21 marca 2013

"Pięćdziesiąt twarzy Greya" E. L. James

Dla J.M.L.
www.empik.com
pana mojego wszechświata ;)

"Popycham drzwi i w tym samym momencie potykam się o własne nogi, po czym wpadam do gabinetu głową naprzód. A niech to szlag – ja i moje dwie lewe nogi! Znajduję się na czworakach w progu gabinetu pana Greya, a usłużne ręce pomagają mi wstać. Mam ochotę zapaść się pod ziemię. Ale ze mnie niezdara. Sporo wysiłku muszę włożyć w podniesienie wzroku. Ożeż ty – jest taki młody". 

Założyłam się, że tę książkę przeczytam. Widziałam na co się piszę, ale nie było odwrotu. Dwa dni i jestem po lekturze. Na temat fabuły napisano już chyba wszystko, więc nie mam zamiaru się powtarzać. Jeśli jednak ktoś koniecznie chce się dowiedzieć czegoś o treści, to zajrzycie do Malwiny (tu). Napisała najlepszą recenzję jaką przeczytałam.

 Ja postanowiłam podejść do tej książki w nieco inny sposób. Wszyscy czytający narzekają na słaby warsztat pisarski Eriki Leonard, więc przyjrzałam się stronie językowej. Zaznaczam jednak, że nie chodzi mi o dokładne analizowanie stylu, każdego zdania czy przecinka. Tutaj uciszam moją filologiczną boginię i skupiam się na tym, co mnie w czasie czytania wyjątkowo wkurzało. Nie jestem bardzo wymagającym czytelnikiem, ale lubię gdy dana książka spełnia kryteria własnej tematyki. W przypadku "Pięćdziesięciu twarzy Greya" autorka skupiła się tylko na historii, zapominając o słowach, które ją budują. Nie znam oryginału, więc mogę ocenić tylko polskie tłumaczenie. Pani Leonard lubuje się w erotycznych romansidłach, książkę nazwała prowokacyjnym romansem, a swój warsztat zwie grafomańską zabawą. Dopóki to wszystko siedziało w internecie, nikt się nie czepiał. A kiedy wybuchła sensacja, sprzedaż rosła i miliony zaczęły wpływać na konto, wydawca konsekwentnie ignorował recenzje czytelników.

Książki tego typu są zwykle pisane prostym literackim językiem, który idealnie pasuje do lekkiej tematyki. W przypadku "Pięćdziesięciu twarzy Greya" jest więcej języka potocznego mówionego. Jest ubogi zasób słownictwa oraz (w polskim przekładzie) mała ilości soczystych wulgaryzmów - bo w wypadku takiej tematyki wypadałoby je stosować. Tłumaczeniem, tłumaczeniem, ale jest jeszcze korekta tekstu, która wszystko zgrabnie połączy. Według metryczki trzy osoby robiły korektę tego tekstu po tłumaczeniu. I trzy osoby nie potrafią korzystać ze słowników. Podczas czytania zaznaczałam sobie to, co mi się nie podobało i wyszło mi dziesięć stron w Wordzie. Nie przytoczę wszystkiego, jedynie kilkanaście przykładów. Błędów stylistycznych nawet nie liczyłam. Nie miało to sensu, skoro w książce jest mnóstwo wtrąceń z języka mówionego.

