24 października 2012

Projekt ambitny


Obiecałam sobie, że kiedyś umieszczę tu jakąś własną twórczość. Ciągle piszę o teorii pisarskiej, więc żeby nie rzucać słów na wiatr, czas na praktykę. Z jednej strony to dla mnie motywacja do pisania, ale z drugiej sprawdzian czy to, co wymyślam nadaje się do czytania.  Długo się zastanawiałam, co to ma być. Nie chciałam opowiadać całej historii, bo zbyt długo by się to ciągnęło. Pisałam już coś takiego na Filmweb.

Z pomocą przyszedł mi podręcznik, który właśnie czytam "Jak zostać pisarzem".
Jest tam takie zadanie:

Wymyśl dowolną postać i przez tydzień prowadź jej dziennik, dopisując każdego dnia wydarzenia z jej życia, przemyślenia, wspomnienia, marzenia i plany. Dokonując kolejnych wpisów, spróbuj budować postać w ten sposób, by autor dziennika okazał się wielowymiarową postacią kryjącą w sobie jakąś tajemnicę lub jakieś sprzeczności.

Zaczynam od przyszłego tygodnia. Mam już pewien pomyśl jak to będzie wyglądać, ale co z tego wyjdzie trudno stwierdzić. Wiem jedno. Poznacie kogoś, kto według bliskich mi osób nie powinien siedzieć w szufladzie.

Tyle na dziś.

16 października 2012

Miszmasz # 3

W telegraficznym skrócie.


Filmy. Ostatnio piszę o nich na bieżąco. Są jednak jeszcze dwa filmy, o których nie wspomniałam. Dwie produkcje z erotyką w tle, o których swego czasu było bardzo głośno i napisano już wszystko.

Wstyd (2011)

Niektórzy są zachwyceni, inni zniesmaczeni. Mnie się osobiście film podobał. Nie miałam wrażenia, że czegoś tu jest za dużo. Ciężko byłoby zrobić film o uzależnieniu bez pokazania owego uzależniania. A że się Michael Fassbender nie krępował się pokazać w całej okazałości... cóż, czego się nie robi dla sztuki. Choć myślę, że nie było to bardzo potrzebne.
Życie Brandona jest z jednej strony uporządkowane, a z drugiej zdominowane przez seks. Żyje by zaspakajać głód wrażeń. Nie potrafi się powstrzymać, dla rozładowania napięcia jest w stanie się nawet upodlić.
A kiedy w jego życiu pojawia się siostra Sissy, wszystko się jeszcze bardziej komplikuje, bo Brandon musi ukrywać się również w domu. Jego relacje z siostrą to drugi wątek filmu, jednak poprowadzony w taki sposób, że wszystko zależy od interpretacji widza. Mam jednak wrażenie, że to co zrobiła Sissy w jakiś sposób wpłynęło na Brandona. Ale czy go to zmieni? Film się urywa, pozostaje tylko mój domysł.


Film, który postrzegany jest chyba przez pryzmat plakatu, gdzie Marlon Brando i Maria Schneider ujęci są w seksualnej pozie. Jednak porównując go do dzisiejszych produkcji (jak choćby do wspomnianego wyżej Wstydu), nie ma w nim zbyt wiele bulwersujących i szokujących scen. Być może w latach 70. siał on zgorszenie, kojarzył się z pornografią, a dziś już nie robi takiego wrażenia. Scena z plakatu nie jest początkiem jakieś wyuzdanej gry, Brando jest całkiem nago tylko raz (nawet w słynnej scenie z masłem jest ubrany), a film ogólnie nie pokazuje sadomasochistycznego seksu.
O czym jest więc ten film? O dwojgu ludzi, którzy uwikłali się w czysto fizyczny związek. Jednak w pewnym czasie przeradza się to w coś więcej. Jeanne jest coraz bardziej zafascynowana Paulem. Nie wie o nim nic, co ją jeszcze bardziej nakręca. Tworzy sobie w głowie wymyślony obraz jego osoby. Paul natomiast nie przewiduje nic poza seksem. Ale w pewnym momencie zaczyna odczuwać tęsknotę. Kiedy karty zostają odkryte, role się odwracają. Paul mówi prawdę, Jeanne ucieka. Jej wyobrażenie legło w gruzach, nie spodziewała się tak zwykłego scenariusza. Jednak sama wybiera najgorszy scenariusz z możliwych.
Prócz tej słynnej sceny z masłem, jest tylko jeszcze jedna bardziej dosadna. Reszta to rozmowy Jeanne i Paula, gdzie ona najczęściej jest nago. Ale nie widzimy tylko spotkań w pustym apartamencie. Pokazane jest też życie bohaterów. Ona spotyka się z początkującym filmowcem i ma obawy wobec własnego związku. On natomiast próbuje dojść do siebie po samobójstwie żony i prowadzić mały hotel.
Dla mnie jest to dość ciekawy film, skłania do myślenia nad relacjami między dwojgiem ludzi w różnym wieku. Jednak trudno mi go ocenić.


