22 stycznia 2013

You've Got Mail!

Drogi przyjacielu... Lubię zaczynać te listy tak, jakbyśmy przed chwilą przerwali rozmowę. Jak starzy kumple, a nie ludzie, którzy nawet nie znają swoich imion, bo poznali się przypadkiem na czacie. Ciekawe, co dziś napiszesz. Włączam komputer. Niecierpliwie czekam na połączenie. Wchodzę do sieci i wstrzymuję oddech, aż usłyszę te dwa słowa „Masz Wiadomość”... Nic już nie słyszę, nawet ulicznego gwaru, tylko bicie własnego serca. Mam wiadomość. Od ciebie. 


To jedna z nielicznych komedii romantycznych, do których lubię wracać. Oglądam ten film za każdym razem jak pojawi się w telewizji. Bo Masz wiadomość ma swój niepowtarzalny urok, którego na próżno szukać w dzisiejszych produkcjach.

Kathleen nie mogąca się doczekać aż Frank wyjdzie, by mogła sprawdzić e-mail.
Joe słuchający gadaniny spóźnionej Patricii.
Bukiet zatemperowanych ołówków.
Magiczny "Sklep na rogu ulicy", który przypomina czasy dzieciństwa.
Wielkie księgarnie, które kuszą rabatami i których półki uginają się od towaru. 
Nowy Jork jako jeden z bohaterów.
Internetowe rozmowy o rzeczach mało istotnych.
Teksty z Ojca Chrzestnego.
Fenomen maszyny do pisania.
Wzajemne zgryźliwości.
Książki, kawa i rozmowy o drobiazgach. 


Ciekawe postaci, niebanalne dialogi. Optymizm i nieprzesłodzona miłość. 

Czasami zastanawiam się nad swoim losem. Wiodę skromne życie. Niepozbawione wartości, ale skromne. I pytam sama siebie czy żyję tak, bo lubię, czy może brak mi odwagi? To, co widzę wokół, przypomina mi przeczytane kiedyś książki, a może powinno być odwrotnie? Nie musisz odpowiadać. Chce tylko wysłać to kosmiczne pytanie w przestrzeń. A więc dobranoc, pustko.

16 stycznia 2013

"Książki są jak towarzystwo, które sobie człowiek dobiera"

Tytuł: cytat z Monteskiusza

Najbliższy czas spędzę z poniższymi tytułami.


"Słownik poprawnej polszczyzny" pod red. Danieli Podlawskiej i Magdaleny Świątek-Brzezińskiej - Słownik pojawił się na liście, bo stwierdziłam, że będzie teraz w dość częstym użyciu. Już kilka razy zapytano mnie, dlaczego nie mówię poprawnie/dokładnie po polsku z racji wykształcenia, tylko tak jak wszyscy. Żeby więc wkurzyć niektórych, postanowiłam być hiperpoprawna. Może wtedy zrozumieją różnicę między językiem mówionym a pisanym.

"Spalony tost, czyli życiowa filozofia Teri" Teri Hatcher - tę książkę kupiłam za 2,99 zł w supermarkecie. Nigdy nie oglądałam serialu Gotowych na wszystko, nie jestem fanką tej aktorki, więc to był chyba najbardziej dziwny zakup w moim życiu.

"Dom na placu Waszyngtona" Henry James - książka z serii: znalezione przypadkiem w domu i zapewne kupione przez mamę.

"W pierścieniu ognia" Suzanne Collins - kontynuacja Igrzysk śmierci. Ciekawe czy równie dobra i wciągająca, co część pierwsza.

"Trafny wybór" J. K. Rowling - wiedziałam, że będę posiadaczką tej książki jak tylko dowiedziałam się, że pani Rowling zabrała się do pisania czegoś innego. Mój własny egzemplarz znalazłam pod choinką. Nie mam żadnych oczekiwań wobec autorki, jestem po prostu ciekawa jej innego stylu pisania.

"Po zmierzchu" Haruki Murakami - po dość długiej przerwie wracam do poznawania literackiego świata Murakamiego.

"Nędznicy. Tom 1" Victor Hugo - w czasach szkolnych dwa razy próbowałam przeczytać tę powieść i za każdym razem kapitulowałam.

