9 grudnia 2013

Gdzieś na Antarktydzie



O Antarktydzie wiem nieco z programów przyrodniczych i z informacji, jakie mi jeszcze pozostały po szkolnych lekcjach geografii. Jakiś czas temu przeczytałam, że na Antarktydzie rozwija się turystyka, która jest źródłem dofinansowania stacji badawczych. Zagłębiając się w temat, przypomniałam sobie dokument Wernera Herzoga, którego fragmenty widziałam kiedyś na zajęciach. 

25 listopada 2013

Irytujący efekt 3D

Zwykle unikam technologii 3D idąc do kina. Wybieram filmy nakręcone w sposób normalny, bez zbędnego efekciarstwa. Niestety teraz większość kin pozbawia widza wyboru, w jakim formacie chce zobaczyć dany film.


14 listopada 2013

Z serii do czytania - Pan X

Po dłuższej przerwie znów się spotykamy, Drogi Czytelniku. Nasza ostatnia wyprawa nie doszła do skutku, bo straciłam Pana X z oczu. Był nieuchwytny przez miesiąc. W końcu udało mi się go odnaleźć w jednym z biur podróży, gdzie załatwiał większy wyjazd na konferencję. Jest więc okazja, by zobaczyć piękne krajobrazy i pokój Pana X.


Mamy około dwudziestu minut, by zobaczyć jak wygląda pokój hotelowy Pana X, zanim wróci ze spotkania i zacznie się pakować na wyjazd. Wszystko jest zaplanowane: wejście do hotelu, niezauważalne ominiecie recepcji, wdrapanie się po schodach na dziewiąte piętro (panowie obsługujący windy zadają zbyt dużo pytań), znalezienie i dyskretne wślizgnięcie się do pokoju. Pytasz mnie jak się do tego pokoju dostaniemy. Znam kod do drzwi - przyjrzałam się, kiedy Pan X go wpisywał. W tym hotelu nie ma już kart magnetycznych, bo goście mieli w zwyczaju je gubić lub zostawiać w pokojach. Teraz mają problem z zapamiętaniem ciągu pięciu cyfr. Uśmiechasz się, ale widać w Twoich oczach niepewność. Nie martw się, Drogi Czytelniku, to będzie szybka akcja i nikt nie zauważy naszej obecności, jeśli będziemy działać zgodnie z planem. Taką mam nadzieję....

4 listopada 2013

Dziennik Bridget Jones? Tylko ten filmowy.

Nigdy nie rozumiałam fenomenu "Dziennika Bridget Jones". W liceum większość moich koleżanek była zachwyconą książką. Ja przebrnęłam tylko przez kilka stron, po czym stwierdziłam że mając 16 lat nie jestem w stanie zrozumieć problemów trzydziestoletniej kobiety. Nie wróciłam do lektury aż do teraz. I mimo że dziś bliżej mi do wieku Bridget, to nadal nie przemawia do mnie ta książka. Kolejna próba zrozumienia tego fenomenu zakończyła się fiaskiem.

To miała być lekka, przyjemna lektura, pełna humoru i prawd z życia niejednej kobiety. Ostatecznie się wynudziłam, czasem nie mogłam przebrnąć przez niektóre rozmowy bohaterów (m.in. Toma i Sharon), zaśmiałam się jakieś trzy razy i miałam ochotę rzucić książką gdy na pojawiają się matka głównej bohaterki.

Zapiski Bridget są czasem tak durne, że mam wrażenie jakby pisała je nastolatka w okresie dojrzewania. Bridget ma jeden schemat zachowań: solidne postanowienie, próba wytrwania, potem złamanie się i kilkustronicowe biadolenie dlaczego tak się stało - zakończone nadzwyczajnym zebraniem przyjaciół. Gdzieś tam po drodze jest jej codzienne życie, które też jest takie, jak być powinno.

Owszem są wspomniane problemy, z jakimi zmagają się kobiety - wpływ kultury na wygląd, wiek, pozycję społeczną, sprawy seksualne, diety itp. Ale to wszystko gdzieś znika, gdy czyta się o irytującym zachowaniu i myślach bohaterki.

Nie chcę więcej wracać do tej książki. Za to o pewnie nie raz obejrzę film. To jeden z nielicznych wyjątków, gdzie wolę ekranizację niż książkę. Mimo że sporo fabuła mocno różni się od treści książka, to efekt końcowy jest o wiele lepszy. Oglądając film nie raz się zaśmiałam. Nie musiałam oglądać i słuchać idiotycznych zachowań matki Bridget, było o wiele więcej Marka Darcy'ego (w książce tylko co jakiś czas się pojawia, a szkoda) i filmowa Bridget jest zabawniejszą postacią, niż jej pierwowzór literacki. Nie przepadam za Renée Zellweger, ale ona sprawiła, że z chęcią wracam do filmu.

21 października 2013

Cisza, pustka i mrok

Grawitacja (2013)


Dr Ryan Stone (Sandra Bullock) jest wybitną specjalistką od inżynierii medycznej. Zatrudniona przez NASA trafia do zespołu pracującego przy naprawie teleskopu Hubble'a. Dowódcą misji jest Matt Kowalsky (George Clooney), który po powrocie na Ziemię ma zakończyć karierę astronauty. Kiedy w prom kosmiczny, którym fachowcy przylecieli na orbitę, uderzają szczątki starego rosyjskiego satelity, ginie większość członków misji. Przy życiu pozostają tylko dr Stone i Kowalsky. Od tej chwili są zdani tylko na siebie. Muszą dotrzeć do innego promu, ale zapas powietrza w uszkodzonych zbiornikach nieubłaganie się wyczerpuje...
[źródło opisu: filmweb.pl]


2 października 2013

Z wizytą u Krystyny Jandy

Nie byłam w teatrze jakieś siedem lat, więc kiedy nadarzyła się okazja, musiałam ją wykorzystać.


Teatr Polonia. Spektakl "Kalina".

Źródło zdjęcia: teatrpolonia.pl

Monodram oparty na życiu Kaliny Jędrusik. Próżno jednak doszukiwać się tu kompletnej biografii, która przybliży widzowi postać sławnej aktorki. Jej historia jest jakby pretekstem do opowiedzenia o tym, jak często traktowane są kobiety przez pryzmat swojego ciała i swojego życia prywatnego. Aktora raz nazwana seksbombą, na zawsze nią pozostanie. Tak było z Kaliną Jędrusik, z przywoływaną Marylin Monroe i tak jest z grająca w spektaklu Katarzyną Figurą. Każda z nich nie raz udowodniała, że potrafi grać, ale widzowie pamiętają tylko pełne kształty i to, co się dzieje poza ścieżką zawodową. Jest to też historia o kobietach, które ciągle idą w przeciwnym kierunku niż reszta, nie godzą się na kompromisy i walczą o bycie sobą.

Główną rolę powierzono Katarzynie Figurze. To wybór idealny, nie tylko ze względu na podobną historię. Figura na scenie jest rewelacyjna. Opowiada widzom historię Kaliny Jędrusik, ale nie stara się nią być, jedynie przybliża się do tej postaci, dając widzom pewne wyobrażenie. Nie kopiuje też głosu Kaliny, gdy śpiewa stawia na własną interpretację najbardziej znanych przebojów.

Bardzo prosta scenografia pozwala się skupić na postaci, nie rozprasza. Na ekranie w tle pojawiają się projekcje, dopełniające spektakl. I można jeszcze usłyszeć Piotra Fronczewskiego - jest głosem Stanisława Dygata.

To było magiczne półtorej godziny. Intymne spotkanie aktorki z publicznością. Pierwszy monodram w karierze Katarzyny Figury został nagrodzony gromkimi brawami, które wywoływały ją zza kulis cztery razy. Nie da się opisać jej wzruszenia z tego powodu. To trzeba zobaczyć.

Choć minęło już trochę czasu, ten spektakl nadal siedzi mi w głowie. Spotkania z aktorem na żywo nie da się tak łatwo zapomnieć. Chyba zacznę częściej chodzić do teatru.

24 września 2013

Z serii do czytania - Pan X

Witaj, Drogi Czytelniku. Jeśli jesteś tu po raz pierwszy, proszę Cię byś najpierw zajrzał tutaj. W końcu lepiej czyta się od początku ;) A jeśli znasz już pierwszy tekst, to zapraszam dalej.

Pan X od kilku dni twierdzi, że umiera. Oczywiście, to tylko przeziębienie, ale z jego perspektywy świat się wali. Wybrał najbardziej przytulny hotel i zamknął się w apartamencie z widokiem na całe miasto. Tak więc zostawimy go dziś w spokoju i udamy się w podróż po trzech miastach, dość ważnych dla Pana X. Pewnie zastanawiasz się jakie musimy pokonać odległości. Moja charakterystyka jest bardzo ogólna, więc to zależy wyłącznie od Twojej wyobraźni. Uwzględnij tylko jedną rzecz - w każdy mieście ludzie mówią w innych języku, a Pan X nauczył się sześciu.


Naszą podróż zaczniemy wielkiego miasta, gdzie Pan X zrobił najwięcej interesów w swoim życiu, i dzięki niechęci do samochodów to miasto zna bardzo dobrze.

