24 września 2012

W kilku słowach...


Obejrzałam ten film zachęcona bardzo pozytywnymi opiniami. Lubię historie z zaburzoną chronologią, które wymagają od widza skupienia. Jednak ta mnie nie przekonała. Głównie się wynudziłam, bo w połowie domyśliłam się zakończenia.
Pomysł na fabułę jest dość ciekawy. Pozbywanie się wspomnień o wybranej osobie, tworzenie mapy myśli, którą powoli się kasuje, zaczynając od ostatnich/najświeższych wydarzeń. Jednak realizacja tego trochę mnie zawiodła. Najpierw jest 17- minutowy, lekko nudnawy wstęp (nim pojawią się napisy) to tak naprawdę część końcówki filmu. Potem historia wraca do początku: jest wizyta u dr Howarda i podjecie decyzji o zabiegu usuwaniu wspomnień.
Większa część filmu to próba ocalenia obrazu ukochanej przez głównego bohatera - przeskakiwanie z jednego wspomnienia do drugiego. Dość szybko się połapałam jak wyglądał związek Joela i Clementine, wiec czekałam tylko na rozwiązanie fabuły.
Dałabym sobie spokój w połowie, gdyby nie świetne role głównych aktorów. Kate Winslet i Jim Carrey pokazali mi się od zupełnie innej strony.
Doceniam całość, ale to film nie dla mnie.
Ocena: 6/10


Equilibrium (2002)

Intrygująca wizja jak zapobiegać konfliktom i wojnom. Pomysł jest prosty. Wyłączyć emocje. Bo to one są katalizatorem ludzkich zachowań. Społeczeństwo musi codziennie zażywać (a raczej wstrzykiwać, bo płynne działa szybciej) narkotyki, by władza utrzymała go w ryzach. Co dzięki temu uzyskują? Posłuszny ludzki tłum, żyjący w pustych, betonowych ścianach. Nie ma muzyki, filmów, sztuki. Nic, co wzbudziłoby pracę neuronów. Jest tylko jeden wyraz twarzy i beznamiętnie wypowiadane zdania. Taka jest cena za spokój. Co z tego, skoro dyktatorski rząd (składający się z jednej osoby - Ojca) morduje każdego kto się przeciwstawi.
Fabuła wydaje się prosta. Nagle jeden z najlepszych przedstawicieli tłumienia buntu, nie zażywa dawki "leku". Wiadomo, że od tego momentu będzie walczył o wolność, ale w toku wydarzeń jest jeszcze wiele innych zwrotów akcji, których widz się nie spodziewa.
Ten film to przede wszystkim świetna rola Christiana Bale'a. On jest tu najważniejszy (bo jak wiadomo Seana Beana musieli ukatrupić). Zagrać twarz bez emocji jest sztuką, a Bale świetnie to wyszło. Co innego Taye Diggs jako kleryk Brandt. On raczej nie potrafił zachować kamiennej twarzy, bo często gościł na niej półuśmiech i zaciętość.
A. Zapomniałam o widowiskowych scenach walk, nakręconych od razu za pierwszym podejściem. Nie bardzo mi to przypomniało Matrix, ale ja się nie znam.
Ocena: 8/10



Każdy sequel ma to do siebie, że musi być lepszy, większy, głośniejszy. Często scenarzyści i producenci przesadzają mając do dyspozycji większy budżet. W przypadku Sherlocka Holmesa to aż tak bardzo nie razi. Przynajmniej nie mnie.
Przyznam szczerze, że nieźle się bawiłam oglądając drugą część. Intryga szyta jest grubymi nićmi, cała akcja rozgrywająca się w kilku państwach, pędzi na złamanie karku. Jedynie co mi się wybitnie nie spodobało, to scena ucieczki w lesie. Przemieszanie szybkich sekwencji ze slow motion wyglądało okropnie. Głównie patrzyłam na dziwnie powyginane ciała i głupie wyrazy twarzy.
Jednak mocną stroną filmu są świetne dialogi oraz duet Robert Downey Jr./ Jude Law. Gdyby nie oni, rewelacyjnie w swoich rolach, tego filmu nie dałoby się oglądać. Są jeszcze postaci kobiece: Mary Watson oraz cyganka Simza. Żona Watsona pojawia się rzadko, bo nie jest aż tak ważna dla fabuły, więc Kelly Reilly nie miała bardzo wiele do grania. Co innego Noomi Rapace w roli Simzy. Miała być główną postacią żeńską, a stała się dodatkiem do Holmesa i Watsona.
Całość jednak wypada pozytywnie. Bo przecież o dobrą zabawę tu chodzi.
Ocena: 7/10

17 września 2012

Musicalowa perfekcja




W dzieciństwie piosenka Singin' in the rain kojarzyła mi głównie z reklamą warzyw Bonduelle :) Wiele lat potem trafiłam na właściwy film, ale musiało minąć jeszcze trochę czasu, zanim pokochałam musicale.