Obecnie w czytaniu:

"Dopóki mamy twarze" C.S. Lewis - ostatnia powieść autora, prawie nieznana w Polsce. Znalałam ją przypadkiem w bibliotece. I nie spodziewałam się, że mnie wciągnie. Ciężko jednak będzie mi ją zrecenzować.

"Pięćdziesiąt twarzy Greya" Erika Leonard - nie przyczyniłam się do podniesienia sprzedaży, bo mam egzemplarz internetowy. Sięgnęłam po nią głównie z ciekawości. Na razie ją tylko przejrzałam, ale już wiem, że będzie to moja walka z językiem literackim. Mam już nawet pomysł na recenzję, bez odwoływania się do fabuły.

13 stycznia 2013

Sekrety dziennika



Barbara (Judi Dench) jest surową nauczycielką historii, która żelazną ręką trzyma swoich uczniów w podupadającej szkole średniej w Londynie. Barbara mieszka sama, nie ma przyjaciół, a rodzinę odwiedza raz na rok. Jej świat ulega zmianie, kiedy w szkole pojawia się nowa nauczycielka plastyki. Sheba Hart (Cate Blanchett) wydaje się bratnią duszą i lojalną przyjaciółką, jakiej Barbara szukała od zawsze. Kiedy Barbara odkrywa, że Sheba ma romans z jednym ze swoich uczniów, ich przyjacielskie relacje przyjmują dramatyczny obrót...

Byłam przekonana, że ten film będzie opowiadał o związku nauczycielki z piętnastoletnim uczniem i o konsekwencjach jakie będą musieli ponieść, gdy zostaną przyłapani. Jednak ta sytuacja jest tylko pretekstem do pokazania skomplikowanej, jak się potem okaże, relacji między bohaterkami. Relacji, która  dla jednej z nich jest obsesją, a dla drugiej powolną torturą.


Kontrast miedzy dwiema bohaterkami jest ogromny. Są jak przeciwieństwa, które się przyciągają. Sheba ma starszego męża i dwoje dzieci, w tym jedno niepełnosprawne. Jest artystyczną duszą, z mnóstwem pomysłów, przyciąga do siebie ludzi. Po wielu latach opieki nad synem, postanowiła pójść do pracy.  Natomiast Barbara nie wyszła za mąż, skupiła na szkolnej karierze i wkrótce czeka ją emerytura. Mieszka z kotem, a wolny czas poświęca pisaniu. Wydaje się chłodna i niedostępna, ale tak naprawdę tęskni za kimś bliskim. Tę pustkę wypełnia obserwując innych. Mimo tego, nawiązuje się między nimi nic porozumienia.


Całą historię poznajemy z perspektywy Barbary, ona jest narratorką filmu. Wszystkie swoje przemyślenia i obserwacje bardzo skrupulatnie zapisuje w dzienniku. Kiedy Sheba nawiązuje romans, wychodzi na jaw prawdziwy charakter Barbary. Postanawia wykorzystać zaistniałą sytuację, by "przywiązać" do siebie koleżankę. Świetnie zadaje sobie sprawę, że wystarczy jej jedno słowo i zniszczy życie kilku osobom. A taka władza jest uzależniająca, zwłaszcza dla starej panny. Nie jest już sama, ma wpływ na innych i nikt nie może się od niej odwrócić. Widzimy jej dominującą osobowość, dyktowanie warunków, nachalne zachowanie. Barbara powoli i stanowczo zaciska pętlę na szyi Sheby, co doprowadza do mało przyjemnych sytuacji.

Największym atutem tego filmu jest aktorstwo. Judi Dench jest wręcz genialna. W bardzo wiarygodny sposób pokazała swoją bohaterkę, która ma wiele życiowych masek. W szkole jest surowa, w kontaktach z Shebą bardzo miła i życzliwa, a sama w domu zgorzkniała i smutna. Jej znakomita gra sprawiła, że nie widziałam aktorki, ale prawdziwą postać, jakby Judi była taka na co dzień. Świetna jest też Cate Blanchett w roli kobiety, której czegoś w życiu brakuje. Chce być dobrą żoną i matką, ale jednocześnie czuje deficyt jakiś emocji i przeżyć, przez co traci rozsądek i ulega namowom nastolatka. Cate pokazała zagubienie, ale także dała siłę swojej postaci, gdy przyszła chwila na konfrontację z Barbarą.