18 września 2013

"Nie ma żadnego MY! Nigdy nie było NAS! Na dodatek beze mnie nie mówiłbyś nawet JA!"

Z okazji tego, że dzisiejsza data informuje cały świat, że jestem znów o rok starsza, postanowiłam napisać o animacji, którą będę oglądać bez względu na wiek. Temat postu nijak ma się do treści, ale to jeden z moich ulubionych cytatów z ukochanej Epoki Lodowcowej.
To jedyna bajka nie z dzieciństwa, którą lubię i mogę oglądać na okrągło. Z kilku powodów.


1. Bohaterów, którzy tworzą najbardziej pogięte stado na ziemi. 



2. Fabuły, która z każdą kolejną częścią jest inna i równie śmieszna. W tym wypadku nie przeszkadza mi ilość - mogą zrobić 10 części, ja i tak wszystkie obejrzę.


3. Sid - najzabawniejsza postać i najbardziej lubiana. Genialnie zdubbingowana.


4. Cały dubbing - jeden z lepszych, jakie słyszałam.



5. Wiewiór i jego miłość do żołędzia. Bez niego nie byłoby epoki, odwilży, dinozaurów i rozpadu kontynentów. Postać najważniejsza. 



P.S. Ja chcę na urodziny takie buty!
 Jak szaleć, to szaleć :D


Dziś mniej tekstu, a więcej obrazków z powodu braku czasu. Postaram się następnym razem :)

Źródło zdjęć: pomocna ręka wujka Google.

15 września 2013

W kilku słowach...



Rowena jest dziennikarką śledczą, która wyciąga na światło dzienne brudy osób znanych i bogatych. Pewnego dnia jej przyjaciółka z dzieciństwa prosi ją o pomoc w pogrążeniu prezesa pewnej agencji reklamowej, który ją uwiódł i zostawił. Pewnego dnia dziewczyna znika i zostaje znaleziona martwa. Rowena postanawia zbadać całą sprawę, zatrudniając się jako sekretarka w firmie Harrisona Hilla.
Sama fabuła nie wyróżnia się niczym specjalnym, thriller jakich wiele. Sieć kłamstw, strzeżone tajemnice i seksualne podteksty prowadzą trochę monotonną akcję. Gdzieś w połowie pojawia się w głowie przewidywalne zakończenie, więc ogląda się bez emocji i nagle bum, niespodzianka. Końcówka jest naprawdę zaskakująca, dlatego warto obejrzeć całość. Poza tym film ma świetne zdjęcia. Co do aktorstwa, to nieźle wypadli Halle Berry i Giovanni Ribisi. Nie podobał mi się za to Bruce Willis - miał ciągle jedną minę, więc niech lepiej ratuje świat niż gra playboya.
Ocena: 6/10


October Baby (2011)


Hanna jest samotnikiem. Nigdy nie czuła się dobrze w swoje skórze i ma coraz mniej chęci do życia. Kiedy jej zdrowie się pogarsza, rodzice wyznają jej prawdę. Okazuje się, że wszystkie problemy zdrowotne są wynikiem tego, że Hanna przeżyła nieudaną aborcję. Potem została adoptowana przez parę, która nie może mieć dzieci. To wszystko sprawia, że dziewczyna postanawia wyruszyć w podróż wraz ze znajomymi, by dowiedzieć się, co się stało z jej biologiczną matką.
Film jest oparty na faktach, jednak oglądając ciężko to odczuć. Czytałam historię Gianny Jessen, na której się wzorowano i dała mi do myślenia. A film niestety nie. Jest bardzo mocno uproszczony i przewidywalny. Niby porusza ważne sprawy związane z życiem, wiarą i przekonaniami, ale sposób w jaki to pokazuje do mnie nie trafia. Dodatkowo są dziury w fabule i wiele irytujących postaci. Twórcy wybrali wiele oklepanych rozwiązań, jakie można zobaczyć w innych tego typu filmach. Jeśli chcieli trafić do młodej widowni i skłonić ją do myślenia, to powinni się bardziej postarać. A tak mamy w pamięci źle zrobiony film z całkiem przyjemną ścieżką dźwiękową.
Ocena: 4/10


Zostań (2005)


Henry przeżył wypadek samochodowy. Ma z tego powodu wyrzuty sumienia, bo pozostali pasażerowie zginęli. Zostaje wysłany na leczenie psychiatryczne. Pewnego dnia, gdy pojawia się na umówionej wizycie zamiast swojego lekarza zastaje doktora Sama Fostera. On stara się pomóc, ale chłopak niespodziewanie oświadcza mu, że w najbliższą sobotę o północy, w dniu swoich urodzin popełni samobójstwo. Od tej chwili zaczyna się wyścig doktora z czasem. Musi dowiedzieć się co jest przyczyną decyzji Henry'ego i jak temu zapobiec.
Przez cały seans zastanawiałam się, o co w tym filmie chodzi. Przychodziło mi do głowy wiele pomysłów, jednak żaden  się nie sprawdził. Nawet samo zakończenie początkowo nic mi nie mówiło. Wszystko wyjaśniło się, gdy przeczytałam kilka opinii. Wychodzi na to, że nie jestem fanką filmów opartych na motywie snu czy halucynacji, które budują cały film po to, by na końcu rozwiązać wszystko jedną sceną.
Ocena: 5/10

Źródło zdjęć: Filmweb.pl

1 września 2013

Z serii do czytania - Pan X

Dzisiaj Drogi Czytelniku chciałabym Cię zabrać na mały spacer. Nie będziemy jednak rozmawiać o filmach i książkach w parku. Przechodząc przez labirynt miejskich budynków, odwiedzając mniej lub bardziej szykowne restauracje, biura prezesów, pralnie i hotele, przyjrzymy się Panu X.

Wygląd  bohatera zostawiam Twojej wyobraźni...

Nie będzie to jednak jeden dzień z życia człowieka, którego śledzimy. Będzie to dosłownie kilka chwil z całego dnia, ale od momentu kiedy się na niego natkniemy. W tym czasie nie zobaczysz jego twarzy, nie usłyszysz jego głosu i nie poznasz jego imienia. Będziesz widzieć tylko jego plecy, więc całą resztę musisz sobie wyobrazić. Żeby Ci było łatwiej, wybierz sobie spośród mijających nas osób jedną męską twarz. To będzie Twój własny obraz Pana X. Resztę opowiem Ci ja.


24 sierpnia 2013

W kilku słowach...




Spodziewałam się po tym filmie czegoś innego. Tyle się naczytałam pozytywnych opinii, w których fani bronią każdej minuty. Ja się zwyczajnie wynudziłam. Było mi nudo do tego stopnia, że obejrzałam ten film w ratach. Sama fabuła była w pewnych momentach chaotyczna, czasem kompletnie idiotyczna (np. scena gdy naziści spadają z mostu), a kilka wątków można byłoby bardziej uspójnić. Dan Aykroyd nie powinien brać się za pisanie scenariuszy (jedyne, co mu wyszło to Pogromcy duchów). Ten film, jak dla mnie, ma tylko dwa mocne punkty: świetną ścieżkę dźwiękową i prawdziwych muzyków w obsadzie (Ray Charles, Aretha Franklin, James Brown). Jeden seans mi w zupełności wystarczy.
Ocena: 5/10




Historia, która wciąż jest aktualna. Nie tylko dlatego, że epilepsja wciąż jest chorobą nieprzewidywalną, ale również dlatego że mimo postępów w medycynie, niektórzy lekarze nadal nieprawidłowo leczą, co często odbija się na zdrowiu pacjentów. To też historia o tym, ile trzeba mieć w sobie siły, by walczyć o swoich bliskich i swoją godność, gdy świat zaczyna się walić. Naprawdę dobry film, ze świetną rolą Meryl Streep.
Ocena: 7/10

Odważna (2007)



Ten film to głównie rewelacyjna kreacja Jodie Foster. Jest tak wiarygodna w swojej roli, aż można zapomnieć że to tylko fikcja. Pokazała całą gamę emocji - od szaleńczej miłości, przez pustkę, aż do trudnego do opanowania pragnienia zemsty. Film ma też niezły montaż, zwłaszcza scena miłosna przeplatana sceną w szpitalu. Najbardziej reżyserowi dostało się za zakończanie - jest za bardzo amerykańskie. Mnie osobiście zaskoczyło, bo wyobrażałam sobie całkowicie coś innego.
Ocena: 7/10

Źródło zdjęć: Filmweb.pl

12 sierpnia 2013

Efekty bujnej wyobraźni

Horror to chyba jedyny gatunek filmowy, po który nie sięgam. Nie bardzo rozumiem zachwyt nad tego typu produkcjami. Nie lubię się bać i nie chcę patrzeć na wszystkie wymyślane okropności, które potem pewnie i tak nawiedziłyby mnie w snach. To głównie przez moją bujną wyobraźnię i zbyt wczesne zatknięcie się z niektórymi filmami, nieprzeznaczonymi dla moich oczu.

Przyjaciel wesołego diabła - film nakręcono na podstawie książki dla dzieci, napisanej przez Kornela Makuszyńskiego. Historia przyjaźni głównego bohatera Janka z młodym diabłem, nie jest czymś okropnym, ma wiele pozytywnych recenzji, dzieciaki. Ale co innego wyobrazić sobie takiego bohatera, a co innego zobaczyć jego filmową wersję. A ta, muszę przyznać, jest przerażająca. Spójrzcie sami.

