28 grudnia 2012

Lustereczko powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie?



W dzieciństwie widziałam tę bajkę niezliczoną ilość razy. I nie wróciłam do niej, aż do teraz. Bardzo rzadko oglądam filmy animowane. Nie przepadam za najnowszymi produkcjami, bo niewiele z nich potrafi mnie dziś zauroczyć. Powstaje coraz mnie oryginalnych historii, które mają kolejne części i z reguły są w 3D. Przekaz gubi się w nowej formie efektów specjalnych. Ach, dawny Disney już nigdy nie powróci.

Ten seans był jak podróż w czasie. Przypomniał mi nie tylko cudowne dzieciństwo, ale także czasy kaset VHS, początki mojego zafascynowania filmem oraz powody, dla których powinnam częściej sięgać po klasykę kina.

Królewna Śnieżka to pierwszy pełnometrażowy film animowany Walta Disneya. Mimo że skończył w tym roku 75 lat (21 grudnia), to nadal ma swój niepowtarzalny urok. Scenariusz oparty na baśni braci Grimm znają wszyscy: Zła Królowa, sprawdzająca swoją urodę w lustrze, nie może przeboleć, że jest ktoś piękniejszy od niej. A tym kimś jest jej pasierbica Śnieżka. Kiedy pierwszy plan morderstwa się nie nie udaje, bo kończy się ucieczką Śnieżki do krasnoludków, Królowa postanawia osobiście załatwić sprawę. Ale jak to w bajkach bywa, wszystko dobrze się skończy, gdy przybędzie Książę na białym koniu.


Królewnę Śnieżkę mam na płycie DVD, wydanej w ramach serii "Ze Skarbca Disneya". Kupiła ją moja mama, która postanowiła kolekcjonować stare bajki. Film jest odświeżony cyfrowo, dzięki temu dawna kolorystyka bardzo ładnie się prezentuje i świetnie słychać muzykę (która w bajkach Disneya jest jednym z głównych bohaterów), ale zwiódł nowy dubbing. Kompletnie mi nie pasuje do bajki. Mimo tylu lat, jestem przyzwyczajona do wersji językowej z 1938 roku, którą nagrali polscy aktorzy kina przedwojennego (m.in. Maria Modzelewska, Aleksander Żabczyński, Leokadia Pancewiczowa, Irena Górska-Damięcka, Seweryna Broniszówna). Mówią oni ze specyficznym, lwowskim "l", które brzmi jak "ł". Poza tym właśnie do tej wersji Walt Disney zrobił jedną z obcojęzycznych wersji ścieżki dźwiękowej. To był pierwszy taki przypadek w historii. Niestety, dziś można kupić ten film tylko z nową wersją. A szkoda, bo nie ona tego samego uroku.

Mimo to, miło jest wrócić do tej bajki i powspominać. Minęło tyle lat, a ja wciąż pamiętam każdą scenę, nucę: "Hej ho, hej ho, do pracy by się szło…" i "Serce mam tylko jedno" w wykonaniu Aleksandra Żabczyńskiego.
Dla tych, którzy chcieliby obejrzeć ją z dawnym dubbingiem, odsyłam do znalezionej wersji tutaj.

24 grudnia 2012

"Igrzyska śmierci" Suzanne Collins


Okładka filmowa, bo taką akurat posiadam. 

"Najpierw jedna osoba, potem następna, a w końcu niemal wszyscy w tłumie dotykają ust wskazującym, środkowym i serdecznym palcem lewej dłoni i wyciągają ją ku mnie. To stary i rzadko spotykany gest naszego dystryktu, sporadycznie używany podczas pogrzebów. Oznacza podziękowanie, a także podziw. Tak żegna się kogoś drogiego sercu."


Tytuł: Igrzyska śmierci
Tytuł oryginalny: The Hunger Games
Autor: Suzanne Collins
Tłumaczenie: Piotr Budkiewicz, Małgorzata Hesko-Kołodzińska
Wydawnictwo: Media Rodzina
Liczba stron: 352





Najpierw obejrzałam film. Podobał mi się, choć kilka rzeczy było dla mnie niejasnych. Pomyślałam więc, że dobrze by było przeczytać książkę.
Na jej temat napisano już chyba wszystko. Naczytałam się wielu recenzji, większość była pozytywna, ale znalazłam też takie, które tę książkę krytykują za nawoływanie do przemocy. Ja osobiście nie odbieram w ten sposób tej historii. W świecie pisarzy nie ma ograniczeń, ale trzeba odróżniać rzeczywistość od fikcji. Choć w tym wypadku ta fikcja wydaje się czasem za bardzo realna.