To jeden z najlepszych dramatów, jakie miałam okazję ostatnio zobaczyć. Prawdziwa uczta dla kinomana. Warto obejrzeć.
Ocena: 8/10

Źródło zdjęć: Filmweb.pl

5 stycznia 2013

Kolejny powrót do Śródziemia



Nie chciałam pisać tej recenzji. Jeśli chodzi o świat Tolkiena, to nie mam w zwyczaju dzielić się na forum swoimi przemyśleniami. Uwielbiam wszystko, co związane jest z filmowym Śródziemiem, wszystkie opinie na jego temat czytam z ciekawością, ale ich nie komentuję. Swoje wiem i to mi wystarczy. Do powstania tego tekstu namówił mnie brat, twierdząc że skoro zabrał mnie do kina, to powinien pozostać po tym ślad. 

To jak ocenia się Hobbita zależy głównie od wiedzy dotyczącej twórczości Tolkiena i fantasy jako gatunku literackiego i filmowego. Wywnioskowałam to czytając oficjalne recenzje na portalach i blogach. Inaczej ocenią film osoby, które znają Śródziemie tylko z ekranu, inaczej ci, co próbują oswoić się z fantasy, a inaczej tacy pasjonaci jak ja.  

Mam taką własną teorię, że poprzez ten film, reżyser chciał nam przybliżyć jeszcze bardziej świat wymyślony przez Tolkiena. Hobbit idealnie nadaje się do wprowadzenia dodatkowych informacji. Książka ma prawie 300 stron i bardzo łatwo ją zaadaptować. Wystarczyłby jeden ponad dwugodzinny film, ewentualnie dwa. Jednak twórcy poszli o krok dalej. Rozszerzyli i trochę pozmieniali fabułę, dodali retrospekcje i nowych bohaterów oraz zrobili nawiązanie do Władcy Pierścieni. Stąd podział na trzy części, każdy trwający powyżej dwóch godzin. 

Świat Śródziemia jest ogromny. To nie tylko filmy, które wyreżyserował Peter Jackson. To niemal cała twórczość Tolkiena. Dlaczego więc nie pokazać trochę więcej w najnowszym filmie i jeszcze bardziej przybliżyć ten świat widzom? Niestety, to spodobało się tylko wiernym fanom, reszta kręciła nosem.


Hobbit: Niezwykła podróż to rewelacyjny film, który jeszcze bardziej przybliża Śródziemie. Film obejmuje siedem pierwszych rozdziałów książki. Główna wyprawa została wzbogacona o prolog łączący film z Drużyną Pierścienia, kilka wątków, retrospekcji i nowe postaci. Nie jest to bardzo rażące, ponieważ twórcy zachowali ducha powieści. Wszystko zgrabnie się łączy, choć może się wydawać skomplikowane. Sam Bilbo początkowo nie wie co się dzieje, zaskoczony tym, że ma wziąć udział w całej wyprawie.
Główny zarzut to zbyt długa fabuła. Film ma gawędziarski styl, poza tym jest to fantasy, a nie film akcji, gdzie króluje wyścig z czasem. U Tolkiena wyprawa przebiega powoli, przeplatana rozmowami i pieśniami, więc dlaczego film miałby się śpieszyć? Szybkie i wolne fragmenty są przemieszane, co nadaje filmowi płynności. Dlatego mamy długi początek wprowadzający nas w historię, a potem w zależności na jakim etapie jest wyprawa, są szybkie elementy akcji oraz rozmowy z retrospekcjami. I to wszystko z dodatkiem komizmu, który umila seans.


Obsada to jedna z głównych zalet filmu. Powracają na ekran sir Ian McKellen jako Gandalf, Cate Blanchett jako Galadriela, Hugo Weaving jako Elrond oraz Andy Serkis jako Gollum. Ale główne skrzypce gra Martin Freeman jako Bilbo Baggins. Lepszego aktora nie mogli znaleźć. Jego Bilbo jest taki, jaki być powinien: poukładany, spokojny, trochę fajtłapowaty, dowcipny, który w czasie wyprawy odkrywa w sobie spryt i odwagę. Nie potrafię za to jednoznacznie ocenić krasnoludów. Ogólnie mi się podobali, zwłaszcza ich wspólne sceny, ale patrząc na każdego osobno, to kilku mi nie pasowało. Dean O'Gorman jako Fili oraz Aidan Turner jaki Kili nie bardzo wyglądają jak krasnoludy, za wysocy i za przystojni - tak bym to ujęła. Adam Brown jako Ori gdzieś w filmie przepadł.