Piszczałka - nie patrz mu w oczy...
Jego twarz śniła mi się po nocach wiele lat. Jest taka scena, gdy Piszczałka zagląda przez okno w nocy, w czasie burzy. Jego gęba jest rozświetlona przez błyskawicę i wygląda upiornie. Z tego, co czytałam, to wiele dzieciaków to przerażało. Do dziś nie wiem, dlaczego stworzono coś takiego dla młodszej widowni. Gdyby to się wydarzyło współcześnie, to by z tego wyszła afera na cały świat, jak z teletubisiami.


Buka - wszyscy mówią, że Buka była samotna i nieszczęśliwa, że jej współczuli. Ale ja, mając te 6-7 lat raczej nie myślałam w tak dorosły sposób. Dla mnie była ona usposobieniem strachu i grozy - pojawiała się, to chciałam się schować.

Buka - pięcioletnie dziecko ma jej współczuć...
Dziś mogę sobie interpretować jej zachowanie i patrzeć na nią bez gęsiej skórki. Na szczęście nie pojawiała się zbyt często, więc moja sympatia do tej bajki nie zmalała. Nie wiem tylko, dlaczego niektórzy uważają Muminki za bardzo złą propozycję dla dzieci. Prócz Buki nie było tam nic okropnego, jak pamiętam.


Laleczka Chucky - wystarczył jeden kadr, bym nie mogła spać. Jak byłam dzieckiem, tata często wypożyczał bajki na VHS. Zanim jednak bajka się rozpoczęła, nagrane były zwiastuny innych filmów. Raz zobaczyłam wszystkie te zapowiedzi. Był tam fragment z Laleczki Chucky - goniła rodzinę z wielkim, zakrwaionym nożem w ręku, który gładko przebił kilkakrotnie kuchenne drzwi.

Sadysta w ciele lalki, to podobno już klasyk...
 Widziałam tę scenę raz, w wieku sześciu lat, a mam ją w głowie do dziś. To było okropne. Bałam się sama spać. Dobrze, że potem rodzice pilnowani, bym nie oglądała zwiastunów. Na szczęście nie miałam wtedy żadnej męskiej wersji laki - od razu wylądowałaby w koszu.


Wioska przeklętych - jako nastolatka widziałam ten film w urywkach, głównie wtedy, gdy nie działo się nic strasznego. Chyba wtedy po raz pierwszy spróbowałam oswoić się z horrorem. Ale wystarczyło, że zobaczyłam maskarę, gdzie było dużo samochodów lub woźnego spadającego na własną szczotkę, bym nie mogła spać. Pamiętam, że śniło mi się intensywne czerwone światło i zerwałam się z łóżka.

Kosmici o anielskich włosach, okropne...
Wyciągnęłam te przykłady z pamięci, z racji rozmowy z kumpelą. Więc jak już mi zaprzątają głowę, to je tu zostawię. Mam nadzieję, że nic mi się dziś nie przyśni :)

Jak by się dłużej zastanowić to lista filmów, które mnie przeraziły jest jeszcze dłuższa. Nie są to tytuły tylko z dzieciństwa, bo mam za sobą jeszcze jakieś dwie próby oswajania się. Ostatecznie dałam sobie spokój. Oglądanie horrorów pozostawiam innym.

5 sierpnia 2013

W kilku słowach...



Przeciętna komedia romantyczna, w której dość szybko orientujemy się jakie będzie zakończenie. Trzeba tylko przebrnąć wraz z bohaterami przez szereg mniej lub bardziej zabawnych sytuacji, ponarzekać na zły montaż oraz absurdalne pomysły scenarzystów i ostatecznie zgadnąć, kiedy nastąpi punkt kulminacyjny. Sam pomysł na klątwę związaną z pierwszym małżeństwem jest nawet ciekawy, ale wykonanie mocno oklepane. Takie filmy najlepiej oglądać w towarzystwie lub po wypiciu kilku głębszych, inaczej szybko zaczynają drażnić.


Wspaniała (2012)


Uroczy film, idealny na poprawę nastroju. To prosta historia o dziewczynie z małego miasteczka, która pragnie wyrwać się ze swojego środowiska i osiągnąć coś w swoim życiu. Udaje jej się to dzięki zdobyciu posady sekretarki i udziałowi w konkursie szybkiego pisania na maszynie. Nie jest to film, który mimo prostoty w jakiś sposób zaskoczy widza i skłoni do myślenia. Nie, to jest film z gatunku tych, które w swojej banalności potrafią raz czy dwa zabłysnąć, ale ogląda się je głównie dla samej przyjemności. We "Wspaniałej" mamy cudowne odwzorowanie lat 50. Piękna scenografia i kostiumy zachwycają, aż chciałoby się przenieść w tamte czasy. To całkowicie rekompensuje kilka dziur w fabule i lekką przewidywalność.




Za każdym razem, gdy powtarzali ten film w telewizji, oglądałam go wyrywkowo. W końcu obejrzałam w całości, bo to podobano jedna z najlepszych francuskich komedii. Pomysł na przeniesienie średniowiecznych rycerzy do współczesności jest rewelacyjny - perypetie z tym związane są powodem do śmiechu, aż boli brzuch ( scena w toalecie :D ). I dwójka głównych bohaterów jest świetnie dobrana - duet Jean Reno/Christian Clavier zgrany idealnie. Jednak akcja dzieje się tak szybko, że ciężko czasem nadążyć. Niby człowiek się śmieje i komentuje, to co zobaczył, ale musi też patrzeć na ekran, by mu coś nie umknęło. W pewnym momencie miałam dosyć tego szybkiego tempa. Przy kolejnym seansie w tv obejrzę tylko ulubione sceny. No i nadrobię pozostałe części, choć podobno nie powtórzyły sukcesu pierwowzoru.


Źródło zdjęć: www.filmweb.pl

21 lipca 2013

Miszamasz # 6

W telegraficznym skrócie.


W życiu bym nie pomyślała, że nie znajdę czasu na kino, książki i pisanie. Nie na tak długo. Zaczęło mnie to przerażać, zwłaszcza gdy uświadomiłam sobie, że ponad miesiąca nie widziałam żadnego nowego filmu. Jednak filmowy głód jest ciężki do zniesienia. Aby to zmienić, muszę powiedzieć o tym publicznie, bo przekonywanie samej siebie nie dało żadnych rezultatów :)

Ostatnio widziałam cudowny Piękny umysł. Napisałam nawet o nim notkę, której nie zapisałam. I od tamtej pory nic. Zrobiłam za to listę filmów, jakie chciałabym zobaczyć i podzielić się wrażeniami. I nie są to amerykańskie produkcje :)

Z seriali jestem na bieżąco tylko z Żoną idealną. Miałam też nadrobić czwarty sezon Glee, ale informacja o śmierci Cory'ego Monteitha mnie do tego zniechęciła. Nie jestem w stanie pojąć dlaczego doprowadził swoje życie do tak smutnego finału. Iść do piachu w wieku trzydziestu paru lat? I to na własne życzenie?
Próby obejrzenia trzeciego sezonu Gry o tron też spełzły na niczym, ponieważ koleżanka przez przypadek zdradziła mi zakończenie sezonu. I przeszła mi ochota na oglądanie :/

Zaczęłam za to czytać zachłannie książki. Przy moim obecnym trybie życia jedna tygodniowo to duży sukces. Mam nadzieję, że tę liczbę zwiększę w sierpniu. Obecnie zabieram się za ostatnią część twórczości pseudo pisarki E.L. James - "Nowe oblicze Greya". Trzeba sobie podnieść statystykę blogową ;)

Poza tym w kolejności do przeczytania w najbliższym czasie czekają:


"Kosogłos" Suzanne Collins - najnowszy nabytek, aż mnie zżera ciekawość, to się dalej wydarzy.

"Poradnik pozytywnego myślenia" Matthew Quick - najnowszy nabytek numer dwa. Bardzo mi się film podobał, a podobno książka jest o wiele lepsza.

"Dom na placu Waszyngtona" Henry James - zapomniałam o tej książce, ale ostatnio odkryłam, że na jej podstawie został nakręcony film Plac Waszyngtona, z bardzo ciekawą obsadą. Więc trzeba nadrobić.

"Trafny wybór" J. K. Rowling - nie mogę się zabrać za tę książkę, choć stoi na półce i przyciąga mój wzrok. Ale muszę to w końcu nadrobić, bo za jakiś czas dojdzie kolejna pozycja to czytania: pani Rowling napisała powieść The Cuckoo's Calling, pod pseudonimem Robert Galbraith.

Tyle na dziś. Jutro zabieram się za pisanie recenzji "Gwiezdnego pyłu". Wiele razy widziałam film, ale po raz pierwszy przeczytałam książkę. I naszły mnie ciekawe wnioski.

8 lipca 2013

Wybuchu nie było...