Na ruinach dawnej Ameryki Północnej rozciąga się państwo Panem, z imponującym Kapitolem otoczonym przez dwanaście dystryktów. Okrutne władze stolicy zmuszają podległe sobie rejony do składania upiornej daniny. Raz w roku każdy dystrykt musi dostarczyć chłopca i dziewczynę między dwunastym a osiemnastym rokiem życia, by wzięli udział w Głodowych Igrzyskach, turnieju na śmierć i życie, transmitowanym na żywo przez telewizję. 
Bohaterką, a jednocześnie narratorką książki jest szesnastoletnia Katniss Everdeen, która mieszka z matką i młodszą siostrą w jednym z najbiedniejszych dystryktów nowego państwa. Katniss po śmierci ojca jest głową rodziny – musi troszczyć się, by zapewnić byt młodszej siostrze i chorej matce, a to prawdziwa walka o przetrwanie...

Źródło opisu: http://www.mediarodzina.com.pl

Muszę przyznać, że to jedna z lepszych książek, jakie dane mi było przeczytać. Po raz pierwszy miałam w rękach historię z literatury młodzieżowej, która jest czymś więcej niż zapychaczem czasu. Jest to brutalny obrazek z przyszłości, który pokazuje do czego jest zdolna władza, by utrzymać swoją pozycję i ukarać za bunt. Nie jest to nawoływanie do przemocy. Autorka pokazała jak się żyje w państwie totalitarnym. To walka o przetrwanie, gdzie wygrywają najsilniejsi i dlatego śmierć jest stale obecna. Kiedy jednak pojawia się ktoś, kto się przeciwstawia i zmienia reguły gry, robi się jeszcze bardziej niebezpiecznie. Z historii wiemy, że sprzeciw nie może obejść się bez rozlewu krwi.

Świetnie zarysowana fabuła i prosty, klarowny język, sprawiają, że książkę bardzo szybko się czyta. Pani Collins jest naprawdę dobra w konstruowaniu zaskakujących zwrotów akcji. Sam pomysła na Głodowe Igrzyska jest bardzo oryginalny. Duże brawa należą się też za wykreowanie ciekawych postaci, zwłaszcza głównej bohaterki. Katniss to dziewczyna z krwi i kości. Silna, stanowcza i chłodno oceniająca sytuację. To ona przybliża czytelnikowi świat, w którym przyszło jej żyć.

Nie jest to jednak książka tylko o młodzieży. Są tu też problemy dorosłych. Jest Haymitcha - mentor, który po wygraniu Igrzysk wiąż próbuje sobie z tym poradzić nadużywając alkoholu. Są mieszkańcy Kapitolu, zapatrzeni w siebie i swoje pieniądze. Jedyne co ich podnieca, to rozlew krwi na arenie, jak w starożytności. Jest też matka Katniss, która nie potrafiła pozbierać się po śmierci męża, przez co uczyniła z najstarszej córki głowę rodziny.

Suzanne Collins wysoko postawiła sobie poprzeczkę i na szczęście jej nie strąciła. Stworzyła bohaterkę, która swoją chłodną relacją z sytuacji, w jakiej się znalazła, wzbudza w czytelniku skrajne emocje. Bo nagle pojawia się pytanie: co by było, gdyby to stało się naprawdę?

Jeśli będziecie mieli okazję ją przeczytać, to zachęcam, bo warto.

P.S. Jako, że już po północy i jest Wigilia, to wszystkim czytelnikom: obserwującym, komentującym i tylko zaglądającym, życzę Wesołych Świąt Bożego Narodzenia :) 

12 grudnia 2012

"Les temps sont durs pour les reveurs."*

*Czasy są ciężkie dla marzycieli.

Amelia (2001)

Ten film od dłuższego czasu chodził mi po głowie. Widziałam go tylko raz, kilka lat temu, ale postanowiłam obejrzeć go jeszcze raz. Znów mnie urzekł swoją prostą historią.


Amelia (Audrey Tautou) jest nieśmiałą marzycielką pracującą w kawiarni. Jej życie zmienia się, gdy dowiaduje się o śmierci księżnej Diany. Wtedy Amelia w swojej łazience przypadkowo znajduje tajemnicze pudełko. Postanawia zwrócić je właścicielowi. Widząc jego radość z otrzymanej przesyłki, dziewczyna chce od tej pory uszczęśliwiać innych. W czasie swojej "misji" poznaje równie nieśmiałego jak ona Nino. Amelia uświadamia sobie, że myśląc ciągle o innych, zapomniała o własnym szczęściu.
[Źródło: Filmweb.pl]


Pomysł na fabułę jest może trochę oklepany, ale za to ciekawie realizowany. Sposób narracji, pokazanie bohaterów w krótkich charakterystykach, zmiana tempa opowiadania sprawiają, że historia wydaje się całkiem nowa. Ciężko też jest zaliczyć ten film do jednego gatunku. Są elementy komiczne, są baśniowe i dramatyczne, co sprawia, że można go nazwać oryginalnym.

