i montaż. Jest jednak szkopuł, który rzuca się w oczy: w pewnym momencie Gotham City przypomina współczesny Nowy Jork, a mając w głowie obraz miasta z pierwszego filmu, jest to dość dziwny widok.

Do fabuła  nie mam jakiś wielkich zastrzeżeń. Może dlatego, że nie starałam się wyłapywać symboli, niedomówień, patosu czy czegoś tam jeszcze. Skupiłam się na wydarzeniach, na wątkach, które powoli się rozwijają, by potem zgranie połączyć się w całość. A trzeba przyznać, że dużo się dzieje. Głównym sprawcą zamieszania jest Bane, którego działania wiążą wszystkich bohaterów. Zagadka jest odkrywana powoli i kiedy myślimy, że znamy wynik starcia, pojawia się zaskoczenie.
Samo zakończenie filmu jest lekko przydługie, ale intrygujące. Czy to faktycznie koniec Batmana, czy może reżyser dostawił niedomknięte drzwi, by do kontynuacji jeszcze wrócić?  Nolan i Bale twierdzą, że definitywnie kończą przygodę z człowiekiem-nietoperzem. Jak to mówią: nigdy nie mów nigdy...

Aktorsko jest nieźle, jak zwykle u Nolana. "Stała obsada" z poprzednich filmów (Bale, Freeman, Oldman, Caine) potwierdziła swój dobry warsztat (choć głos Bale'a jako Batmana mocno irytował). Zaskoczyła mnie Anne Hathaway w roli Kobiety-Kot. Miałam wobec niej małe zastrzeżenia, zwłaszcza że mam głowie obraz Michelle Pfeiffer w lateksowym kostiumie. Spisała się jednak nadzwyczaj dobrze, tworząc ciekawą postać, całkiem inną niż Pfeiffer u Burtona. Ciężko mi było jednak rozpoznać Toma Hardy w stroju Bane'a. Jego postać już zawsze będzie porównywana do Jokera z poprzedniej części. Nie wiem dlaczego. Bo nikt inny nie jest w stanie stworzyć równie godnego przeciwnika dla Batmana? Joker i Bane to dwie różne postaci i obydwie świetnie wykreowane. Hardy zagrał tak, że go na długo zapamiętam. Jest jeszcze Joseph Gordon-Levitt. Początkowo myślałam, że to tylko mało znacząca rola. A tu proszę, jego John Blake jest inicjatorem wydarzeń nie odstaje od reszty. Największe rozczarowanie to Marion Cotillard. Może dlatego, że niespecjalnie za nią przepadam, ale jej Miranda Tate jest mdła, bezbarwna. Nie przeszkadzałoby mi to, gdyby nie miała znaczenia dla fabuły, ale kurde jednak ma. I to duże.


Batman - Początek to narodziny superbohatera, Mroczny Rycerz to chaos i przekraczanie granic, a Mroczny Rycerz powstaje to otrząśniecie się z marazmu i próba wygrania z własnymi słabościami zanim nastąpi koniec. Nolan zrobił trzy świetne filmy, które stanowią całość i świetnie się uzupełniają. O tym, który jest lepszy/gorszy decydują krytycy i widzowie, ale reżyser nie kręci filmów pod gust oglądających. Tworzy je według własnego pomysłu, tak aby każdy był na swój sposób niepowtarzalny.
Mnie się podobało i jestem zadowolona. Polecam, bo to naprawdę dobre kino.

3 sierpnia 2012

Inspirations

Lubię patrzeć na aranżacje wnętrz. Moi rodzice kiedyś prenumerowali Cztery kąty i moim rytuałem było przeglądanie każdego numeru, w poszukiwaniu ładnych zdjęć. Tak rozwinął się mój zmysł estetyczny i wyłapywanie ciekawie zaprojektowanych przestrzeni. Zawsze zwracam uwagę na filmową scenografię i wczytuję się w opisy książkowe. 
Niestety, nie odziedziczyłam zdolności plastycznych  po rodzinie taty, ale mam za to wyobraźnię. Zdjęcia pomagają mi stworzyć wnętrza, w których żyją moi bohaterowie. Szukam inspiracji nie tylko do książki, ale także do własnego życia.


Miejsca, gdzie mogłabym pisać, czytać, obejrzeć film, gotować lub po prostu spać ;)













źródło zdjęć: weheartit.com