"Bomba, czyli alfabet polskiego szołbiznesu" Karolina Korwin Piotrowska 

www.empik.com
Bomba już tyka... Kto powinien się bać? - to pytanie jest chyba najgorszym chwytem reklamowym wymyślonym przez wydawcę. Nie ma żadnego związku z wymową książki z dwóch powodów. Po pierwsze nie ma tu ostrego ataku na show-biznes, który zmienia większość pojawiających się w nim ludzi. Jest to raczej subiektywna opinia o osobach, którzy w mniejszym lub większym stopniu w tym biznesie funkcjonują. Po drugie, wypowiedzi autorki bardzo często można usłyszeć i przeczytać, więc ciężko jest się bać opinii, która gdzieś już się pojawiła.

Trudno jest mi ocenić tę książkę. Bardzo lubię Karolinę Korwin Piotrowską. Jest świetnym obserwatorem, ma trafne osądy i ogromną wiedzę filmową, nie przejmuje się opinią innych i robi swoje. Byłam ciekawa w jaki sposób opisze show-biznes, do którego zwykli ludzie nie mają dostępu, a to co widzą jest tylko ładnym, sztucznym obrazkiem. Myślałam, że obedrze ten medialny świat z całej cukierkowości, w końcu jest dziennikarką z gatunku tych jadowitych. Niestety, zrobiła to tylko w małej części i po lekturze czuje się niedosyt.

To, co zasługuje na wielki plus, to fakt jak trafnie skomentowała pracę stylistów i projektantów, agentów gwiazd, miodowych blogerek. Skrytykowała używanie botoksu, wciąganie do medialnego świata dzieci, brak używania inteligencji i poczucia humoru. Wielu z tych spraw przeciętny widz mógł tylko domyślać, teraz ma potwierdzenie od osoby, która to widzi na co dzień. Brawo.

Inną dobrą stroną książki jest to, że czytając ją, zapisuje się tytuły filmów i spektakli do obejrzenia lub sprawdza w internecie teledyski lub fragmenty występów, które przytacza autorka przy danej osobie. Karolina Korwin Piotrowska to, w tym temacie, skarbnica wiedzy o filmie i muzyce. Dzięki temu zdałam sobie sprawę, jak mało widziałam polskich filmów i  powinnam się tego wstydzić. Lista wypisanych przeze mnie tytułów jest spora i przydałoby się ją najszybciej nadrobić. Jest jeszcze subiektywne kalendarium 1989-2012, które pokazuje zmiany w polskiej kulturze (i stąd też można wyciągnąć kilka interesujących tytułów). Bardzo fajnie napisane.

Są też wady, które w pewnym momencie przyćmiły mi zalety książki. Po pierwsze zestawienie wszystkich osób. Czytając je można odczuć podział na kilka grup:
- na osoby, które chronią swoją prywatność i znamy je głównie z ich osiągnięć na tle zawodowym;
- na osoby, które upubliczniają swoje życie, chodzą na każde możliwe imprezy i robią sesje do kolorowych magazynów;
- na debiutantów, którzy mają potencjał i już udowodniają, że wiedzą jak działa cały mechanizm;
- na osoby, które Karolina Korwin Piotrowska zna osobiście i nie powoli powiedzieć złego słowa.

Brakuje tu obiektywizmu i mocnych słów pod adresem kilku osób. Poza tym mało jest informacji zza kulis, a podawane fakty już gdzieś były usłyszane. Z alfabetu najwięcej dowiadujemy się o samej autorce. I nie mam tu na myśli wstępu, który informuje nas o tym, że książka może być ponad siły czytelnika. W trakcie opisywania osób, dowiadujemy się o tym, co Karolinę Korwin Piotrowską ukształtowało, co lubi słuchać, z kim jej się najlepiej rozmawia i kto jej pomógł, choć się tego nie spodziewała. Te osobiste wstawki mają jednak swój plus - widzimy znane osoby, z zupełnie innej strony.

Jednak największą wadą tej książki jest język. Ja bym to nazwała "totalną maskarą". Jest za bardzo potoczny. Nie wymagam, by był to tekst literacki - nie pasowałby do tematyki, ale przeszarżowanie i brak redakcji tekstu nie pomagają w czytaniu. W notce o Niekrytym krytyku, który napisał książkę, czytamy: "pisze rzeczywiście gorzej, niż mówi". To samo bym powiedziała o stylu Karoliny Korwin Piotrowskiej. Świetnie się jej słucha, ale o wiele gorzej czyta. W tym wypadku lektura książki od deski do deski jest małą tortura dla czytającego, ponieważ co chwila powtarzają się te same argumenty, sformułowania, zwroty. Nie potrafię zliczyć słówek: kupczyć, piar, powala, konia z rzędem temu, obcyndalanie się, czy ulubiononego "przysłowia": gdzie rabotujesz, tam mnie bzykajesz. To razi, ale ma też mały plus, bo jest to dowód na to, że pisała to sama K.K. Piotrowska, a nie jakiś ghostwriter.

Podsumowując. Z jednej strony to skarbnica wiedzy o polskiej kulturze dla takich lekkich ignorantów jak ja. Pod tym względem często będę do niej zaglądać, by sprawdzić, co warto obejrzeć. Z drugiej strony mimo, że książkę bardzo szybko się czyta, męczy język. Ja tego strasznie nie lubię, bo mnie to odrzuca od lektury (plus ilość spolszczonych angielskich słówek - choć może to zabieg celowy). Jeśli więc zdecydujecie się przeczytać alfabet show-biznesu, zróbcie to wyrywkowo. Powtórzenia nie będą tak drażnić.

30 czerwca 2013

"W pierścieniu ognia" Suzanne Collins

www.empik.com

"Jagody. Dociera do mnie, że w tej garści trujących owoców kryję się odpowiedź na pytanie, kim naprawdę jestem. Jeśli wyciągnęłam je, żeby uratować Peetę, bo wiedziałam, że spotkam się z potępieniem, wróciwszy bez niego, to jestem godna pogardy. Jeśli wyciągnęłam je z miłości, to znak, że jestem samolubna, ale można mi wybaczyć. Ale Jeżeli wyciągnęłam je, żeby postawić się Kapitolowi, to jestem coś warta."

Tytuł: W pierścieniu ognia
Tytuł oryginalny: Catching fire
Autor: Suzanne Collins
Tłumaczenie: Piotr Budkiewicz, Małgorzata Hesko-Kołodzińska
Wydawnictwo: Media Rodzina
Liczba stron: 359

Po raz kolejny pani Collins udowodniła mi, że potrafi zaskoczyć czytelnika i nie brak jej wyobraźni w konstruowaniu wydarzeń. Część druga jest tak samo dobra jak pierwsza.


W Igrzyskach śmierci dwójka uczestników Katniss Everdeen i Peeta Mellark udaremnia plany Kapitolu, wymuszając zwycięstwo obojga. Za to zwycięstwo bohaterowie zapłacą cenę, jakiej się nie spodziewają... W drugim tomie trylogii, W pierścieniu ognia Katniss i Peeta przygotowują się do odbycia obowiązkowego Tournee Zwycięzców, kiedy dowiadują się o fali zamieszek, do których przyczynił się ich zuchwały czyn. W tle trwają przygotowania do rocznicowych, 75. Głodowych Igrzysk, które przyniosą bardziej niż zaskakujący obrót spraw... Bo Kapitol jest zły. I Kapitol pragnie zemsty!

Źródło opisu: http://mediarodzina.pl/prod/534/W-pierscieniu-ognia

Wyczekiwany powrót do domu i spokój z nim związany jest tylko chwilowy. Katniss wiedziała, że łamiąc zasady sprowadzi na siebie gniew Kapitolu. Nie podejrzewała jednak, do czego jest w stanie posunąć się władza, by ją za taki czyn ukarać. A władza w państwie totalitarnym może wszystko i nie zawaha się, by to wykorzystać.

Decyzja Katniss stała się punktem zwrotnym w walce o wolność. Ona sama nie była na to przygotowana, nie to było jej celem. Chciała przeżyć, a stała się kosogłosem, symbolem rebelii - jak sama siebie nazywa. Nadal jest bohaterką z krwi i kości. Collins w żaden sposób jej nie idealizuje. Wręcz przeciwnie, pokazuje jej strach, ból, egoistyczne zachowanie i pozwala dokonywać złych wyborów. Tak samo postępuje z innymi bohaterami, przez co są wielowymiarowi i warygodni. Ogólnie przez całą książkę przewija się mnóstwo postaci. Jednych spotyka się na chwilę, z innymi trzeba się pożegnać. Są też nowi bohaterowie, którzy, jak się domyślam, będą towarzyszyć Katniss w kolejnej części.

Nieco inny jest sposób prowadzenia narracji. Nie jest on wyważony, jak w części pierwszej. Tutaj pierwsza połowa książki - w czasie Tournee i chwilowego powrotu do domu - jest raczej powolna, skupiona bardziej na dialogach i przemyśleniach Katniss. Druga połowa to rocznicowe 75. Głodowe Igrzyska, które niespodziewanie przyśpieszają akcję i prowadzą do zaskakującego finału. Mimo tego podziału, w całej książce nie brak niespodziewanych zwrotów, które zaskakują czytelnika. Są też momenty z dużą dawką przerażenia, wzruszenia i ...śmiechu.

Tak jak w poprzedniej części, język jest prosty i klarowny. Autorka nie zamęcza czytelnika zbyt dużą ilością opisów. Mało istotne lub dobrze znane rzeczy opisuje dosłownie w trzech - czterech zadaniach, natomiast to, co jest ważne dla fabuły bardzo precyzyjnie charakteryzuje. Dzięki temu nadaje akcji płynności.

