16 października 2012

Miszmasz # 3

W telegraficznym skrócie.


Filmy. Ostatnio piszę o nich na bieżąco. Są jednak jeszcze dwa filmy, o których nie wspomniałam. Dwie produkcje z erotyką w tle, o których swego czasu było bardzo głośno i napisano już wszystko.

Wstyd (2011)

Niektórzy są zachwyceni, inni zniesmaczeni. Mnie się osobiście film podobał. Nie miałam wrażenia, że czegoś tu jest za dużo. Ciężko byłoby zrobić film o uzależnieniu bez pokazania owego uzależniania. A że się Michael Fassbender nie krępował się pokazać w całej okazałości... cóż, czego się nie robi dla sztuki. Choć myślę, że nie było to bardzo potrzebne.
Życie Brandona jest z jednej strony uporządkowane, a z drugiej zdominowane przez seks. Żyje by zaspakajać głód wrażeń. Nie potrafi się powstrzymać, dla rozładowania napięcia jest w stanie się nawet upodlić.
A kiedy w jego życiu pojawia się siostra Sissy, wszystko się jeszcze bardziej komplikuje, bo Brandon musi ukrywać się również w domu. Jego relacje z siostrą to drugi wątek filmu, jednak poprowadzony w taki sposób, że wszystko zależy od interpretacji widza. Mam jednak wrażenie, że to co zrobiła Sissy w jakiś sposób wpłynęło na Brandona. Ale czy go to zmieni? Film się urywa, pozostaje tylko mój domysł.


Film, który postrzegany jest chyba przez pryzmat plakatu, gdzie Marlon Brando i Maria Schneider ujęci są w seksualnej pozie. Jednak porównując go do dzisiejszych produkcji (jak choćby do wspomnianego wyżej Wstydu), nie ma w nim zbyt wiele bulwersujących i szokujących scen. Być może w latach 70. siał on zgorszenie, kojarzył się z pornografią, a dziś już nie robi takiego wrażenia. Scena z plakatu nie jest początkiem jakieś wyuzdanej gry, Brando jest całkiem nago tylko raz (nawet w słynnej scenie z masłem jest ubrany), a film ogólnie nie pokazuje sadomasochistycznego seksu.
O czym jest więc ten film? O dwojgu ludzi, którzy uwikłali się w czysto fizyczny związek. Jednak w pewnym czasie przeradza się to w coś więcej. Jeanne jest coraz bardziej zafascynowana Paulem. Nie wie o nim nic, co ją jeszcze bardziej nakręca. Tworzy sobie w głowie wymyślony obraz jego osoby. Paul natomiast nie przewiduje nic poza seksem. Ale w pewnym momencie zaczyna odczuwać tęsknotę. Kiedy karty zostają odkryte, role się odwracają. Paul mówi prawdę, Jeanne ucieka. Jej wyobrażenie legło w gruzach, nie spodziewała się tak zwykłego scenariusza. Jednak sama wybiera najgorszy scenariusz z możliwych.
Prócz tej słynnej sceny z masłem, jest tylko jeszcze jedna bardziej dosadna. Reszta to rozmowy Jeanne i Paula, gdzie ona najczęściej jest nago. Ale nie widzimy tylko spotkań w pustym apartamencie. Pokazane jest też życie bohaterów. Ona spotyka się z początkującym filmowcem i ma obawy wobec własnego związku. On natomiast próbuje dojść do siebie po samobójstwie żony i prowadzić mały hotel.
Dla mnie jest to dość ciekawy film, skłania do myślenia nad relacjami między dwojgiem ludzi w różnym wieku. Jednak trudno mi go ocenić.


Książki. Liczba do przeczytania ciągle rośnie, a ja mam czytelniczy zastój. Może to wina mojej pracy korektorskiej. W każdym razie ostatnio się zmobilizowałam i czytam więcej.


Znalazłam ją na półce w domu. Słyszałam o bardzo klimatycznym filmie, więc postanowiłam wpierw przeczytać jego papierową wersję. Jednak opowieść o kobiecie, która umiera na raka i chaosie myśli wspomina jedyną miłość swojego życia, strasznie mnie nudziła.
Ann trzy raz wychodziła za mąż, miała czwórkę dzieci, wymarzony dom, podróżowała i mieszkała w pięknych miejscach. Ale to wszystko nie jest istotne. To, co ją ukształtowało to nie lata doświadczeń, ale jeden weekend w czasach młodości. Ann na weselu przyjaciółki poznała Harrisa Ardena, który na zawsze ją zmienił.
I tu pojawia się problem. Nie wierzę, że w ciągu dwóch dni można się zakochać na amen. Można się zauroczyć, zafascynować kimś, ale na pewno nikogo nie pokochać. Dla Ann był to ten jeden, jedyny. On raczej tak nie myślał. Słowa: "zakochuję się w tobie" przecież o niczym nie świadczą. Moim zdaniem to był raczej facet, który szukał przygód niż miłości. Jego zachowanie opisywane przez bohaterkę oraz to, co mówią o nim inni, o tym świadczy. Po tym weekendzie każde z nich poszło swoją drogą, ale Ann nigdy nie zaznała w pełni szczęścia. Nawet dzieci nie dały jej tyle radości.
Irytująca jest konstrukcja książki. Wspomnienia wydarzeń, wyimaginowane sytuacje, rozmowy rodziny przy łóżku przeplatają się ze sobą, nie są ułożone chronologicznie, wiec początkowo ciężko coś zrozumieć. W miarę czytania jest coraz lepiej. Chyba, że trafimy na fragmenty monologów bez interpunkcji. Ja w takich momentach nie jestem w stanie zrozumieć co czytam.
Nie ma wielkiego finału, nie ma zwrotów akcji. Jest tylko tęsknota za tym,co się nie wydarzyło. Może film będzie lepszy.

Seriale. Chyba jestem jedną z nielicznych osób, która musi nadrobić trzy sezony "Chirurgów". Obecnie jestem na szóstym i nie bardzo mi się podoba. Jednak jest lepszy niż ostanie sezony "House'a".

Inspirujące zdjęcia dnia: 

Tyle na dziś.

3 komentarze:

  1. Dobrze wiedzieć, że "Ostatnie tango..." nie jest taką pornografią jak chce większość piszących o nim, bo to mnie właśnie od niego odstręcza, a z drugiej strony to taki klasyk, że chciałabym go kiedyś obejrzeć.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie w ogóle "Ostatnie tango" trochę znużyło, po prostu nie ta epoka, kiedy takie filmy wzbudzały kontrowersje;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wstyd to bardzo porządny film, natomiast Ostatniego Tanga nie oglądałem i jakoś mi się na to nie zbiera. :) Pozdrawiam i zapraszam do siebie :)

    OdpowiedzUsuń