Błędy różnego rodzaju i zdania beznadziejne
Zacznę od słowa burczeć. Jest ono nagminnie stosowane, a ja powiem szczerze, że jedynie co mi przychodziło na myśl, gdy się pojawiało, to burczenie w brzuchu :)
Ana: Kompletnie nic o nim nie wiem – burczę, bez powodzenia próbując stłumić rosnącą panikę. 
Zaglądam do słownika. Burczeć oznacza: gderać, zrzędzić lub wydawać monotonny, terkotliwy dźwięk. I mimo że znam już sens, to nadal mi nie pasuje do wypowiedzi bohaterów. 
Wanna jest z białego kamienia, głęboka, owalna i bardzo dizajnerska. Dizajnerska. Jestem wielkim wrogiem spolszczania angielskich słówek. Wiem, że język ciągle się zmienia, jednak niektóre nowe słowa kompletnie nie pasują i dziwnie wyglądają w języku polskim. W poradach językowych wyczytałam, że przyjęło się u nas słówko designer, ale nie powinno się go pisać przez "j". Należałoby napisać designerska. Mniej kole w oczy. Podobnie jest słówkiem mejl. Zostało całkowicie spolszczone, jednak ja jestem zdania, że o wiele lepiej wygląda pisane oryginalnie: mail lub e-mail


Kolejny przykład pokazuje poprawność językową pracujących nad książką korektorów.
Ana: Przekrawam bajgla i wrzucam do tostera.
Czy tylko mnie to słówko odstrasza? To wygląda na jakiś dziwny twór językowy i ciężko się wpierw domyślić, że chodzi tu o krojenie czegoś. Zostało to utworzone od słowa: przekrajać
"W odmianie tego dokonanego czasownika dochodzi do wielu błędów wynikających z mylenia przekrajać z jego niedokonanym odpowiednikiem – przekrawać. Budujemy więc fałszywe analogie typu: ja przekrawam - ja przekrajam. Tymczasem przekrajać jako czasownik dokonany w ogóle nie ma form czasu teraźniejszego. Odmienia się w czasie przyszłym w następujący sposób: ja przekraję, ty przekrajesz, itp." - tak to wyjaśnia słownik. Czy nie lepsze więc byłoby zdanie: Kroję bajgla i wrzucam do tostera
Jedno z pierwszych zdań książki: Do diaska z tymi włosami, zupełnie się nie chcą układać. To tłumaczenie angielskiego zwrotu: "Damn my hair”. Do diaska to takie bezpłciowe powiedzenie, może byłoby lepiej to wzmocnić? Np. Do cholery/Do diabła z tymi włosami

[...]Okej, może z sześć lat lub coś koło tego, i okej, odnoszący niesamowite sukcesy, no ale jednak młody – wręczy mi dyplom ukończenia studiów. Okej, prawda? :)

Jego spojrzenie jest nieustępliwe i zdecydowane. Rany Julek. A co, u licha, on tutaj robi, na dodatek w kremowym swetrze z grubej dzianiny, dżinsach i traperkach? Chyba mam otwartą buzię i nie jestem w stanie zlokalizować mózgu ani głosu. - to jedno z fascynujących wyznań Any, która na widok przystojnego mężczyzny, nie wie gdzie ma mózg.

Zachowuję się egzaltowanie jak dziecko, a nie dorosła kobieta, której w stanie Waszyngton wolno głosować i legalnie pić alkohol. - w sumie zachowuje się tak przez większość książki - niekończący się stan podniecenia.

Żołądek podchodzi mi do gardła i zginam się we dwoje. - Jeszcze nie potrafię sobie wyobrazić takiej sytuacji. Gdyby zgięła się w pół, to prędzej.

Czyta gazetę wielkości kortu do tenisa. - Wiecie jak to wygląda? Dacie radę sobie to wyobrazić? ;)

Ignoruję nieprzyjemne ukłucie rozczarowania. Dlaczego pragnę spędzać każdą chwilę z tym kontrolującym wszystko bogiem seksu? Ach tak, zakochałam się w nim, a on umie latać. - kolejna złota myśl Any. To trzecie zdanie ni przypiął, ni przyłatał.

Gdzie się podziały synonimy?
Ubogi zakres słownictwa jest tak rażący, że aż miałam ochotę sama poprawiać całe fragmenty.

Natrząsa się ze mnie. - rzadko się spotykam z takim określeniem. A mamy do wyboru tyle innych: kpić, nabijać się, naigrawać się, naśmiewać się, ośmieszać, stroić żarty, szydzić, wyśmiewać, żartować sobie. Bardzo ciężko się zdecydować, prawda?  