Po przeczytaniu pierwszej części długo zbierałam się w sobie, by sięgnąć po kolejny tom trylogii. Teraz jednak o wiele szybciej zabiorę się za lekturę części trzeciej. Bo kiedy ściany Kapitolu zaczynają się chwiać, a sprzymierzeńcy rebelii są bardzo blisko władzy, czytelnik musi wiedzieć, co będzie dalej.

10 czerwca 2013

Pierwszy film noir

Film, który zapoczątkował jedno z najważniejszych zjawisk kina światowego lat 40. i 50. Czerń tego nurtu odnosi się nie tylko do strony wizualnej, opartej na ekspresjonistycznych efektach światłocienia, ale także do fabuły, która charakteryzuje się posępną aurą i cynizmem, a tematem przewodnim jest zbrodnia, zdrady i klęska postaci. Jednym z podstawowych źródeł filmu noir jest powieść kryminalna, ale inna niż te, które pisali A. Christie czy A. P. Doyle. Tutaj głównym bohaterem jest prywatny detektyw, który dobrze zna się na tym co robi, nie przebiera w środkach, by rozwiązać sprawę, jest bezwzględny i interesuje go tylko wysokość honorarium. Takim bohaterem jest Sam Spade, którego na papierze stworzył Dashiell Hammett, a na ekranie wykreował Humphrey Bogart.


Detektywi Sam Spade i Miles Archer zostają zaangażowani przez panią O'Shaughnessy do poszukiwań niejakiego Freda Thursby'ego, który rzekomo zniknął z jej siostrą. Wkrótce Archer ginie w tajemniczych okolicznościach, a niedługo później zostają znalezione zwłoki Thursby'ego. Spade próbuje sam wyjaśnić te morderstwa. Okazuje się, że zleceniodawczyni nie jest osobą, za którą się podawała. A jej prawdziwym celem jest odnalezienie sokoła maltańskiego - bezcennej XVI-wiecznej statuetki.

[źródło opisu: www.filmweb.pl ]

Ten film wymaga od widza dużego zaangażowania. Ilość informacji, jakie otrzymuje Spade podczas prowadzenia śledztwa jest tak duża, a tempo ich pojawiania się zbyt szybkie, by oglądający dążył je świadomie przyswoić i spróbował racjonalnie wyjaśnić zagadkę. Ma to jednak swój cel. Chodzi o stworzenie gęstej atmosfery, stanu ciągłego zagrożenia, bo nie wiadomo co za chwilę się wydarzy. Taka atmosfera to główny atut filmu. Akcja głównie dzieje się w ciasnych, zamkniętych pomieszczeniach, które są oszczędnie oświetlone. Samo napięcie nie jest jednak obecne cały czas. Początkowe minuty filmu nużą, jest więcej gadaniny i można się trochę pogubić. Potem akcja nabiera tempa, jednak gdzieś w natłoku wydarzeń gubi się kilka elementów, jak choćby w scenie, gdzie Spade otrzymuje tytułowego sokoła. Jak i dlaczego tak się stało, tego do tej pory nie wiem.

Główne skrzypce gra tu bez wątpienia Humphrey Bogart. Stworzył ciekawą postać detektywa, który działa według własnych zasad, przy czym drwi z policjantów. Z jednej strony jest opanowany i wydaje się że ma nad wszystkim kontrolę, ale z drugiej popełnia dość głupie błędy, który musi szybko naprawić. Nie jest jednak postacią pozytywną, jak by się mogło wydawać. Dba wyłącznie o swoje interesy, nie przebiera w środkach jeśli prowadzi jakąś sprawę. Jest sprytny i wie jak zadawać ciosy.

Sokół Maltański to film nie tylko o detektywie, to film o ludziach, których omamiła chęć zdobycia bogactwa i władzy. Nie cofną się przed niczym, by zdobyć to czego szukają. A szukają do upadłego. Wspomina o tym Gutman - skoro tyle lat poszukuje tak bezcennej statuetki, to nie ma znaczenia czy poczeka jeszcze rok lub dwa. Jego plany krzyżuje Spade, ale pewnie za jakiś czas pojawi się ktoś inny z podobnym marzeniem, ktoś kto jest naiwny, nie ma skrupułów by się wzbogacić kosztem innych.    

Czy warto sięgnąć po ten film? Myślę, że tak, choćby po to by poczuć tę gęstą atmosferę niepewności, która do dziś jest wykorzystywana kryminałach.

4 czerwca 2013

Ulubieni

Gdybym miała wybierać spośród wszystkich aktorów, których doceniam, bez wątpienia byliby to:

Angelina Jolie i Morgan Freeman


Urodzeni z czerwcu
Spod zodiaku bliźniąt
Leworęczni
Oscar za rolę drugoplanową  

Angelina - 04.06.1975
Dziś kończy 38 lat.

Morgan - 01.06.1937
Tyle na dziś.
Z braku czasu posty o większej ilości testu pojawią się bliżej weekendu. Jak uda mi się je skończyć ;)

Źródło zdjęć: www.google.pl

30 maja 2013

Z muzycznego katalogu

30 Seconds to Mars - "Love Lust Faith + Dreams"

www.empik.com
Długo wyczekiwany czwarty album Marsów podzielił fanów. Tak przynajmniej wynika z wypowiedzi, jakie przeczytałam w Internecie. Sama płyta zbiera dość pozytywne recenzje, a w Polsce ma już po tygodniu status Złotej Płyty. Mimo to fani nie są zadowoleni. Bo niby to już nie ten sam zespół, bo wybrali komercję, bo zapomnieli czym jest 'prawdziwa' muzyka... itp. Czytam i mam wrażenie, że gdzieś to już było. Ach tak, przy okazji premiery poprzedniego krążka This Is War. Też poszli w stronę komercyjną i już nigdy nie nagrają niczego, co będzie brzmiało jak A Beautiful Lie. Najwyraźniej nie są to oddani fani, bo inaczej wiedzieliby, co na ten temat mówi zespół:

„Prawdziwi "Believers" wiedzą, że nigdy nie nagramy dwa razy tego samego albumu. Pragnę odkrywać nowe terytorium [...]. Niektórym ludziom czasami trudno pogodzić się ze zmianami. Zawsze znajdą się osoby, które w kółko chcą słuchać tego samego albumu, ale mnie to nie interesuje, nigdy tego nie zrobię.” -  Jared Leto (Music Feeds, Australia, kwiecień 2013)

Gdyby nagrali kolejny, bardzo podobny brzmieniowo krążek, to pewnie dostałoby się im za to, że nie potrafią stworzyć czegoś innego. Ech, ciężko jest zadowolić wszystkich. Warto jednak pamiętać, że żaden artysta nie tworzy muzyki z myślą, czy to się spodoba jego fanom. Zawsze można nie słuchać i nie wygłaszać w kółko tego samego zdania.

Nowy album jest, cóż... trochę inny, jakby lżejszy stylem, ale nadal w duchu marsowych dźwięków. Musiałam go przesłuchać kilka razy, by się do niego całkowicie przekonać. Nie spodziewałam się, że zastanę tu elektroniczne dźwięki, orkiestrę i skrzypce. Singlowe Up In The Air było dla mnie wielkim zaskoczeniem i początkowo myślałam, że cała płyta będzie w podobnym tonie. Włączyłam i słucham.

Początek to orkiestrowe Birth, gdzie skrzypce idealnie łączą się z perkusją. Potem jest mocniejsze uderzenie i Conquistador - tutaj słychać mocną gitarę i chór fanów, który pojawia się w dalszych utworach. Kolejny to Up In The Air - kawałek, który jakoś mi nie pasuje do całej płyty, ma trochę taneczny wydźwięk. Tutaj następuje chwilowe wyhamowanie i słucham spokojnego City of Angels, by zaraz potem genialny wstęp na skrzypach rozpoczynał jeden z moich ulubionych utworów na płycie: The Race. Zaraz po nim jest cudowne End of All Days, to zdecydowanie mój numer jeden. Następny utwór to bardzo oryginalny Pyres of Varanasi, który jest mieszanką indyjskich klimatów i elektroniki. Kolejne kawałki: spokojny i trochę ubogi tekstowo Bright Lights nie przypadł mi zbytnio do gustu, lubię natomiast energetyzujący Do or Die, ma świetny początek. Ostatnie utwory z płyty mniej mi się podobają. Convergence jest w całości instrumentalny i zagrany jakby na jedną nutę, przez co jest nudny. Northern Lights to bardzo mroczny kawałek i jest zapowiedzią końcowego Depuis Le Début, który składa się z trzech części: najpierw złowieszczy głos śpiewa "There will be blood", potem pojawia się motyw jak z Pyres of Varanasi, a na końcu pozytywka gra motyw z "Jeziora łabędziego" Czajkowskiego. Ostatnie dźwięki przypominają kołysankę.

Wyłączam płytę. Ale mam ochotę włączyć ją raz jeszcze. Bo mimo zmian, to dobra płyta, która po jakimś czasie się obroni. Jestem ciekawa jak będzie brzmieć na koncertach i w wersji akustycznej. Bo Marsi bardzo dużo koncertują. Dlatego też w tych piosenkach jest dużo zwrotów, typu: "hey", "o-o-o-u-u". Te partie są przeznaczone dla publiczności, która przez to staje się częścią utworu, a jej głos instrumentem.