Książki. Liczba do przeczytania ciągle rośnie, a ja mam czytelniczy zastój. Może to wina mojej pracy korektorskiej. W każdym razie ostatnio się zmobilizowałam i czytam więcej.


Znalazłam ją na półce w domu. Słyszałam o bardzo klimatycznym filmie, więc postanowiłam wpierw przeczytać jego papierową wersję. Jednak opowieść o kobiecie, która umiera na raka i chaosie myśli wspomina jedyną miłość swojego życia, strasznie mnie nudziła.
Ann trzy raz wychodziła za mąż, miała czwórkę dzieci, wymarzony dom, podróżowała i mieszkała w pięknych miejscach. Ale to wszystko nie jest istotne. To, co ją ukształtowało to nie lata doświadczeń, ale jeden weekend w czasach młodości. Ann na weselu przyjaciółki poznała Harrisa Ardena, który na zawsze ją zmienił.
I tu pojawia się problem. Nie wierzę, że w ciągu dwóch dni można się zakochać na amen. Można się zauroczyć, zafascynować kimś, ale na pewno nikogo nie pokochać. Dla Ann był to ten jeden, jedyny. On raczej tak nie myślał. Słowa: "zakochuję się w tobie" przecież o niczym nie świadczą. Moim zdaniem to był raczej facet, który szukał przygód niż miłości. Jego zachowanie opisywane przez bohaterkę oraz to, co mówią o nim inni, o tym świadczy. Po tym weekendzie każde z nich poszło swoją drogą, ale Ann nigdy nie zaznała w pełni szczęścia. Nawet dzieci nie dały jej tyle radości.
Irytująca jest konstrukcja książki. Wspomnienia wydarzeń, wyimaginowane sytuacje, rozmowy rodziny przy łóżku przeplatają się ze sobą, nie są ułożone chronologicznie, wiec początkowo ciężko coś zrozumieć. W miarę czytania jest coraz lepiej. Chyba, że trafimy na fragmenty monologów bez interpunkcji. Ja w takich momentach nie jestem w stanie zrozumieć co czytam.
Nie ma wielkiego finału, nie ma zwrotów akcji. Jest tylko tęsknota za tym,co się nie wydarzyło. Może film będzie lepszy.

Seriale. Chyba jestem jedną z nielicznych osób, która musi nadrobić trzy sezony "Chirurgów". Obecnie jestem na szóstym i nie bardzo mi się podoba. Jednak jest lepszy niż ostanie sezony "House'a".

Inspirujące zdjęcia dnia: 

Tyle na dziś.

9 października 2012

The Avengers (2012)

Zbyt dużo tego typu filmów widziałam, by wpaść w zachwyt nad The Avengers. Nie zmienia to jednak faktu, że dobrze mi się go oglądało i nieźle się ubawiłam.