[...]warczę, a jego uśmiech staje się szerszy. - Ana i Christian bardzo dużo warczą w wypowiedziach, jak psy ;) 

Uśmiech ma sardoniczny. - Przyznam szczerze, że nie wiedziałam co oznacza to słowo. Gdzieś mi się obiło o uszy, ale jego znaczenie już nie. Spytałam też kilku znajomych. Wszyscy patrzyli na mnie dziwnie, prosząc o powtórzenie słowa. A tłumacz z uporem maniaka używa go co kilka stron. Sprawdziłam słownik synonimów. Można je zastąpić kilkoma bardziej znanymi przymiotnikami: cięty, ironiczny, kąśliwy, kpiarski, kpiący, prześmiewczy, sarkastyczny, szyderczy, uszczypliwy, zjadliwy. Ale po co ułatwić czytelnikowi zadanie? 

Za to ty wielomówny.  - Nie lepsze byłoby: Za to ty gadatliwy?

Elliot peroruje na temat swojego najnowszego projektu budowlanego. - Jak miło znaleźć wśród potocznych zwrotów słowo z wyższej półki, mało używane w prostym literackim języku. Dla niewtajemniczonych: perorować to nic innego jak wygłaszać perorę :D Czyli przemawiać, rozwodzić się nad czymś. 

Pamiętam, że czułam się skonsternowana swoją reakcją. - Ana w czasie swoich osobistych rozterek czasem wypowie się bardzo oficjalnie do samej siebie. Zwłaszcza wtedy, gdy czuje się zakłopotana.

Ależ on apodyktyczny. - Christian jest ogólnie władczy, zaborczy, jednak dla Any najczęściej apodyktyczny.

Poza tym, jak ktoś policzył, główna bohaterka 30 razy "przygryza dolną wargę", 73 razy "przewraca oczami", także 25 razy "eksploduje" przy Christianie. No a jakżeby inaczej, prawda? - podsumujmy to ulubionym zdaniem Any.

Dziwne twory językowe
Chyba zgromadziłam dość materiału dla Kate, no nie?Wiem, że ten człowiek pojawia się teraz w moich snach, ale tylko dlatego, aby oczyścić mój organizm z tego okropnego przeżycia, no nie? Kilka razy, gdy Ana o czymś wspomina, nagle ni skąd ni zowąd używa zwrotu no nie?, jak by zwracała się do czytelnika. Tylko że książka nie ma takiej formy narracyjnej, a jeżeli już się do kogoś zwraca w myślach, to do swojej podświadomości. Nie wiem czy to jest zamierzone, czy może to wynik braku edycji tekstu? 
Potem jeszcze napotykam kolejne dziwne zdanie: W tym stroju z pewnością nie wygląda na multimilionera, miliardera czy innego „era”. To "era" jest niby logiczne, ale kompletnie niepotrzebne. Musiałabym poszperać, ale wydaje mi się to niepoprawne. Jest jeszcze coś takiego: A więc zasady srady. Ciekawe, kto to w ogóle wymyślił?

Niepasująca potoczność
Dochodzę do wniosku, że nawet korektorzy nie chcą przyjąć do wiadomości, że słowa mówione nie zawsze dobrze wyglądają, gdy się je napisze. Są tylko sprawcami błędów stylistycznych i złego humoru czytającego. Mnie potoczność w książkach razi. Zbyt duża ilość "mówionych słów" zaśmieca tekst i wtedy mało przyjemnie się go czyta.  
Megapotężny. - tego nie pisze się razem. Nigdy
Nie mogę tego skopać
Odpicować swoje domy. 
Stracił okazję cyknięcia fotki. 
Kiedy odpadłaś (w sensie: straciła przytomność), 
Będę musiała to wszystko przetrawić (w sensie: przemyśleć).
Do uszu ryczy mi Snow Patrol. (Snow Patrol nie gra heavy metalu :))