Nie znam się na recenzjach muzycznych, to pierwsza jaką w życiu napisałam. Powstała pod wpływem chwili, bo chciałam uporządkować myśli. Nie wiem czy ktoś z czytających słucha 30 Seconds to Mars, ale może komuś spodoba się jakaś piosenka. Wystarczy kliknąć na tytuł. Ja tymczasem wracam do czytania książki.

24 maja 2013

W kilku słowach...

... o hiszpańskich produkcjach.



Ten film ostatecznie przekonał mnie, że historie opowiadane przez Guillermo del Toro są kompletnie nie dla mnie. Oglądając go cały czas przychodził mi na myśl Labirynt fauna. Oba filmy są do siebie trochę podobne. Fabuła dotyczy dziecięcego bohatera, który jest zwykle mądrzejszy od otaczających go dorosłych, oni sami zaś albo są podli albo zajęci własnymi sprawami, a kraj jest ogarnięty jakąś wojną. W Kręgosłupie diabła jest świat duchów, który chce zemsty za wyrządzone za życia krzywdy. Akcja dzieje się w sierocińcu na pustyni, co ma jeszcze bardziej potęgować dramatyzm sytuacji.
Po obejrzeniu nie mam żadnych refleksji, są tylko chaotyczne myśli dotyczące kilku dobrych scen. Estetyka w jakiej lubuje się reżyser mi się nie podoba i nie czułam się też specjalnie przerażona. Nie chcę do niego więcej wracać.




Na czwartym piętrze szpitala mieści się oddział onkologiczny, gdzie przebywają mali pacjenci ze zdiagnozowanym rakiem kości. Pacjenci poruszający się na wózkach, będący w czasie chemioterapii, przed lub po amputacji kończyn. Głównymi bohaterami filmu są czterej chłopcy: Miguel Ángel, Izan, Dani i Jorge, którzy wprowadzają widza w ich codzienne, szpitalne życie. I nie jest to wcale życie nudne. Sami o sobie mówią, że "nie są kalekami, ale karatekami". Mimo trudnej sytuacji zachowują się tak, jak ich wiek przystało. Robią głupie żarty lekarzom i pielęgniarkom (scena ze zdjęciem rentgenowskim - rewelacja), wymieniają się potajemnie posiłkami, organizują wyścigi na wózkach, wymykają się w nocy na schadzki i opalają się na dachu szpitala. To jest ich sposób na namiastkę normalności, bo nie wiedzą, co przyniesie kolejny dzień, ile jeszcze cierpienia będą musieli znieść. To co mi się podoba w tym filmie, to świetne wyważenie elementów dramatu i komedii. Nie ma tu moralizatorstwa, patosu czy drwiny. Ten film ma nas skłonić do refleksji, pokazać nam, że nawet gdy człowieka dotyka cierpienie, to warto spróbować poszukać chociaż małej dawki optymizmu. To jeden z tych filmów, które warto nadrobić.




Ten film mnie zaskoczył. Po pierwsze dlatego, że idzie całkiem w innym kierunku niż wskazuje opis, a po drugie zostawia sporo pytań, na które widz sam musi sobie odpowiedzieć. Laura została porwana i zamknięta w jakimś dużym pomieszczeniu. Ogląda film, na którym jej oprawca - Ramon przyznaje się zabicia kobiety. Potem Ramon proponuje jej grę w słowa. Jeśli wygra to będzie wolna, a jak przegra to straci oko. Laura się zgadza, a potem robi błąd... Nie ma tu jednak rozlewu krwi, jak można by przypuszczać. Okazuje się, że cała sytuacja jest specjalnie zaaranżowana, bo Ramon zna Laurę. Dość dobrze... Im dalej ogląda się ten film, tym więcej pojawia się pytań. Sytuacja co chwilę się zmienia, nie wiadomo co jest prawdą, a co kłamstwem. Sceny w pomieszczeniu są przemieszane z akcją policji, która szuka Laury i przesłuchuje Ramona, jako głównego podejrzanego. Tak więc widz dowiaduje się, że scena porwania zdarzyła się dużo wcześniej i o niej opowiada Ramon śledczym. Tyle że ciągle coś się nie zgadza. Film kończy się w dość szokujący sposób i ciężko taki finał przewidzieć. Myślę, że warto ten film zobaczyć, ale jest to seans na raz.



Diego jest lekarzem pracującym w szpitalu, który ma niesprecyzowane wewnętrzne rozterki i ogólnie mało angażuje się w sprawy swoich pacjentów. Z tego właśnie powodu zostaje nieprzypadkowo postrzelony, by móc to zmienić. Otrzymuje dar. Niestety wiążą się z tym konsekwencje, które ciężko będzie mu zaakceptować... Ciekawy film. Trochę zaplątany, ale powoli spirala wydarzeń się rozkręca, tworząc spójną całość. Wszyscy bohaterowie filmu są ze sobą w jakiś sposób powiązani, choć nie wszyscy się znają. Niektórzy zarzucają filmowi przewidywalność. Trochę mnie to dziwni, bo skoro dowiadujemy się jakie są konsekwencje tego daru, to wiadomo jaki los może spotkać głównego bohatera. Bo ma on wybór - pytanie tylko, co zrobi. Jego decyzja zmieni życie wielu osobom. W czasie oglądania kilka rzeczy mi się nie podobało, ale są to zbyt duże szczegóły, by o nich pisać. Najbardziej podobała mi się koniec filmu - opowiedziany bez słów, bez wyjaśnienia, jakby pozostawiony w kwestii widza.

Źródło zdjęć: www. filmweb.pl

12 maja 2013

"Ciemniejsza strona Greya" E.L. James

www.empik.com
Drugą część grafomańskiego fenomenu przeczytałam głównie dla wychwycenia błędów. To było o wiele ciekawsze niż cała fabuła, a raczej jej skrawki. Jak na literaturę erotyczną, pani Leonard ma tendencję do zanudzania i wkurzania czytelnika. Niby jest kreatywna w wymyślaniu scen łóżkowych, ale nie potrafi pisać dialogów i opisów bez powtórzeń co kilka stron. Zamiast fascynacji pojawia irytacja, że czyta się w kółko to samo. Przynajmniej ja tak mam, bo czytając książkę  nie jestem w stanie wyłączyć intelektu.

Tym razem po lekturze miałam w Wordzie ponad trzynaście stron wyłapanych dziwnych zdań i błędów. A nie uwzględniłam tego, co się powtarzało z części pierwszej. Błędy stylistyczne, literówki, słabe porównania, nagminne używanie tych samych słów, zwrotów, zdań. Plus wtrącenia wewnętrznej bogini, które w powodzeniem można pominąć/wyciąć/zapomnieć, bo nie wnoszą nic do fabuły. Kompletny brak finezji w pisaniu. Selekcja zajęła mi trochę czasu, bo ciężko było wybrać przykłady. Najchętniej przytoczyłabym wszystkie, ale nie mam na to miejsca i pewnie czytanie ich byłoby jeszcze bardziej nudne niż obecnie :) Dodałam jedynie własne komentarze i czasem zostawiałam pytania, na które może kiedyś uzyskam odpowiedzi. Więc jeśli macie dłuższą chwilę, to zapraszam do czytania.

P.S. Próbowałam zmniejszyć czcionkę, ale wtedy czyta się jeszcze gorzej.

Zdania złe, źle zbudowane i według mnie nadające się do kosza
A niech mnie. Szczęka opada mi chyba aż na podłogę. - jedno z najgorszych porównań w tej książce. Nie wiem jaki było w oryginale, ale chętnie się dowiem.

Och, jest w nastroju überapodyktycznym, ale ja się tym nie przejmuję. - Oprócz tego, że zdanie koszmarnie brzmi, to na dodatek zawiera wyraz, który widzę pierwszy raz na oczy. Czy ktoś wie, co oznacza słowo überapodyktyczny? Pytałam już wujka Google, ale nie potrafił pomóc.

Myślę, że postarzałam się w tym czasie o dziesięć lat. - Dodajmy, że ten czas to kilka minut, gdy Christian przeszukuje mieszkanie, a Ana z ochroniarzem czeka w holu. To jest tak mało dramatyczna scena, że myśli Any są po prostu śmieszne.

– Proszę iść do łazienki i nasikać do tego. – Zachowuje się dziś bardzo służbowo. Nie ma to tamto. Nie bardzo zrozumiem, po co zostało dodane to ostatnie zdanie. Nie ma ono sensu i nie wnosi żadnych informacji.

Widząc nas oboje w lustrze – jego piękno, jego nagość i siebie z ręcznikiem na głowie – dochodzę do wniosku, że to widok niemal biblijny, jak z barokowego obrazu przedstawiającego scenę ze Starego Testamentu. - Kiedy przeczytałam to zdanie koleżance, zapytała mnie, co ma widok biblijny do barkowego obrazu ze sceną ze Starego Testamentu? Odpowiedziałam, że nie wiem, bo dla mnie to zdanie jest mało zrozumiałe.