Każdy z superbohaterów ma swój własny film, więc kwestią czasu było wepchniecie ich do jednej historii, gdzie wspólnie ratuj świat (którego centrum jest zwykle w Nowy Jorku). Niezbędne też było doczepienie etykietki 3D, coby więcej zarobić.
Twórcy The Avengers nie grzeszą oryginalnością. Schemat fabularny jak taki, jak w każdym tego typu filmie. Najpierw wielkie wejście wroga, który wprowadza chaos. Potem akcja zbierania bohaterów i zapoznanie się z sytuacją. Następnie kilka niepowodzeń, gdyż nawet superbohaterowie mają wady. I ostateczne ratowanie ludzkości.
Ogólnie na ekranie dużo się dzieje. Co chwila jakiś wybuch, jakaś walka, gdzie bohaterowie mogą pochwalić się swoimi zdolnościami. I wszystko wspomagane efektami specjalnymi. W pewnym momencie miałam wrażenie, że oglądam najazd obcej cywilizacji z Transformers 3. Wiem jedno. Nie ma mowy o tym, by widz się nudził i oderwał oczy od ekranu.

Pod względem aktorskim nie jest źle. Prym jak wiodą dwie osoby: Robert Downey Jr. (Tony Stark) oraz Tom Hiddleston (Loki). Po piętach depczą im: Chris Hemsworth (Thor), Chris Evans (Kapitan Ameryka) i Mark Ruffalo (Hulk), a gdzieś tam w tyle zostaje Jeremy Renner (Hawkeye) Scarlett Johansson (Czarna Wdowa).
Najlepsze teksty bez wątpienia należą do Robert Downey Jr. Nie ma sobie równych jeśli chodzi błyskotliwe myśli, czym skradł cały film. Jednak relacje między postaciami sprawiają, że nie tylko rozwalanie budynków jest najważniejsze.

Lepszej i ciekawszej opinii nie jestem w stanie napisać. Ten film to czysta rozrywka. Na poprawienie humoru jak znalazł.
A niech będzie 7/10.

Widać, kto tu był najważniejszy ;)

8 października 2012

Z serii ulubione - adaptacja filmowa

Każdy ma własną wizję przeczytanej książki. Jednak kiedy powstaje film na jej podstawie, oczekuje się, że twórcy zachowają najważniejsze wątki, to co spaja całość. Niestety nie zawsze tak jest. Często po seansie fani są zawiedzeni, tym jak potraktowano książkę. Prawda jest taka, że nigdy nie wiadomo czy będzie to ekranizacja czy luźna adaptacja. Twórcy rzadko kiedy się chwalą.

Informacje, które znajdziecie poniżej to wyciąg z mojej pracy dyplomowej. Spędziłam nad tym tematem sporo czasu, by zebrać wszystkie istotne informacje. Temat ten już publikowałam na starym blogu na Filmweb, ale że odświeżam sobie widzę, to chciałam mieć go tutaj.

Igrzyska śmierci (2012) 

"Współcześnie adaptuje się niemal wszystko. W Stanach Zjednoczonych cokolwiek interesującego w dziedzinie literatury osiąga sukces rynkowy, staje się niemal natychmiast obiektem do zaadaptowania. [...] Ale nie chodzi tylko o Amerykę z jej specyficzną praktyką adaptowania. W kulturze współczesnej przedmiotem i materiałem zabiegów adaptacyjnych bywa nie tylko literatura w całym bogactwie jej rodzajów i gatunków, ale także widowisko teatralne, opera, operetka, show estradowy, obraz malarski, komiks czy gra komputerowa. Co więcej – wszystko to adaptuje się wielokrotnie”.  - Marek Hendrykowski

Słowa jednego z najbardziej znanych polskich filmoznawców idealnie przedstawiają tę sytuację. Adaptacje filmowe stanowią w dziejach kina nurt tak szeroki, że można uznać, iż je współtworzą. Stanowią około 40% filmów produkowanych rocznie na całym świecie. Można mówić nawet o „drugim nurcie literatury” bądź o „literaturze ekranowej”. Dzisiaj, co trzeci film jest ekranizacją książki bądź opowiadania. Najczęściej jednak film sięga po literaturę popularną: rozrywkową czy kryminalną, która ma największą liczbę czytelników, zwłaszcza wśród młodzieży.