Klimat filmu to jedna z jego zalet. Tłem historii jest Paryż, który piękne wygląda i zachęca do podróży, choć został przy montażu podkoloryzowany. Świetna scenografia i zdjęcia podkreślają inność Amelii i jej świata.


Amelii pierwsze skrzypce gra fantazja głównej bohaterki. To ona pozwoliła jej przetrwać samotne dzieciństwo i towarzyszy w dorosłym życiu. Przez to Amelia postrzega świat inaczej niż przeciętny człowiek. Jej optymistyczne nastawienie i chęć pomocy innym sprawia, że w nawet najdrobniejszych szczegółach znajduje radość.

Ten film pod przykrywką klimatycznej scenerii i muzyki opowiada o najważniejszych rzeczach w życiu człowieka. O poszukiwaniu celu i znalezieniu do niego ścieżki, o miłości do drugiego człowieka oraz o empatii, o której tak często się zapomina.

Amelia pokazuje jak powinno się czerpać przyjemność z codziennego życia. Szkoda czasu na narzekanie, bo zawsze będą pojawiać się smutne i przykre momenty. Po co więc od razu negatywnie się nastawiać. Życie jest jak mozaika - składa się z wielu małych elementów i tylko od nas zależy ile z nich będzie sprawiało radość. Mimo że dzisiejsze "czasy są ciężkie dla marzycieli", to warto pobujać w obłokach i czasem obejrzeć Amelię na poprawę humoru. Naprawdę warto.
Ocena: 8/10

P.S. Mam nadzieję, że data 12.12.12 to dobry znak :)

4 grudnia 2012

W kilku słowach...



Na temat tego filmu czytałam same mało pochlebne recenzje. A to dlatego, że ma pozytywne zakończenie, jest w nim za dużo patetycznych słow i ogólnie jest "made in Hollywood". A to podobno źle. Mało tego, jego reżyserem jest Stephen Daldry, który ma na swoim koncie Godziny i Lektora. Jak taki reżyser mógł nakręcić tę historię? A się pytam: dlaczego nie? Czy każdy dramat musi mieć otwarte zakończenie i zmuszać do ciężkich refleksji? Nie lepiej czasem zobaczyć film, który nas wzruszy i jeszcze dobrze się skończy?
Gdyby słońce zgasło, jego promienie docierałyby do ziemi jeszcze przez 8 minut. Oscar wykorzystuje ten fakt wobec własnej sytuacji - braku ojca, który zginał w zamachu 11 września. Przemierza więc Nowy Jork, by rozwiązać zagadkę klucza, który zaznał w jego szafie. W taki sposób chce poradzić sobie z tym, co się stało. Bez względu na to, jaka wydarzyła się tragedia, najgorszy jest każdy dzień potem. Czas leczy rany, ale bardzo powoli. I ten film o tym mówi. Może i nadzieja jest matką głupich, ale nadzieja choćby słaba, jest lepsza od rozpaczy.
Ocena: 7/10



Debiut Sofii Coppoli jest o nadopiekuńczym wychowaniu rodziców. Ja go tak odebrałam. Nie wiem  czy słusznie, bo nie czytałam książki, na podstawie której powstał. Wszystko dzieje się wokół pięciu młodych dziewczyn, które muszą sprostać regułom ustanowionym przez rodziców. Gdy najmłodsza popełnia samobójstwo, sytuacja staje się jeszcze gorsza i doprowadza to tragedii. Podobało mi się w tym filmie to, że cała wiedza o rodzinie Lisbon jest przedstawiona z perspektywy kilku chłopców, którzy interesowali się dziewczynami. Wiemy tylko to, co oni zaobserwowali. Wielu spraw możemy się tylko domyślać, lub też zrozumieć je na swój sposób. Według mnie córki państwa Lisbon zostały odcięcie od najważniejszego okresu w swoim życiu: czasu szkolnych miłości, potańcówek, babskich pogaduch i wyjść do kina. Próba buntu skończyła się niesprawiedliwie surową karą i przelała szalę goryczy. Więc zamiast stwarzać pozory szczęśliwej rodziny, czasem warto porozmawiać ze swoimi dziećmi.
Ocena: 7/10


Somewhere  (2010)