Przekleństwa
Kurde i jeszcze raz kurde. 
Jasny gwint! Rany Julek! Kurka wodna!
O święty Barnabo, czy ja to właśnie powiedziałam na głos?
Dupa blada. Kuźwa. Kuźwa do kwadratu. Jasny gwint do kwadratu.
O cholercia. Cholera do kwadratu. Cholera do sześcianu.
Tak przeklina się w prowokacyjnym romansie. W hipnotycznej, uzależniającej, iskrzącej seksem i erotyką powieści. Aż mi się na usta ciśnienie soczyste słowo na K!

Podświadomość/ wewnętrzna bogini
To, co się dzieje w głowie Any jest idiotyczne, sami przeczytajcie.
- „Ana, weź się w końcu w garść” - błaga moja udręczona podświadomość.
- "I możliwe, że jutro znowu się z nim spotkasz” – szepcze kusząco to mroczne miejsce u podstawy mego mózgu.
- [...]Pyta mnie podświadomość, unosząc brew.
- „Może uważa, że jeszcze się nie obudziłaś” – drwi ze mnie podświadomość, która jest znowu w szyderczym nastroju. Chrząkam, starając się odzyskać kontrolę nad nerwami.
- Moja maleńka wewnętrzna bogini kołysze się w powolnej, zwycięskiej sambie.
- Moja wewnętrzna bogini piorunuje mnie wzrokiem, tupiąc niecierpliwie małą nóżką. Ona gotowa jest już od wielu lat i może pójść z Christianem Greyem na całość, ale ja nadal nie rozumiem, co on we mnie widzi... w nijakiej Anie Steele – to się nie trzyma kupy. (zapewne nie :P)
- Moja podświadomość wystawiła swą somnambuliczną głowę. (dla niewtajemniczonych: to inaczej oniryczny, dotyczy też snu, transu - ale ja i tak nie rozumiem tego zdania :))
- "Szczerze mówiąc, tak” – warczy moja podświadomość. Och, przymknij się! Pytał cię ktoś o zdanie?
- Moja podświadomość się denerwuje i niespokojnie obgryza paznokcie.

Słowa głównie związane z seksem
Kiedy ma dojść do seksualnych uniesień, a zwykle dość często to tego dochodzi (bo gdyby wyciąć wszystkie sceny seksu, to by mało treści zostało), Ana zwykle mówi/krzyczy w myślach: O rety... on jest naprawdę, całkiem... rety! O rety, cóż za widok! Konieczna jest też fryzura w stylu „po seksie” lub przeczesanie palcami fryzury „po seksie”. Ana podczas miłosnych uniesień rozpada się na milion kawałków, a Christian głównie krzyczy: dalej, maleńka, dojdź dla mnie lub poczuj to dla mnie, małaNiezmiernie ważne są też dwa słowa: TEN - wskazuje na całego Greya, a TAM to miejsce między nogami  Any. Christian często mówi: Nie przygryzaj wargi, Anastasio. Wiesz, jak to na mnie działa. I zwykle po tym coś się dzieje.

Inspiracja Zmierzchem
Pani Leonard zwariowała na punkcie historii Belli i Edwarda, ale brakowało jej pikantnych scen między nimi (to nie dziwne, skoro uwielbia czytać kiczowate romanse). Napisała więc coś bardziej odważnego. Ok, rozumiem. Mogła się tym zainspirować. Tylko dlaczego czytając widzę podobieństwa do głównych bohaterów? Dlaczego mają podobne cechy, zachowania, a nawet podobnie mówią? Dlaczego pewne sytuacje i  postacie drugoplanowe są takie same jak w Zmierzchu? To nie jest inspiracja, to skopiowanie historii z zamianą kilku elementów. Po co być oryginalnym, skoro można zarobić na analogii?