Takich filmów już dziś się nie kręci. Filmów, które mając prostą fabułę, potrafią bawić, wywołać uśmiech na twarzy samym wspomnieniem jakiejś sceny. Szkoda, bo dziś brakuje takich muzycznych historii, gdzie liczy się jakość, a nie ilość nazwisk w obsadzie, scenografii i wydanych pieniędzy.

Stany Zjednoczone. Koniec ery filmu niemego. Producenci jednej z większych wytwórni filmowych mają duże problemy z udźwiękowieniem swoich nowych filmów, gdyż ich wielka gwiazda, Lina Lemont (Jean Hagen), ma głos, który...przypomina skrzypiące drzwi. Mimo lekcji wymowy Lina nie "brzmi" dobrze - ani na ekranie, ani w życiu prywatnym. Jej partner, słynny amant, Don Lockwood (Gene Kelly) poznaje bardzo interesującą młodziutką aktorkę, Kathy Selden (Debbie Reynolds), która zarabia śpiewając na przyjęciach. Pomimo początkowej niechęci ta dwójka zaprzyjaźnia się i w końcu zakochuje w sobie. Pozostaje już tylko jeden problem: głos Liny, który trzeba zastąpić cudzym. Na szczęście przyjaciel Dona, Cosmo Brown (Donald O'Connor) znajduje rozwiązanie.
(Źródło opisu: Filmweb.pl)



Ten film ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Niezapomniane piosenki i rewelacyjne układy taneczne. Kultowa deszczowa choreografia Singin' in the rain, cudowne Good Morning i zabawne Make'em Laugh, zostają na długo w pamięci. Aż marzy się, by mieć taki talent i lekki ruchy w tańcu. Między piosenkami przeplata się ciekawa, choć mało skomplikowana fabuła, która została wymyślona po napisaniu utworów. Scenarzyści musieli połączyć wszystko w logiczną całość, co im bardzo zgrabnie wyszło. Świetne aktorstwo to dopełnienie całości. Gene Kelly to klasa sama w sobie, Donald O'Connor to mistrz komizmu - zasłużony Złoty Glob. Jean Hagen jest idealna w roli rozkapryszonej, skrzeczącej i mało rozgarniętej aktorki, a Debbie Reynolds w swojej pierwszej znaczącej roli wypadła bardzo wiarygodnie.


Deszczowa piosenka to najlepszy musical w dziejach kina. Bez względu na to, czy jest się fanem tego gatunku czy nie, warto obejrzeć. Entuzjazm bijący z ekranu od razu poprawi humor. Polecam.
Ocena 9/10

12 września 2012

Podróż w górę rzeki, w sam środek piekła na ziemi



Pewna pani doktor na zajęciach z literatury zwykła mawiać, że krótkie utwory prozaiczne trzeba czytać dwa razy, by więcej z nich zrozumieć. To było przy okazji omawiania Jądra Ciemności J. Conrada. To jedna z tych książek, przez którą trudno przebrnąć. Niektórzy twierdzą (w tym ja), że sama lektura to nużące i  męczące brnięcie przez mrok. Fabuła nie jest zbyt skomplikowana, ale została napisana tak, że trzeba się mocno skupić, by nie zgubić wątku. A potem nie ma się ochoty do niej wracać.

Do filmu zabierałam się jak pies do jeża. Ledwo przebrnęłam przez książkę, to teraz mam wciągnąć się w historię wojenną, w gatunek który omijam szeroki łukiem? Postanowiłam jednak zaryzykować. Skoro moim założeniem jest obejrzenie starych dobrych filmów, to nie mogłam pominąć Czasu Apokalipsy.

Od razu zabrałam się za wersję reżyserską, która ma dodatkowe 49 minut i tym samym film trwa ponad trzy godziny. Myślałam, że będzie to długi seans, że w połowie dam sobie spokój. Okazało się jednak, że nie mogłam oderwać się od tego filmu. Nie znam się na konfliktach wojennych, nie lubię filmów o żołnierzach, a historii unikam od liceum. Mimo to oglądałam z ogromnym zaciekawieniem, chłonąc wszystko, co widziałam na ekranie.