I jest jeszcze Radagast, postać przez większość uznana za niepotrzebną. Dla mnie jednak wnosi sporo humoru i informacji do filmu. Dlaczego? Radagast co prawda nie pojawia się w książkowym Hobbicie, ale jest tam wspomniany. W którymś z kolejnych filmów na pewno pojawi się Beorn, człowiek, który potrafi przybierać postać wielkiego, czarnego niedźwiedzia. To właśnie on przyjaźnił się z Radagastem - Gandalf o tym mówi. Sam Radagast pojawia się we Władcy Pierścieni. Nie wszyscy wiedzą, że w książkowej trylogii jest informacja, że to on zaobserwował w lesie rosnące w siłę zło, co miało duże znaczenie dla rozwoju fabuły. W Hobbicie jego rola jest podobna, poza tym sceny z jego udziałem są śmieszne. I te jego królicze sanie :)


Gdybym miałam wskazać, które ze scen najbardziej mi się podobały, to wymieniłabym trzy: scena, gdy krasnoludy śpiewają w domu Bilba, scenę potyczki słownej Bilbo - Gollum oraz super szybkie królicze sanie Radagasta. A, jeszcze scena, gdy orły lecą z krasnoludami przez góry - cudowny widok. Jak już jestem przy widokach. Po raz kolejny można się przekonać, że krajobrazy Nowej Zelandii są idealne do pokazania widzom Śródziemia. Na dużym ekranie jest to zjawiskowe. Chciałabym je kiedyś zobaczyć na żywo.

Na zakończenie wspomnę, że jedynym minusem mojego kinowego seansu był dubbing. Borys Szyc jako Gollum, Danuta Stenka jako Galadriela czy Wiktor Zborowski jako Gandalf niezbyt przypadli mi do gustu. Niestety, małe kina nie mają dużego wyboru i format 2D był tylko w takiej wersji, więc musiałam to jakoś przecierpieć. Ale nic. Może wybiorę się kolejny raz.

P.S. Dla tych, którzy nie mogą zrozumieć dlaczego Gandalf pojawia się i znika na ekranie. To jest czarodziej, a czarodzieje zwykle mają mnóstwo spraw na głowie. Pojawiają się wtedy, mają na to ochotę i gdy jest potrzeba.

3 stycznia 2013

Miszmasz # 4

W telegraficznym skrócie.
Noworoczno-urodzinowym.


Witajcie w 2013 roku. Życzę Wam wszystkiego, co najlepsze.

Pierwszy wpis pojawia się dopiero teraz, ponieważ sylwestra spędziłam w towarzystwie grypy żołądkowej i właśnie wróciłam do świata żywych. Nie ma to jak rozrywkowy początek roku :) Przez to nie udało mi się napisać podsumowania, notki o ostatnim seansie filmowym i zapowiedziach, ani też zostawić komentarzy. Postaram się to nadrobić. Mam tylko nadzieję, że ten rok będzie lepszy od poprzedniego, mimo tak felernego początku.


Poza tym dziś mija pierwszy rok bloga. Pomyślałam więc o dobrym towarzystwie :)


Nie mam za bardzo się czym chwalić, mimo to cieszę się, że wytrwałam pierwszy rok. Początkowe  założenia gdzieś w połowie zniknęły, wiele tekstów trafiło do kosza, często brakowało pomysłów lub czasu. Ale pisałam dalej. Dużo mi jeszcze brakuje do poziomu o jakim myślę, także dalej będę pracować nad własnym warsztatem.
Nie zamieszczam żadnych statystyk, bo nie są one aż tak ważne (choć miłe dla oka). Chciałabym jednak podziękować wszystkim czytelnikom: osobom, które obserwują ten blog, tym co komentują oraz tym co tylko tu zaglądają. Jest mi z tego powodu bardzo miło i postaram się Was nie zawieść.
Dziękuję.


3 stycznia, 121 lat temu urodził się J.R.R. Tolkien.
Co za ciekawy zbieg okoliczności :)


Źródło zdjęć: http://weheartit.com/