Christian mruga i daje mu nieprzyzwoicie wysoki napiwek. Marszczę brwi. No bo naprawdę. Kolejne idiotyczne wtrącenie na koniec myśli. Albo autorka zapomniała coś dopisać.

– Cały dzień mógłbym na ciebie patrzeć, Anastasio. [...] Cały dzień mogłabym na niego patrzeć. - A ja cały dzień mogłabym wyłapywać powtórzenia, których używa autorka.

Gdy tak rozmawiamy, uderza mnie myśl, że z Aleca zmienił się w Angela, i to w takim krótkim czasie. - Tu jest chyba nawiązanie do jakiejś symboliki, co nie zmienia faktu, że dziwnie brzmi.

– To kajuta główna. – Patrzy na mnie płonącymi oczami. – Jesteś tu pierwszą dziewczyną, z wyjątkiem rodziny. Ale one się nie liczą. - Błąd stylistyczny, aż razi w oczy. Nie bardzo wiem czy chodzi o to, że nie było na łodzi żadnej innej dziewczyny, czy może Christian żałuje że w ogóle wspomniał o innych kobietach.

Siada, tym razem po turecku, i ja też, tyle że z wyciągniętymi nogami. - Pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy po przeczytaniu tego zdania, to jak można usiąść po turecku z wyciągniętymi nogami.

O cholera. Bardzo Wściekły Christian dał głos. Ludzie nas usłyszą. - Uśmiałam się przy tym zdaniu, bo w większości wypowiedzi Christian warczy i mruczy, więc w końcu dał głos.

Zostawiła nas, abyśmy mogli się raczyć owocami jej pracy, a ja czuję się znacznie lepiej, gdy w końcu coś wrzucam na ruszt. - to zdanie ma nas poinformować, że Ana lubi gotować, a nie być obsługiwana przez kucharkę. Nie wiem po co to słówko w końcu. Całkiem zmienia sens zdania.

– Co ty, do kurwy nędzy, robisz, Elena? – pyta lodowato.
– To nie jest kobieta dla ciebie, Christianie – szepcze.
– Co takiego?! – woła. Obie nas ogarnia przestrach. Nie widzę jego twarzy, ale cały jest spięty i emanuje z niego wrogość. – Skąd ty, do cholery, możesz wiedzieć, co jest dla mnie dobre?
– Masz potrzeby, Christianie – mówi łagodnie.
– Już ci mówiłem, to nie twój zasmarkany interes! – ryczy. 
Przytoczyłam tu cały dialog, po to by pokazać, że ostatnie przekleństwo kompletnie pasuje do całości. Mam rację?

Obdarza mnie ciepłym, ojcowskim uśmiechem, dzięki któremu czuję się bezpiecznie.- Kochanek, z którym Ana uprawia seks kilka razy dziennie, obdarza ją ojcowskim uśmiechem? Serio?

Umarłam dziś tysiąc razy. – Jej cichy głos odbija się echem w mojej głowie. - Nie znoszę tego stwierdzenia, że umrę za każdym razem, jak je przeczytam...

Tłumaczenie nazwiska Grey
Spolszczenie pojawia się głównie, gdy Ana komentuje zachowanie Christiana, tak jakby chciała te myśli wyróżnić.  Dość dziwnie to jednak wygląda. Być może w oryginale była to gra słów, w polskim języku jednak się nie sprawdza.
- Z mojej twarzy odpływa cała krew i czuję ściskanie w żołądku. Szary!
- Wpatruję się w niego... to nie do wiary. Szary do potęgi entej. (tutaj tego nie skomentuję...)
- Marszczę brwi, patrząc na Szarego. Co go gryzie?
- „Nie żołądkuj się tak, Grey”. Moja podświadomość mierzy mnie spojrzeniem znad okularów. Całym sercem przyznaje rację Szaremu.
- Rzucam spojrzenie Szaremu. Je i jednocześnie mnie obserwuje. Głód, pragnienie, niepokój – to wszystko w jednym gorącym spojrzeniu.
- To dla niego religia i jak zelota wysłuchuje uważnie wyuczonej gadki sprzedawcy. Szaremu rzeczywiście na tym zależy.

Nadal brak słownika synonimów
Oglądam się niepewnie na Jacka, który wyszedł za mną. Z konsternacją patrzy na audi.
Kręcę głową, równie skonsternowana.
Jak widać nadal bohaterowie książki nie mogą być zakłopotani. Muszą być w stanie konsternacji.

[...] mówi chmurnie, odwraca się i wychodzi, zostawiając mnie skonsternowaną w swojej sypialni. -  Mówić chmurnie... to takie trudne do wyobrażenia, że czuję się bardzo zakłopotana. Czy nie można było użyć słowa: groźnie, ponuro lub posępnie?

– Jesteś. Moja – warczy, podkreślając każde słowo. - Jak zwykle Christian warczy i mruczy. I często jego wypowiedzi cechuje sardoniczność, ale po pierwszej części wszyscy wiedzą, co to oznacza. Czasem też burczy, ale to słówko to domena Any, więc nie odbierajmy jej tego.

Nastraszyłeś mnie.
– Czyżby? – Christian marszczy brwi. 
Skoro było już idiotyczne natrząsa się ze mnie, to  koniecznie trzeba użyć słówka "nastraszyć". Bo po co pisać, że się kogoś przestraszyło lub wystraszyło?

– Tak – kwilę zżerana pożądaniem.
– Nie – kwilę.
Mam problem ze słówkiem kwilić. Bo w zależności gdzie się pojawia, może oznaczać coś innego.
Jako: ćwierkać, klaskać, kwilić, szczebiotać, świergolić. Lub jako: chlipać, kwilić, łkać, szlochać.
Mogłabym więc pomyśleć: – Tak – szlocham zżerana pożądaniem. ;p

Christian zawsze utyskuje na moje T-shirty. - A nie można było przetłumaczyć: Christian zawsze narzeka na moje koszulki? To byłoby chyba za proste...

Czy gdyby nie był taki... poraniony, pragnąłby mnie? 
To wszystko jest takie popieprzone. - Ach, Ana oraz jej mało oryginalne i często powtarzające się przymiotniki opisujące różne sytuacje. Te bardzo często używane zamiennie.

Do kogo skierowane są te zdania i pytania?
- Unoszę rękę i przytrzymuję jego dłoń, po czym zaczynam ssać – widzicie, jak chcę, to potrafię być posłuszna.
- Christian nie jest religijny, prawda?
- Och. W moje serce wlewa się kropla nadziei. Może jednak będzie dobrze. Chcę, żeby tak było. Prawda?
- No wiecie co! Ale nim zdążę wywrócić oczami, z siłą rozpędzonej ciężarówki uderza mnie pewna myśl.
– Irracjonalnie? – warczy. – Albo pojedzie z tobą, albo zachowam się naprawdę irracjonalnie i cię tu zatrzymam. Nie zrobi tego, prawda?
W tej części pojawia się coraz więcej bezpośrednich zwrotów do czytelnika, mimo że książka nie ma takiej formy narracyjnej. Używane są wyrywkowo, bez żadnego sensownego kontekstu. To utwierdza mnie w przekonaniu, że tekst nie został dobrze przeredagowany. Przecież bohaterka opisuje wydarzenia, a nie opowiada je czytelnikowi.

Przekleństwa
Jak na hipnotyczną, uzależniającą, iskrzącą seksem i erotyką powieść, na punkcie której szaleją kobiety, przekleństwa kuleją. A raczej polskie tłumaczenie.
Nadal są: Jasny gwint! Kurde. Kuźwa. Rany Julek! Do diaska! Pojawia się też Święty Barnabo, na szczęście tylko raz. Nie ma za to wnerwiającej kurki wodnej. Mamy za to nowe, złagodzone wulgaryzmy: O w mordę oraz W mordę jeża. I jest najmocniejsze przekleństwo, jakiego brakowało, czyli kurwa. Pojawia się dopiero około 30 strony, ale powtarzane jest kilkakrotnie, ale czasem w towarzystwie mało reprezentatywnych kolegów (patrz dialog kilka akapitów wyżej, gdzie jest słówko zasmarkany).