Film jest luźną adaptacją powieści Josepha Conrada "Jądro ciemności", której akcja została przeniesiona w czasy wojny w Wietnamie. Film koncentruje się na podróży kapitana Willarda ( Martin Sheen) - oficera amerykańskiego wywiadu - wysłanego w głąb Kambodży z niebezpieczną misją "bezwzględnego wyeliminowania" dezertera, pułkownika Kurtza (Marlon Brando), który dając się ponieść własnemu szaleństwu, zbuntował się przeciw przełożonym.
Podróżując w górę rzeki kapitan Willard poznaje porucznika Kilgore'a (Robert Duvall), który przy dźwiękach "Walkirii" Wagnera prowadzi szwadron helikopterów do walki i organizuje zawody w surfingu, podczas gdy wróg ostrzeliwuje wybrzeże. To on umieszcza Willarda w wojskowej łodzi patrolowej, której czteroosobowa załoga tworzy swoisty mikrokosmos amerykańskiej armii. Ciemnoskóry dowódca Chief Philips to były taksówkarz próbujący uchronić swoją jednostkę przed zatonięciem, a swoich podwładnych przed narkotykowym obłędem. Chef, nowoorleański kucharz, zaciągnął się do marynarki w nadziei, że jada się tam lepiej niż w piechocie. Jest jeszcze Clean, ciemnoskóry nastolatek z Bronxu (w tej roli 15-letni Laurence Fishburne) i Lance, kalifornijski surfer, porwany przez wojenną zawieruchę. Przemierzając terytorium Kambodży zagłębiają się w otchłań iluzji i wszechogarniającego szaleństwa, poznają najciemniejsze zakamarki ludzkiego serca.

[ Źródło: Filmweb: opis dystrybutora DVD ]

Wszystkie moje odczucia po obejrzeniu, zawarte są w niemal każdej recenzji, jaką przeczytałam. Świetny scenariusz, rewelacyjne aktorstwo, zdjęcia, muzyka i efekty. Żeby łatwiej mi było zrozumieć film, poczytałam  też trochę na temat wojny wietnamskiej.
Mimo, że tempo jest powolne, to chłonie się każdą scenę i z napięciem czeka się, aż załoga kapitana dobrnie do celu. Pierwsza połowa filmu to obraz frontu wojennego. Willard dostaje zadanie - misję, która nie istnieje i nie ma prawa istnieć. Dostaje łódź z młodą załogą i musi dostać się do porucznika Kilgore'a, który ma mu pomóc dostać się do granicy frontu. Barwna postać porucznika wnosi trochę komizmu do filmu. Jak mówi o nim Willard: "Kilgore umiał się ustawić. Przyleciały piwo i steki. Imprezka na polu walki. Pewnie nie był złym oficerem. Kochał swych chłopców, a oni czuli się przy nim bezpieczni. Otaczała go szczególna aura. Czuło się, że przejdzie przez tą wojnę nawet nie draśnięty."
Druga część filmu to zmierzenie się z nieznanym. Załoga płynie w górę rzeki w poszukiwaniu Kurtza, nie wiedząc co może spotkać po drodze. A potem (dokładnie po dwóch i pół godzinie) pojawia się cel. Scena, kiedy łódź patrolowa Willarda przepływa między małymi łódkami dzikich jest fenomenalna. Muzyka buduje napięcie i tylko czeka się, aż pojawi się Kurtz w postaci Marlona Brando.
Gra Brando jest świetna, ale nie nazwałabym jej genialną. Może dlatego, że jest go po prostu za mało na ekranie. Siedzi i wygłasza kwestie. Uznawane przez krytyków mistrzowskie oświetlenie tej postaci w czasie monologu nie było zamierzeniem reżysera. Coppola musiał zmienić scenariusz, by ukryć to, że aktor utył. O wiele bardziej doceniam kreację Martina Sheena. Widać,że mocno pracował nad rolą. Nawet był pijany przez dwa dni, by scena z początku filmu wyglądała autentycznie. I oczywiście Robert Duvall. Jego porucznik Kilgore jest niesamowity. Zasłużony Złoty Glob i nominacja do Oscara.

Porucznik Kilgore: Uwielbiam zapach napalmu o poranku.