Wpływ literatury

Literatura jako starsza siostra kina odgrywała w jego rozwoju bardzo ważną rolę, ponieważ kino nie miało żadnych własnych doświadczeń. Aby mogło się rozwijać, musiało czerpać z innych sztuk. Na przełomie wieków i w pierwszej połowie wieku XX czołowe miejsce zajmowała literatura. Uznanie i żywe tradycje wywodziły się przede wszystkim z kręgu kultury literackiej. To miało duży wpływ na rozwój filmu. Sztuka filmowa stała się terenem, gdzie ścierały się i zderzały: tradycja i nowe tendencje kulturowe. Film wchodził w kulturę korzystając z utrwalonych w niej wzorców. Zawdzięcza swoje istnienie także malarstwu i muzyce, ale to właśnie kultura literacka była dla niego podstawowym i oczywistym oparciem. Literatura jako pierwsza sztuka słowa jest źródłem wzorów i norm dla filmu.

Kino powstało przede wszystkim dla rozrywki. Dlatego film od początku swego istnienia zmierzał do zajęcia poważnego miejsca w kulturze masowej i przejęcia dotychczasowej roli literatury popularnej. I niewątpliwie udało mu się tego dokonać. Ale pojawił się problem.
Film stał się „masowy”, twórcy są zależni od producentów, produkcje mają charakter przemysłowy – tak dziś jest postrzegane kino. Dość dużo czasu minęło zanim sztuka filmowa usamodzielniła się, weszła na nową drogę poszukiwań. W pierwszej kolejności musiała do siebie przekonać widzów, oswoić ich z nową formą, która była czymś nowym i odmiennym od tradycyjnych środków. Dziś kino walczy o to, by przekonać widzów, że nie jest sztuką, która nastawiona jest tylko na komercyjność i zysk. Chce pokazać, że interesuje go też poważniejsza tematyka i potrafi o tym mówić tak samo, jak literatura.

Kino wielką i trwałą popularność zawdzięcza właśnie literaturze. A w szczególności wykorzystywaniu powieści jako materiału źródłowego do filmu. Fenomen adaptacji, bo o nim mowa, na stałe wpisał się w sztukę filmową i cieszy się niegasnącą popularnością. A czym jest tak naprawdę adaptacja?

Śniadanie u Tiffany'ego (1961)
Definicja adaptacji filmowej

Adaptacja, według Słownika filmu, to w najpowszechniejszym rozumieniu przystosowanie materiału literackiego przeznaczonego do sfilmowania.

Profesor Janusz Pilsiecki napisał o tym zagadnieniu tak:
Adaptacja filmowa to przeróbka twórcza, interpretacja utworu literackiego, to własny sposób widzenia świata i problemów przez reżysera. Z adaptacją mamy do czynienia wtedy, gdy pierwowzór literacki zostanie przekształcony w samodzielne dzieło filmowe i gdy będzie zachowana wierność pomiędzy książką a filmem. Jest to trudne zadanie dla reżysera, ponieważ przeniesienie treści na ekran nie jest w stanie w pełni oddać dzieła literackiego. Słowo pisane i obraz bardzo się od siebie różnią. Słowo jest w literaturze budulcem jedynym i wystarczającym, w filmie jednak otrzymuje wymiar wizualny. Obecnie sztuka filmowa dysponuje różnorodnością środków, co daje możliwość pokazania bardziej złożonych treści literackich poprzez odpowiedniki obrazowo – dźwiękowe. W wyniku tego powstaje dzieło mające liczne podobieństwa z literackim pierwowzorem. Nie można wszystkiego wprowadzić do filmu głównie z powodu czasu. Dlatego też, reżyser zmuszony jest do zmiany lub wyrzucenia niektórych wątków z książki, przez co wprowadza własną interpretację tekstu. 

Nie można po prostu zarejestrować na ekranie powieści bez jej uprzedniej adaptacji. Jedna sztuka nie przekłada się, ot tak po prostu na inną. Jedno medium nie tłumaczy się na drugie, ponieważ wyraża się w innym języku, formie i środkach wyrazu. Zbyt długą powieść trzeba skrócić, wielość wątków i postaci ograniczyć, dialog sceniczny urozmaicić obrazem, obraz malarski „ożywić” fabułą i postaciami.

Celem adaptacji więc nie jest pokazanie na ekranie całej powieści, lecz przekazanie w dobrej formie filmowej jej zasadniczych treści i głównych myśli. Adaptacja jest więc z reguły twórcza. Twórcy filmu muszą zachować określoną wierność wobec utworu literackiego, taką aby powstałe w wyniku adaptacji dzieło filmowe, mimo daleko sięgających nieraz zmian związanych z odrębnością techniki filmowej, nie rozmijało się w zasadniczych swych charakterystycznych cechach z adaptowanym utworem. 