To mnie więcej tyle. Wybaczcie za język mojej wypowiedzi, ale czas mnie naglił, a redaktor pojechał na urlop ;) Także możliwe, że coś na bieżąco będę poprawiać.

1.Wszystkie cytaty za: E.L. James „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, przeł. Monika Wiśniewska, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2012.
2. W pisaniu tekstu korzystałam z dwóch internetowych słowników: http://www.sjp.pl/ oraz http://sjp.pwn.pl/.
3. Zajrzałam też do wywiadów z autorką, opublikowanych na stronach: http://www.styl.pl - tu. oraz na http://www.gala.pl - tu.

9 marca 2013

W labiryncie dziwnych zdarzeń... Pośród strachów, przygód, marzeń...*

* Tytuł zaczerpnięty z tej piosenki.


Sfrustrowana koniecznością pilnowania przez kolejny weekend swojego małego braciszka Sarah (Jennifer Connelly), używa swojej bujnej wyobraźni i wzywa Gobliny z ulubionej książki „Labirynt", prosząc aby zabrały jej brata. Kiedy mały Toby naprawdę znika, Sarah musi podążyć jego tropem do bajkowego świata i uratować go z rąk nikczemnego króla Goblinów (David Bowie). Wejścia do jego zamku strzeże labirynt - wykręcona i zwodnicza plątanina korytarzy, wypełniona strasznymi potworami i pułapkami. Aby zdążyć na czas z ratunkiem dla braciszka, Sarah musi przechytrzyć króla Goblinów. W tym celu musi zaprzyjaźnić się z jego świtą i strażnikami oraz mieć nadzieję, że ich lojalność nie okaże się kolejną iluzją ze świata, w którym nic nie jest takie jakim się wydaje. 

[źródło: opis dystrybutora dvd]

To jeden z trzech filmów mojego dzieciństwa. Film, który dorastał razem ze mną, który jest nawet moim rówieśnikiem i który jeszcze nie raz będzie mi towarzyszył. To, co najbardziej pozostaje w głowie po seansie:

1. Słowa króla Goblinów: "Powiedziane, stało się". - Sarah pod wpływem chwili i złego humoru chce się pozbyć brata. Nie tylko dlatego, że przez niego została "uziemiona" w domu, ale także dlatego, że to jej brat przyrodni, a z macochą nie ma dobrych stosunków. I mimo że po chwili żałuje swoich słów, nic nie może zmienić. Żadne wyjaśnienie nie pomoże. Słów nie da się cofnąć, to prawda stara jak świat. Wszyscy tego doświadczamy. Jedyne,  co możemy zrobić, to spróbować naprawić szkodę, jaką wyrządziły słowa. A to jest dość trudne, o czym Sarah nie raz się przekona.

2. - To nie fair.
    - Ciągle to powtarzasz. Skąd pomysł, że świat jest uczciwy? - Jareth zadając to pytanie uświadamia Sarze, że na świecie nie ma sprawiedliwości i nie każdy gra według zasad. Istotne jest by przechytrzyć przeciwnika, a w takiej walce wszystkie chwyty są dowolne. Tego własnie uczy labirynt.


3. Słowa robaczka siedzącego na murze: "Tu nie wszystko jest tym, czy się wydaje. Niczego nie przyjmuj na wiarę". - Sarah nie umie patrzeć. Widzi tylko jedną stronę medalu. Jeśli czegoś nie ma, to nie ma. Nie szuka, nie wychodzi poza schemat. A to wielki błąd. Bo kto szuka, nie błądzi.

4. Pacynki Jima Hensona - to najmocniejsza strona filmu. Twórca Muppetów stworzył mnóstwo bajkowych kukiełek, które nie grzeszą urodą. Każda z nich jest inna, nie tylko pod względem wyglądu, ale i zachowania. Mimo brzydoty, dadzą się jej polubić i nie straszą jak Piszczałka.


