15 listopada 2012

Pamiętnik. Część 1.

W końcu znalazłam chwilę, by przepisać tekst z notatnika. Mój projekt ambitny jest cały czas w realizacji. Przyjęłam zasadę, że codziennie napiszę chociaż jedną stronę. Tak więc mam sporo materiału do obróbki. A zaczynam od zwykłego dnia i urywanych myśli, bo jestem w środku pewniej historii.

------------------------------------------

Wtorek, 17 sierpnia.

Ludzie patrzą. Zawsze.
Takie banalne stwierdzenie przyszło mi dziś do głowy. Jako obserwator, z zamiłowania i obowiązku, wtapiam się codziennie w tłum i patrzę. To, co mnie zawsze zadziwia to reakcje ludzi na niespodziewane sytuacje.
Wypadek, pożar, telewizja. Kiedy ludzie zatrzymują się, nie zerkają, nie spojrzą. Gapią się. Czasem jeszcze gadają pod nosem. Ale żadnej reakcji, żadnej pomocy z ich strony nie ma. Przecież są inni, którzy mogą pomóc - to chyba najczęściej pojawiająca się myśl.
Sytuacja z wczoraj.
Wypadek niedaleko centrum miasta. Autobus, samochód i dwa motocykle. 10 osób nie żyje, kilkanaście jest rannych. Pełno krwi, części rozwalonych samochodów utrudniają pomoc.
Policja, karetki, straż i telewizja. Wyglądało to jak jeden wielki chaos. I w tym wszystkim jakiś debil robi sobie fotkę i dzwoni by powiedzieć, że stoi za dziennikarzem, który zdaje relacje. Na pewno będzie w głównym serwisie informacyjnym. Gdyby nie to, że wezwano moją ekipę i mieliśmy pełne ręce roboty, to bym facetowi skręciła kark.

 ***

Miałam zły tydzień, a ten który wczoraj się zaczął będzie jeszcze gorszy. Wyszłam z domu wściekła. M. jak zwykle nie dała mi spokoju i przez dwa dni musiałam słuchać wykładu na temat mojego zachowania i ogólnie na temat mojego istnienia. Po tym wszystkim nie miałam ochoty wracać. Błąkałam się po centrum, aż w końcu kupiłam w księgarni pierwszą lepszą książkę i usiałam na ławce w celu zajęcia czymś myśli. I wtedy zorientowałam się, że to książka kucharska. Co mnie naszło, by nie spojrzeć na okładkę. W nerwach powinnam być przytomniejsza.

Czas szybciej mija, gdy patrzę na obrazki potraw, których nigdy nie zjem. A może by tak złamać regułę dla takiej przyjemności? Ciekawe, co by się wtedy ze mną stało? Ciało nie będzie tak tolerancyjne, jak moi przyjaciele, gdybym im o tym powiedziała.

Myślałam, że przesiedzę tak cały dzień. Jak cudownie byłoby nic nie robić.

Ale po jakimś czasie znalazłam się w centrum akcji porodowej. Cała sytuacja była dość dziwna. Ciężarna kobieta dostaje na ulicy skurczy. Siada na ławce. Łapie się za brzuch. Raz, drugi, trzeci. Ludzie nerwowo zaczynają się przyglądać, ale po chwili odwracają wzrok. Nikt z przechodzących się nie zatrzymuje, nie zaoferuje pomocy.
Czekam jeszcze chwilę. Nadal nikt nie reaguje. Wkurza mnie takie zachowanie (ile razy już coś takiego widzę?), więc poziom mojego gniewu niebezpiecznie wzrasta.
Przeszłam przez ulicę gwałtownie odpychając ludzi. Na kilka niezadowolonych prychnięć odpowiedziałam nienawistnym spojrzeniem. Puściły mi hamulce i nie mogłam zapanować nad emocjami.
Podeszłam do ciężarnej kobiety, z zaciętym wyrazem twarzy. Chyba ją przeraziłam, bo zanim zdążyłam coś powiedzieć, kobieta wstała. Zaczęła się cofać, jakby bała się, że coś jej zrobię. Kiedy chciałam się przybliżyć, gwałtownie się odwróciła i straciła równowagę. Gdybym jej nie złapała, to upadłaby na brzuch. Po raz kolejny złapał ją skurcz. Kiedy ją ustawiłam do pionu, odeszły wody. Mocno spanikowałam. Wyprostowałam się jak struna, a zamiast działać, to zastanawiałam się jak ja odbiorę poród na ulicy. Nie mam pojęcia jak to się robi, w ogóle jak trzeba się zachować. Na szczęście kobieta wysapała: "klucze w torebce i parking", więc przestałam błądzić myślami i zabrałam ją do samochodu (znalezienie i jazda cudzym samochodem bez prawa jazdy wyrzucam z pamięci).
Potem wszystko działo się tak szybko, że ostatecznie znalazłam się na sali porodowej. Położna chyba myślała, że jestem z rodziny, tej bardzo bliskiej. Miałam za zadanie trzymać kobietę za rękę i dodawać jej odwagi. Surrealistyczne doświadczenie, zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja. Nieświadomie pomogłam nieznajomej, bo był to cichy i mało bolesny poród. Po urodzeniu dziewczynki posypały się komplementy od personelu, bo żadna pacjentka nie była tak dzielna. Przewróciłam tylko oczami. Kiedy mi pogratulowali nowego członka rodziny nawet nie zaprotestowałam (kwestie wytłumaczenia sytuacji są mało istotne, bo trochę musiałyśmy nakłamać). Po wyjściu zastanawiałam się jak ta kobieta przeżyje kiedyś kolejny poród, bez mojej pomocy...