Nie znaczy to, że twórcy filmowi muszą w każdym wypadku przenosić na ekran cały utwór literacki. Czasem może to być fragment utworu, jego określona część lub nawet jeden wybrany wątek. Film posługujący się materią innych sztuk czy inną materią gotową wyjmuje je z właściwych dla nich pierwotnych kontekstów i umieszcza je w nowych.

Godziny (2002)
Adaptacja a ekranizacja

Niektórzy twierdzą, że to to samo i można tych terminów używać zamiennie. Nic bardziej mylnego.

„Ekranizacja” oznacza zamierzone, absolutnie wiernie pod względem treści i formy przeniesienie na ekran filmowy widowiska scenicznego, a więc dramatu, opery czy innych form teatralnych oraz powieści.

Wielu znawców uważa jednak, że nie jest to dobra droga dla twórczości filmowej, bo film nie może być konkretnym „wykonaniem” oryginału literackiego, nie może oddać całego, wielorakiego bogactwa jego wartości.
Utwór literacki w wersji filmowej wychodzi zubożały, zdeformowany a nawet – przeważnie – wykoślawiony. W ten sposób film oddaje złą przysługę literaturze. A milionowym rzeszom dostarcza łatwej, „lekkiej strawy”, utrwalając w ich świadomości fałszywy obraz dzieła nieznanego lub znanego powierzchownie.
 
Nietrudno się z nimi nie zgodzić. Wiele filmów, które powstały na podstawie powieści, można zaliczyć jako nieudane, ponieważ cała historia została spłycona, autor scenariusza i reżyser nie uchwycili najważniejszych wątków ani ducha powieści.
Ale oczywiście nie zawsze tak jest. To, jak będzie wyglądał film zależy od tego, jaką wizję mają twórcy. Bywają też takie sytuacje, że na podstawie mało wartościowych utworów literackich często powstawały filmy o nieoczekiwanych walorach artystycznych, czego nie można było się spodziewać po książce.

Ci, co adaptują mają naprawdę trudne zadanie, by osiągnąć równowartość dzieła oryginalnego. Od adaptacji powieści oczekuje się zazwyczaj wierności, co jest niezwykle trudno pokazać na ekranie.

Adaptacja nie jest zdradą absolutną, a literatura nic na tym nie traci. Inaczej jest, gdy adaptuje się zwykłą powieść, która nie ma walorów artystycznych. W tym wypadku twórca filmu czuje się uwolniony od presji „wierności” i dowolnie modeluje pierwowzór literacki, otwierając go na realność i autentyzm nowego tła.    

Władca Pierścieni. Drużyna Pierścienia (2001)

Podsumowując, adaptacja filmowa to, w ogólnym znaczeniu, przełożenie najczęściej tekstu literackiego w celu dostosowania go do filmu. Scenariusz adaptacji jest zazwyczaj swobodny. Autorzy dodają i odejmują, łagodzą i zmieniają. Bardzo często pomijane są, ważne w pierwowzorze wątki oraz zmienione zostają zakończenia, często rozbudowane na potrzeby filmów.

5 października 2012

Michael Dorsey i Dorothy Michaels

Tootsie (1982)


Cóż może zrobić niedoceniany aktor, żeby zaistnieć? Ma wybitny talent, ale ma też wysokie wymagania. Nikt nie chce z nim pracować, każde przesłuchanie kończy się słowami "szukamy kogoś innego". W końcu wpada na pomysł, by pokazać swoje umiejętności z całkiem innej strony. Postanawia przebrać się za kobietę i zostać aktorką w operze mydlanej. Wreszcie nadchodzi upragniony sukces... sukces pełen komicznych sytuacji i nieoczekiwanych zdarzeń.