5. David Bowie - trudno sobie wyobrazić innego króla Goblinów. Bowie w fantazyjnej fryzurze i zbyt obcisłych spodniach wygląda trochę prowokacyjnie ale jest charyzmatyczny. Jego bohater nie jest w gruncie rzeczy zły. Utrudnia zdanie Sarze, mąci jej w głowie, ale nie zrobiłby jej krzywdy. Chciałby raczej, by została w jego królestwie, skoro doszła do celu mimo jego podstępów. Wielu recenzentów twierdzi, że rolą Jaretha było uwiedzenie głównej bohaterki. Ja nie myślę o nim w taki sposób. Jest raczej postacią samotną i chwyci się każdego sposobu, by zatrzymać przy sobie kogoś innego niż brzydkiego goblina.

6. Scenografia, charakteryzacja i muzyka - stworzono naprawdę uroczy świat, w czasach, kiedy nie było efektów specjalnych. Nie jest to łatwa sztuka, ale cały sztab ludzi pracujących przy filmie świetnie wykonał swoje zadanie. Muzyka Trevora Jonesa i cudowne aranżacje Davida Bowiego umilają seans i zostają w pamięci na długo po seansie.


Mimo swoich lat, Labirynt nie stracił nic ze swojego uroku. Można go odczytać na wiele sposobów, także jest to nie tylko film dla dzieci. Prawdziwa perełka fantasy.

1 marca 2013

His scandal. Her story.

Żona idealna 
Sezon 1


Tytułowa bohaterka to Alicia Florrick (rewelacyjna Julianna Margulies), od piętnastu lat żona prokuratora stanowego, która zrezygnowała z pracy i zajęła się wychowaniem dwójki dzieci, pozwalając na rozwój kariery małżonka. Mieszka w eleganckiej dzielnicy, ma duży dom, dobrze sytuowanych znajomych, a dzieci uczęszczają do najlepszej prywatnej szkoły. Jednak pewnego dnia wszystko się sypie. Na jaw wychodzą kompromitujące fakty związane ze stanowiskiem Petera Florricka (Chris Noth). Na oczach całej opinii publicznej zostaje oskarżony o korupcję i publiczny seks, skazany i trafia do więzienia. Wtedy wszystkie oczy zwracają się w stronę Alicii. Co zrobi w takiej sytuacji oszukana i zdradzona żona? Przeprowadzi szybki rozwód czy postanowi wspierać męża w tej trudnej sytuacji? Pytania i spekulacje nie mają końca.

Tymczasem Alicia bierze sprawy w własne ręce. Zmienia miejsce zamieszkania, sprzedaje wielki dom, a dzieci posyła do publicznej szkoły. Sama musi wrócić do wyuczonego zawodu prawnika, by jakoś utrzymać rodzinę. Wie, że nie będzie to łatwe, bo trzynaście lat przerwy działa na jej niekorzyść. Jednak los się do niej uśmiecha. Alicia dostaje niespodziewaną pomoc od przyjaciela z czasów studiów - Willa Gardnera (Josh Charles), który jest jednym z właścicieli kancelarii prawniczej "Stern, Lockhart & Gardner".

Strasznie sztuczne zdjęcie promocyjne z pierwszego sezonu. Kolejne są o wiele lepsze.
Pierwszy odcinek rozpoczyna się konferencją prasową Petera. Kiedy on wydaje oświadczenie dla mediów, kamera pilnie śledzi twarz jego żony. Alicia stoi nieruchomo, pozornie spokojna i obserwuje wszystko, co się dzieje. Na pierwszy rzut oka widać, że jest to kobieta, która zajmuje się domem i dziećmi, i nie ma zielonego pojęcia co się stało. Pokornie trwa u boku męża. Konferencja się kończy. Chwila oddechu poza kamerami. I nagle wszystko do niej dociera, co jest zwiastunem nadchodzących zmian. Sześć miesięcy później zostaje młodszym prawnikiem.