Czas Apokalipsy to także świetne dialogi, kultowe już teksty. A przede wszystkim przesłanie. Ten film doskonale obnaża to, co w wojnie jest złe i bezsensowne, prawie nie pokazując walki na froncie. Walka odbywa się głownie w sferze psychicznej bohaterów. Okrucieństwo wojny, lojalność wobec przełożonych i niemożliwy powrót do domu. Bo myśli nieustannie wracają do dżungli... Na ten temat można by napisać osobną notkę.
Wiem jedno - ten film warto zobaczyć.
Ocena: 9/10

6 września 2012

Szkoła w filmie



Uwielbiam wrzesień. Nie tylko dlatego, że mam w tym miesiącu urodziny. Jesień zawsze mnie mobilizuje do działania. Kolory drzew, wieczorne spacery, brak palącego słońca i jesienne ramówki stacji telewizyjnych.

Niestety telewizja z roku na rok coraz bardziej zawodzi. Od dłuższego czasu bardzo rzadko oglądam tv, ale z ciekawością patrzę, co tam nowego się ma pojawić. Wszędzie nowe serie talent shows, które coraz bardziej nudzą ludzi. Patrząc na nowe filmowe propozycje, nic dla siebie nie znalazłam, bo większość filmów już widziałam. Niektóre to nawet powtarzają. Kiedyś w ramówce TVN zapowiadał nowość Ostatni samuraj. Śmiać się wtedy chciało, bo to była już czwarta emisja filmu w ciągu dwóch lat. Na szczęście jest internet i nie ma problemu z serialami.

Jako, że wrzesień to początek szkoły, dziś trochę  filmach z nią związanych. Przy okazji nachodzą mnie myśli, że chętnie bym wróciła do szkolnej ławki. Wtedy wszystko było takie proste :)

W tym krótkim przeglądzie, który nie wyczerpuje tematu, kilka najbardziej znanych filmów.


Szkolny chwyt (2006),  reż. Ryan Fleck - szkoła na Brooklynie, uzależniony nauczyciel historii i jego niecodzienna przyjaźń z jedną z uczennic. Ten film koniecznie muszę zobaczyć, bo ma bardzo dobre recenzje.


Szkoła Rocka (2003), reż. Richard Linklater - elitarna szkoła muzyczna, Jack Black jako pseudo-nauczyciel matematyki i dużo muzycznego talentu. Mam same pozytywne odczucia po tym filmie i chętnie do niego wracam.


Młodzi gniewni (1995), reż. John N. Smith - obraz amerykańskiej szkoły z trudną młodzieżą, z która pragnie się zmierzyć nieustępliwa nauczycielka. To już klasyk, wraz z piosenką "Gangsta Paradise".


Stowarzyszenie umarłych poetów (1989), reż. Peter Weir - ekskluzywna szkoła dla chłopców w Anglii i ekscentryczny profesor John Keating, który wnosi w szacowne mury uczelni ducha poezji, miłości życia i samodzielnego myślenia. Ten film na długo zostaje w głowie.


Klub Winowajców (1985), reż. John Hughes - piątka uczniów reprezentuje różne szkolne subkultury w szkole. Jeden dzień, jedna sala i to wypracowanie zburzy cały dotychczasowy szkolny porządek.


Grease (1978),  reż. Randal Kleiser - amerykańska szkoła lat 50. w wersji muzycznej. Choć ciężko uwierzyć, że bohaterowie mają tam po naście lat, skoro większość aktorów występujących w filmie skończyła już dwadzieścia parę lat.


Wesprzyj się na mnie (1989), reż. John G. Avildsen - historia oparta na faktach. Eastside
High School w New Jersey była najlepszą szkołą w Ameryce. Obecnie w oficjalnym raporcie stanowym figuruje ją jako "gniazdo przemocy" - siedlisko młodocianych gangów i handlarzy narkotyków. To historia Joe Clarka, nowego dyrektora, który dzięki niekonwencjonalnym metodom zaprowadził porządek i uratował szkołę.


Plus kilka młodzieżowych filmów, które oglądałam bez irytującego wyrazu twarzy dość dawno temu :)

John Tucker musi odejść (2006) - pierwsze kroki Brittany Snow
Ona to on (2006) - rozkwit kariery Amanda Bynes
Sztuka rozstania (2001) - tu grał młody Ben Foster
Zakochana złośnica (1999) - dla wszystkich fanek Heatha Ledgera i Josepha Gordon-Levitta
Cała ona (1999) - złote czasy Freddie Prinze Jr.
Pamiętnik Księżniczki (2001) i początek kariery Anne Hathaway


Na moim kalendarzu we wrześniu gości sam Humphrey Bogart :)