To jeden z lepszych filmów, w których mężczyzna przebiera się za kobietę. To, co głównie ten film wyróżnia to:

1. Rewelacyjna rola Dustina Hoffmana. Świetnie pokazał, jak to jest być kobietą: kupowanie ciuchów i kosmetyków, dobór dodatków ("nie mam odpowiedniej torebki to tego stroju") czy ubieranie się przed ważnym wyjściem ("co mam na siebie włożyć", "czy to pasuje do tego"). Jako kobieta musiał zmienić nie tylko swoje zachowanie, a także myślenie.

2. Pokazanie jak wyglądała praca przy serialu w latach 80. Przygotowanie się do roli, omawianie scen, chaos, wszelakie problemy techniczne, prowadzące do nadawania "na żywo".

3. Długa droga aktora do sławy. Wszystkim wydaje się to takie proste: skończyć szkołę aktorką, pójść na casting i od razu zostać zauważonym. Prawda jest zupełnie inna, i pierwsze minuty tego filmu są najlepszym przykładem. Nawet najbardziej utalentowany aktor musi się sporo namęczyć, by udowodnić, że potrafi

4. Przygotowanie do roli. Fajnie jest podpatrywać jak aktor staje się kimś zupełnie innym. A zwłaszcza, gdy ma zmienić płeć. Cały proces przemiany to fascynująca sprawa.

5. Bill Murray/ Jessica Lange/ Sydney Pollack/ - przyjaciel, ukochana i agent. Świetne zagrane role, choć lekko przyćmione przez Hoffmana.


Są też minusy. Postać Dorothy Michaels pojawia się nagle, wcześniej nic nie wskazuje na to, by bohater myślał o tej przebierance. Przynajmniej nie mówi o tym wprost. Zmienia się kadr i ulicą idzie Dorothy. Lekko mnie też wkurzał sposób mówienia Hoffmana jako Michaela. Miałam wrażenie, że cały czas ma coś w ustach. No i końcowa scena serialu. Myślałam, że to inaczej rozwiążą, bo wyszło trochę nudno.
Jednak całokształt jest jak najbardziej na plus.
Z czystym sumieniem polecam (choć pewnie tylko ja dopiero teraz obejrzałam ten film :) )
Ocena: 8/10

2 października 2012

"Na wschód od Edenu" John Steinbeck




"Sądzę, że na świecie istnieje jedna, tylko jedna historia – ta która napawa nas lękiem i natchnieniem, tak że żyjemy jakby w pewnym seryjnym filmie nieustających myśli i roztrząsań. Ludzie w swym życiu, w rozumowaniu, w pożądaniach i ambicjach, w swym skąpstwie i okrucieństwie, a także w dobroci i wspaniałomyślności – są uwikłani w matnię dobra i zła. Myślę, że to jest jedyna nasza historia i że rozgrywa się ona na wszystkich poziomach uczuć i inteligencji. Cnota i występek były wątkiem i osnową naszej najpierwszej świadomości i pozostaną tkaniną ostatniej, i to na przekór wszelkim przemianom, jakie możemy narzucić polom, rzekom i górom, ekonomii i obyczajom. Nie ma innej historii. Człowiekowi, który strząśnie już z siebie pył i śmierć życia, pozostaną tylko twarde, jasne pytania: czy to życie było dobre, czy złe? Czy postępowałem dobrze, czy źle?"*





Tytuł: Na wschód od Edenu
Tytuł oryginalny: East of Eden
Autor: John Steinbeck
Liczba stron: 848
Tłumaczenie: Bronisław Zieliński

Do tej powieści trzeba mieć cierpliwość. Nie tylko ze względu na jej rozmiar, ale przede wszystkim na treść. Steinbeck nie pisze o rzeczach niezwykłych. Fabuła nie rozwija się tu w tempie ekspresowym, nie podążamy za jednym, konkretnym bohaterem, który poszukuje jakiegoś celu, a zakończenie tej drogi nie jest wyczekiwanym punktem kulminacyjnym. Jest to po prostu opowieść o zwykłych ludziach.

Steinbeck snuje historię dwóch rodzin: fikcyjnej rodziny Trasków oraz swoich przodków - Hamiltonów. Początkowo są one opowiadanie oddzielnie, potem przez pewien przeplatają się ze sobą, jednak ostatecznie wszystko skupia się wokół Trasków. Na przykładzie ich codziennego życia, autor opowiada o walce dobra ze złem. O walce, która rozgrywa się na płaszczyźnie relacji międzyludzkich, ale głównie we wnętrzu człowieka. Każdy z nas ma w sobie jasną i ciemną stronę, które ciągle ze sobą walczą. Tylko od nas zależy, która z nich nami zawładnie.