Pierwszy sezon próba to zachowania twarzy przed opinią publiczną. Alicia cały czas jest pod obserwacją mediów i osób ze swojego otoczenia, więc nie może sobie pozwolić na chwilę słabości. Zakłada na twarz maskę, by nie pokazać jak ta cała sytuacja na nią wpłynęła, czym doprowadza swoich przeciwników do białej gorączki. Większość osób nie może uwierzyć, że postanowiła pomóc mężowi w oczyszczeniu się z zarzutów. Zrobiła to jednak na własnych warunkach i po poznaniu kilku istotnych faktów.

Oczywiście fabuła to nie tylko sprawy głównej bohaterki. To także sprawy kancelarii oraz życie osób w niej pracujących. Śledzimy rywalizację Alicii z absolwentem Harvardu  Carym Agosem (Matt Czuchry) o pozostanie w firmie. Widzimy jakie są relacje między wspólnikami kancelarii - nieobecnym, a sprawiającym kłopoty panem Sternem, niedoszłą sędziną Diane Lockhart (świetna Christine Baranski) i najmłodszym Willem Gardnerem. Próbujemy dowiedzieć się kim naprawdę jest Kalinda (Archie Panjabi), najlepszy informator kancelarii. I dowiadujemy się, że sprawa Petera nie jest tak oczywista jak się wydaje.

Alicia w czasów domowych, na konferencji męża.
Ciekawy jest sposób pokazania pracy adwokatów. Prawnik ma przede wszystkim bronić swojego klienta, bez względu na to czy jest winny popełnionego przestępstwa czy nie. Tutaj w grę wchodzą pieniądze, a nie dylematy moralne obrońców. Nieustanny spór na linii obrona - oskarżyciele, podgrzewa atmosferę każdej sprawy. Próba ugody zwykle kończy się targowaniem najniższego wyroku, a sprawa przed sądem jest wyścigiem o najlepsze i najmniej znane argumenty. Strony walczą do upadłego, mając swoich własnych "śledczych".
Co jeszcze?
Nigdy nie lekceważ pani prokurator w ciąży - zrobi wszystko, by osiągnąć swój cel, nawet wykorzysta swój błogosławiony stan. A gdy już urodzi - strzeż się niemowlaka, bo to idealna wymówka na przerwę, gdy coś nie idzie po jej myśl.
Nawet jeśli wiesz, że twój klient jest winny, ba jest mordercą, łapiesz się każdego szczegółu, który może złagodzić wyrok.
Zawsze warto mieć as w rękawie. Jeśli proces nie idzie po myśli obrony, a prokuratura szczerzy zęby w uśmiechu i już cieszy się ze zwycięstwa, trzeba go przerwać wykorzystując luki w kodeksie karnym bądź powołać się na jakąś mało używaną ustawę. Bo nawet w krótkim czasie można znaleźć dowód. Naprawdę.

O wysokim poziomie serialu świadczą również bardzo dobrze napisane postaci. Bohaterowie są wiarygodni i relacje między nimi napędzają akcję serialu. Rywalizacja, przyjaźń czy partnerstwo w interesach w każdej chwili może się zmienić. Bo nigdy nie wiesz, kiedy twój przyjaciel stanie się twoim wrogiem. A postaci nie byłby tak realistyczne, gdyby nie świetna gra aktorska. Dobra obsada to połowa sukcesu. Nie tylko ta pierwszoplanowa. Również drugi plan i postaci epizodyczne to małe perełki.

Nie jest to może najlepszy serial w telewizji, nie ma zbyt wielu nagród na koncie, ale jako jeden z nielicznych trzyma wysoki poziom przy każdym kolejnym odcinku. Obecnie oglądam sezon drugi i jest jeszcze ciekawiej. Poza tym tu rządzą kobiety na wysokich stanowiskach. I na wysokich obcasach ;)