------------------------------------------

Piątek, 20 sierpnia.

Zdążyłam wrócić do domu, kiedy dowiedziałam się, że mam wybrać się na "spacer" do koreańskiej dzielnicy. Sama. Trochę to bez sensu, bo nie znam języka koreańskiego, a Koreańczycy niechętnie uczą obcych języków, nawet angielskiego. Więc raczej nie mam szans się dogadać. A co gorsza nie zorientuję się, jak w sytuacji zagrożenia ktoś będzie mi grozić pobiciem albo zacznie krzycząc, że mnie sprzątnie (przykładowo). Dobrze, że chociaż wiem kiedy uciekać.
W tym rejonie zwykle towarzyszy mi kumpel, który z pochodzenia jest Koreańczykiem, ale dopilnowano by nie był tego dnia dostępny. To pewnie ma związek z domowym konfliktem, który trwa od miesiąca. Ale to teraz nie istotne.
Poszłam tam z duszą na ramieniu. Czułam się bardzo niepewnie, mimo że było południe i miałam tylko sprawdzić okolicę. Jednak zapuściłam się za daleko. Nie wiem, co mnie tchnęło, ale doszłam aż do portu. To był błąd, bo trafiłam na lokalne zamieszki gangów (tak to wyglądało). I zauważono mnie. W takiej sytuacji nie potrzebowałam tłumacza. Trzeba było uciekać. Pech chciał, że szłam nie zastanawiając się jak wrócę. Pora dnia raczej mi to utrudniała, bowiem w nocy dałabym radę się ukryć, a tak mieli mnie niemal na wyciągniecie ręki (brak mi słów na moje zachowanie). Rzuciłam się do ucieczki, bo nic innego nie przyszło mi do głowy. Usłyszałam za sobą podniesione głosy, co utwierdziło moją pozycję ściganej (dobrze, że tu obowiązuje zasada, że w dzień nie używa się broni, uff).
Biegłam tak szybko jak mogłam. Straciłam poczucie czasu, bo próbowałam zmylić rozwścieczoną bandę. Nie wiedziałam gdzie biegnę, do momentu gdy nie wpadałam na szklaną tablicę informacyjną. Tysiące kawałków szkła wbiło mi się w ciało. Kiedy się podniosłam zauważyłam oznakowaną latarnię - co oznacza, że za kilka metrów jest granica dzielnicy. Rozejrzałam się. Jeszcze nie było widać moich przeciwników. Ruszyłam szybkim marszem, bo szkło nie pozwalało mi na gwałtowne ruchy. Po przekroczeniu granicy poczułam ulgę. Ale to nie było koniec. Status ściganej z zasady trwa dość długi czas, a ja znalazłam się w dzielnicy angielskiej, która jest najdalej położoną dzielnicą od mojego domu w centrum. W takim stanie nie mogłam iść teraz przez miasto, bo by mnie zgarnęli. Włamałam się wiec to pustego domu i postanowiłam przeczekać.

***

Była trzecia nad ranem, kiedy wróciłam do pokoju. Kiedy udało mi się dotrzeć, w holu usłyszałam od M.: "Jak tam ucieczka?". Byłam zbyt męczona, by jej odpowiedzieć. Zbyłam ją milczeniem i poszłam do siebie. Później się zajmę tym, skąd ona to wie.
Poszłam do łazienki, żeby wyjąć szkło z ciała. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Nie wyglądałam najlepiej, co oznacza, że rany będą się długo goić. Ból przy wyjmowaniu tych drobinek był gorszy od chodzenia. Po godzinie spędzonej z pęsetą, znów na siebie spojrzałam. Śmiesznie wyglądałam cała w plastrach i bandażach. Położyłam się do łóżka. Sen i tak nie przyjdzie, więc pobujam w obłokach.


------------------------------------------

Niedziela, 22 sierpnia.

Siedziałam na cmentarzu, patrząc na grób mojej starszej siostry. Szkoda, że nigdy nie dowie się, co ze mną się stało.

***

Ten decydujący dzień zapamiętam na zawsze. W szpitalu opatrzyli mi rany. Niektóre wymagały szycia. Po kilku godzinach obserwacji odesłali mnie do domu. Od razu położyłam się do łóżka. Po trzech godzinach snu (kiedy jeszcze mogłam spać) obudził mnie ból. Był tak silny, że nie mogłam leżeć ani siedzieć w miejscu. Zamknęłam się w łazience i próbowałam nie krzyczeć. Spojrzałam w lustro. Rany zaczęły się otwierać...

------------------------------------------

Tyle na dziś. Jak to jutro przeczytam, to pewnie stwierdzę, że wiele powinnam zmienić. Ale im dalej się pisze, tym to lepiej wychodzi. I tego się trzymam.

I moja Mała Towarzyszka :)

5 komentarzy:

  1. No jakbym ja codzienne przechodziła takie przygody, to bym z domu nie wychodziła :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja pewnie też, ale są tacy, co muszą ;) Tyle, że nie zawsze jest to codziennie. Co za dużo, to nie zdrowo ;P

      Usuń
  2. Nie wiedziałam, że masz kotkę ;) Czy może zapomniałam? ;)
    Angie jak zwykle w formie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie zapomniałaś :) W wciągu dwóch miesięcy trochę rzeczy się pozmieniało, więc nie jeszcze nie miałam okazji o tym wspomnieć.
      Angie w formie, bo dużo młodsza ;)

      Usuń
    2. Uff, ulżyło mi ;) Jednak z moją sklerozą nie jest aż tak źle ;)Gratuluję kici, jest śliczna ;) Też chcę!

      Usuń