Takie dylematy noszą w sobie bohaterowie książki. Kaleb Trask jest tym gorszym bratem, do którego wszyscy mają dystans. Jego powierzchowność odpycha ludzi, czyniąc go samotnikiem. Nikt nie wie, że walczy on ze sobą, ze swoją złą naturą, bojąc się, że go zdominuje. Natomiast jego brat bliźniak Aron to jego przeciwieństwo - uwielbiany i kochany przez wszystkich. W ich oczach nie ma żadnej skazy, nie skrzywdziłby nawet muchy. Jednak Kaleb znajduje rysy na nieskazitelnym obrazie brata.

Steinbeck portretuje także osoby, które z natury są dobre. W powieści to Samuel Hamilton oraz Adam Trask. Są oni przez autora niejako skontrastowani. Samuel nie pochodził z zamożnej rodziny, przez całe życie mieszkał na wyjałowionej ziemi. Miał dużą rodzinę i wielu rzeczy musiał się wyrzec, by zapewnić jej byt. Mimo to nie stracił pogody ducha i mimo własnej pracy, chętnie pomagał innym. Ludzie go bardzo szanowali. Inaczej jest z Adamem. Odziedziczył pieniądze po ojcu, ożenił się, wyjechał, kupił ranczo. Miał wielkie plany, ale  zgubiła go właśnie dobroć. Zaufał nie tej kobiecie co trzeba. I tylko na planach się skończyło, bo nie wykorzystał tego, co miał.

Jest jeszcze służący Adama - Li. Chińczyk wychowany w Stanach Zjednoczonych. Przez otoczenie nie jest uważany za kogoś godnego uwagi. Kolor jego skóry jest barierą nie do pokonania. Przyzwyczajony do samotności, skupia się na pracy. Jednak ta bariera zostaje zburzona przez Samuela - człowieka, który nie ma uprzedzeń. Dzięki temu Li ma możliwość głosu. Staje się reprezentantem mądrości i doświadczenia, których wielu bohaterom brakuje.

W całej galerii bohaterów, którzy pojawiają się w powieści (bo jest ich naprawdę dużo), na uwagę przede wszystkim postać Cathy/Kate. Postać od początku do końca zła. Jego istne wcielenie. Kobieta, która tylko dąży po trupach do celu. Co ciekawe, jej charakter nie jest niczym usprawiedliwiony. Nie miała traumatycznych przeżyć, które by ją tak ukształtowały. Ona po prostu taka jest, taka się urodziła. Tak jak zło nie ma swojego początku, ale ma za to same skutki. Wkracza ona w życie bohaterów, sprawnie nimi manipulując.

Steinbeck pokazuje, że to jak postrzegamy ludzi na pierwszy rzut oka, nie zawsze jest właściwe. Dajemy się nabrać na to, co inni mówią, nie próbują ich poznać. Nie od dziś się mówi, że pierwsze wrażenie jest mylne. A zwykle bywa tak, że ostatecznie wygra nie ten, który ma wszystko i świetnie sobie radzi, ale ten który potrafi się walczy o siebie i umie się przyznać do porażki. Bez względu na to jacy są bohaterowie, każdy z nich musi kiedyś zdać sobie pytanie: czy moje postępowanie było dobre czy złe. Nie wobec innych, ale wobec siebie samych.

Być może są to prawdy stare jak świat, może nie jest to nic odkrywczego. Ale Steinbeck opowiada tę historię w tak interesujący sposób, że pomimo wolnego tempa, nie można się oderwać. Wystarczy tylko przebrnąć przez początek pełen opisów.
Warto przeczytać.



* Z racji tego, że nie mam własnego wydania książki, cytat i okładkę "pożyczyłam" ze stron:
- cytat: http://pl.wikiquote.org/wiki/John_Steinbeck
- okładka: Księgarnia Pruszyński i S-ka http://ksiegarnia.proszynski.pl/product,61439