Dawno mnie tak żaden film nie zmęczył. Miałam ochotę wyłączyć w połowie, ale cierpliwie obejrzałam do końca. Początkowo myślałam: co za nudny film, tu się nic nie dzieje. Potem jednak zaczęłam się zastanawiać. Sofia Coppola sportretowała celebrytę, aktora, który osiągnął wszystko, ma wszystko i może tylko odcinać kupony. Kto z nas by tak nie chciał? Robić to, na co ma się ochotę, bez zastanawiania się czy starczy nam na rachunki?
Tak naprawdę w takim życiu nic się nie dzieje. Johnny Marco jest sam, nic nie sprawia mu przyjemności, nic go nie cieszy. Po prostu się nudzi. Kiedy musi dłużej zająć się córką, również ją wciąga w swoje życie. I nudzą się razem, bo we dwoje raźniej. I w pewnym momencie skorupa pęka. Kilka słów córki sprawia, że Johnny uświadamia sobie co się z nim stało, że nie jest tym, kim powinien być. Obserwacje Coppoli są niezwykle celne: cena za bycie popularnym jest wysoka. Więcej się traci niż zyskuje, jeśli nie ma się mocnej psychiki i dystansu. Po raz pierwszy jestem ciekawa jej najnowszego filmu, również związanego ze światem aktorskim.
P.S. Ma ktoś może pomysł dlaczego polski dystrybutor dodał tytuł "Między miejscami"? Bo mi przychodzi na myśl tylko nawiązanie do tytuły "Między słowami".
Ocena: 7/10


Cena odwagi (2007)

Nie spodziewałam się, że mnie ten film wciągnie. Solidny dramat, w konwencji paradokumentu, który pokazuje do czego zdolni są fanatycy religijni. Cała historia jest opowiedziana z perspektywy  Mariane Pearl, żony uprowadzonego. Bardzo dobra rola Angeliny Jolie, na której barkach jest tak naprawdę cały film. Zagrała kobietę, której działania i niezłomna wiara napędzają akcję. Była w ciąży, w obcym państwie, bez najbliższych u boku. Ale mimo to nie straciła nadziei, że odnajdzie męża. Jest postawa jest godna podziwu. Podobno tę rolę początkowo miała zagrać Jennifer Aniston. Będąc aktorką jednego typu roli, wątpię czy by podołała zadaniu, tak jak to zrobiła Angelina.
Ocena: 7/10


Sagę Zmierzch oglądałam z ciekawości. Mimo że scenarzystka nie zrozumiałam książki i nie zrobiła z przeciętnej fabuły dobrych filmów. Mimo że twórcy od niszowego, klimatycznego pierwszego filmu przeszli do widowiskowych dwóch ostatnich.
Ta część nie jest nawet zła, bo tak samo jak pierwsze Przed świtem jest nakręcona książkowo. Nadal nie mogę patrzeć na Pattinsona. Jest on największą pomyłką tego filmu. Robert nie jest przystojny, ma ciągle tę samą minę cierpiętnika i ogólnie gra jak by był kawałkiem drewna. O wiele lepsza była panna Stewart. Fizycznie nawet pasuje do Belli, a w ostatniej części pokazała jakieś emocje. Gdyby były jeszcze kolejne części Zmierzchu, przy dwudziestej zobaczylibyśmy prawdziwą grę aktorską. Reszta obsady jakoś mi przeszkadzała, choć nie podobała mi się filmowa Renesmee. Wyglądała na jakieś siedem lat, a w książce była o wiele młodsza. Rosła dość szybko, ale nie aż tak jak w filmie. Miałam też dziwne wrażanie, że w pewnych momentach była poprawiona komputerowo. Tak na marginesie - plakaty promujące są tragiczne. Dawno nie widziałam tak sztucznych twarzy, poprawionych przez program graficzny. Ogólnie nie czuję, że zmarnowałam dwie godziny oglądania. Naszła mnie jednak chęć na ponowne przeczytanie książki i recenzowania w nietypowy sposób.
Ocena: 6/10


Film obejrzany całkiem przypadkowo. Romantyczna historia jakich wiele, ale przyjemnie się ogląda. Urocza Emily Blunt i rozbrajający Ewan McGregor tworzą niezły duet. Najlepsza jednak była Kristin Scott Thomas w roli rzecznika prasowego premiera. Film na poprawę humoru i na babski wieczór jak znalazł.
Ocena: 6/10


Wielki rok (2011)

"To historia prawdziwa. Zmieniono jedynie fakty" - tymi słowami rozpoczyna się film o zapalonych  ornitologach. Trzech facetów bierze udział w Wielkim Roku - przez 365 dni muszą zobaczyć jak największą liczbę różnych gatunków ptaków. Fabuła jest ciekawa, bo obserwowanie ptaków nie należy łatwego hobby, zwłaszcza jak się szuka mało pospolitych okazów. Mimo obecności Steve'a Martina, Owena Wilsona i Jacka Blacka, myślę że jest to raczej film przygodowy niż komedia. Jest trochę humoru, ale brzuch od śmiechu nie boli. Są za to piękne krajobrazy.
Ocena: 6/10