Podświadomość/ wewnętrzna bogini
W tym przypadku autorka (bo pisarką jej nigdy nie nazwę) przeszła samą siebie. To, co mówi wewnętrzna bogini to zadania kompletnie bez sensu, nie wnoszące nic do fabuły i okropnie napisane. Jej wypowiedzi było w tej części znacznie więcej. Wyłapałam wszystkie, ale powstrzymałam się od tego, by je tu zmieścić. 
- Och, pewnie ja – gdzieś w głębi mojej psychiki wewnętrzna bogini budzi się, przeciąga sennie i uśmiecha. Dość długo musiała spać. (5 dni, czyli wieczność)
- Moja wewnętrzna bogini mruży oczy i wygląda na zadumaną. Musimy nad tym popracować.
- Moja wewnętrzna bogini wykonuje potrójnego aksla, a mnie nagle zasycha w ustach.
- Pojawia się znajome przyciąganie, wszystkie moje synapsy popychają mnie w jego stronę, moja wewnętrzna bogini kręci zmysłowo biodrami.
- Moja podświadomość patrzy na mnie wzrokiem pozbawionym wyrazu, choć raz nie wyskakując ze swoimi mądrościami.
- Moja podświadomość w końcu postanowiła dać o sobie znać: ma minę jak z Krzyku Muncha 
- „Nie!” – krzyczy moja podświadomość z tą swoją miną z Krzyku. Uznaję, że ma najpewniej rację. (Mina z Krzyku dość często się powtarza, nawet w części pierwszej. Dla niewtajemniczonych, chodzi o ten obraz)
- „To jednak oznacza wydanie na ciebie kolejnych pieniędzy” – warczy moja podświadomość. Ale ja nie chcę tańczyć z nikim innym – nie mogę tańczyć z nikim innym – no i nie wydaje pieniędzy na mnie, lecz przeznacza je na cel dobroczynny. „Tak jak te dwadzieścia cztery tysiące, które już zdążył wydać?” – moja podświadomość złośliwie mruży oczy. Cholera. Zapomniałam o swojej impulsywnej ofercie. Czemu ja się ze sobą kłócę?  (nikt tego nie wie, Ano)
- Moja wewnętrzna bogini budzi się nagle. Jest potargana i wygląda, jakby dopiero co uprawiała seks.
- Moja podświadomość pada na ziemię targana torsjami, i mnie też się robi niedobrze. Nie!
- Czerwienię się, a moja wewnętrzna bogini wkłada w zęby różę i zaczyna tańczyć tango.
- Moja podświadomość pada zemdlona i chyba nawet sole trzeźwiące by jej nie pomogły.
- Moja podświadomość wraca chwiejnym krokiem na swój fotel i ogarnięta uczuciem ulgi pociąga - spory łyk ginu.
- Moja podświadomość rzuciła na podłogę pustą butelkę ginu, a teraz prostuje się na fotelu i patrzy na mnie z przerażeniem.
- Moja podświadomość jest niespokojna. „Czy ty tupiesz nogą? Natychmiast przestań!” szepczę, a moja wewnętrzna bogini wykonuje skok o tyczce i ląduje na swoim szezlongu.
- „Wyjdź za tego miliardera, Ana!” Moja podświadomość znowu ironizuje. Ignoruję ją, tę pazerną zdzirę.
- „No ale to jest Christian”. Wróciła moja ironiczna podświadomość w kardiganie i z nobliwą torebką przewieszoną przez zgięte ramię.
- Moja wewnętrzna bogini wystrojona jest w różowe pierzaste boa, brylanty i seksowne szpilki.
- Moja wewnętrzna bogini, mająca na sobie wyłącznie majtki, klęczy i składa ręce jak do modlitwy.
- Moja wewnętrzna bogini, po wieczorze spędzonym na szlochaniu w kącie, pojawia się z czerwoną szminką na ustach.

Słowa/zdania głównie związane z seksem
Wiele się w tym temacie powtarza, autorka najwyraźniej wyczerpała swój własny limit na wymyślanie nowych opisów. Tak więc Ana przed i seksie zwykle zadaje sobie pytanie: Dlaczego ten mężczyzna ma na mnie aż taki wpływ? Niestety, nikt nie jest w stanie odpowiedzieć. Christian natomiast ma w zwyczaju mówić: Proszę, nie przygryzaj wargi, Anastasio – szepcze. - Wiesz, jak to na mnie działa – mruczy. Wszyscy wiemy, jak to zwykle się kończy - o tym jest cała książka. 

No już, mała – dyszy. – Dojdź dla mnie.
Jego słowa mnie gubią. Eksploduję, spektakularnie, oszałamiająco, i rozpadam się na milion
kawałków, a on sekundę później podąża za mną, wołając moje imię.
– Ana! O kurwa, Ana! – Opada na mnie i chowa twarz na mojej szyi.
W tym jednym dialogu można streścić wszystkie łóżkowe ekscesy bohaterów. Tak sobie myślę, że skoro Ana bardzo często się rozpada na te kawałki (lub jej ciało - to zależy jak opisuje swoje uczucia),  to jak jej się udaje pozbierać do następnego razu, który zwykle jest w małym odstępie czasu, a jest taka chuda (schudła 3 kg w 5 dni!)? Bo Christian jakoś nie ma takich problemów, jedynie Włosy ma potargane, jak to po seksie.

Jest za to nowość. A dokładnie nowy wyraz opisujący ekscytację Any przed seksualnym uniesieniem.
- O mamusiu... Moje mięśnie zaciskają się wokół niego coraz szybciej. 
- Jęczę. O mamusiu. Jest zimno, jest gorąco, jest podniecająco.
- O mamusiu... tutaj?
Bardzo mało trafne, czyż nie? Jednak hitem jest to zdanie: Rany koguta, to doznanie jest niesamowite, dziwne, przyjemne, bolesne... och. - Cóż za seksualne słówko, nie ma co :)

Inspiracja Zmierzchem S. Meyer
Tym razem rzuciły mi się w oczy całe fragmenty dialogów, które są inspiracją ze Zmierzchu. Oczywiście nie są słowo w słowo takie same, ale czytając łatwo się zorientować, że to nie jest pomysł pani Leonard.

Ciebie potrzebuję bardziej, Anastasio. Przez tych kilka ostatnich dni czułem się jak w piekle. Instynkt mówi mi, żebym pozwolił ci odejść, mówi mi, że nie zasługuję na ciebie. – Milknie na chwilę. – Te zdjęcia, które zrobił chłopak... Widzę, jak on ciebie postrzega. Wyglądasz beztrosko i ślicznie. Nie znaczy to, że teraz nie jesteś śliczna, ale widzę twój ból. Okropna jest świadomość, że to przeze mnie tak się czujesz. Ale jestem egoistą. Pragnąłem cię od chwili, gdy wpadłaś do mojego gabinetu. Jesteś wyjątkowa, uczciwa, ciepła, silna, dowcipna, zniewalająco niewinna... lista nie ma końca. Podziwiam cię. Pragnę cię, a myśl, że mógłby mieć cię ktoś inny, jest niczym nóż, obracający się w ranie mojej mrocznej duszy.
W ustach mi zasycha. Jeśli to nie jest deklaracja miłości, to nie wiem, jak miałaby takowa wyglądać.
Pęka tama i z moich ust wypływa potok słów:
– Christianie, dlaczego uważasz, że masz mroczną duszę? Ja bym tego nie powiedziała. Może smutną, ale jesteś dobrym człowiekiem. Ja to widzę... jesteś hojny, życzliwy i nigdy mnie nie okłamałeś. Wiesz, w sobotę doznałam szoku. To mnie obudziło. Dotarło do mnie, że nie potrafię być kobietą, jakiej pragniesz. Potem, kiedy już wyszłam, uświadomiłam sobie, że ból fizyczny, który mi sprawiałeś, nie był taki zły jak ból towarzyszący świadomości, że cię straciłam. Naprawdę chcę sprawiać ci przyjemność, ale to trudne.

– Nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo jesteś atrakcyjna, prawda?
Oblewam się rumieńcem. Czemu tak się tego uczepił?
– Ci wszyscy chłopcy, którzy się za tobą uganiają, nic ci to nie mówi?
– Chłopcy? Jacy chłopcy?
– Mam ci podać listę? – Christian marszczy brwi. – Fotograf za tobą szaleje, ten chłopak w sklepie, w którym pracowałaś, starszy brat twojej współlokatorki. Twój szef – dodaje gorzko.
– Och, Christianie, to wcale nie jest prawda.
– Uwierz mi. Pragną cię. Pragną tego, co należy do mnie. – Przyciąga mnie do siebie, a ja opieram ręce na jego ramionach i przyglądam mu się z rozbawieniem. – Do mnie – powtarza, a oczy płoną mu zaborczo.

Przy ubieraniu zwracam uwagę, że poruszamy się z synchronizacją charakterystyczną dla dwojga ludzi, którzy dobrze się znają, są świadomi swojej obecności i co jakiś czas obdarzają się nieśmiałym uśmiechem czy słodkim dotykiem. I dociera do mnie, że dla niego to taka sama nowość jak dla mnie.

Irytujące słówka zachwytu
Tak na zakończenie. Każde emocje muszą być odpowiednio zaakcentowane. Szkoda, że w całej książce służą temu te dwa słówka.

- O rany... – mówię z zachwytem. 
- Czuję ściskanie wszędzie poniżej talii. Potrafi mnie uwieść samym głosem, ale to spojrzenie, ten głodny, spragniony wzrok – o rety.
- O rety – pragnienie, pożądanie, elektryczność.
- O rety. Spotkam się z Christianem. Po raz pierwszy od pięciu dni notuję minimalną poprawę nastroju. I zastanawiam się, co u niego. Tęskni za mną?
- Rumieniąc się, zerkam na Christiana. Co on mi próbuje powiedzieć? Już dawno temu rzucił na mnie czar. O rety... Wyraz jego twarzy uległ zmianie, zniknęła wesołość, oczy ma teraz pociemniałe, skupione.

To tyle z tej części. Mam nadzieję, że wytrwaliście do końca i nie przeraża Was mój język wypowiedzi. Redaktor nadal na urlopie. Jak zwykle coś tam jeszcze pozmieniam, bo za jakiś czas zobaczę własne błędy.


Wszystkie cytaty za: E.L. James "Ciemniejsza strona Greya", przeł. Monika Wiśniewska, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2012.