30 kwietnia 2013

Notatka z podróży

Telefon. Decyzja. Wyjazd.
Jeszcze nigdy tak szybko się nie pakowałam. Jednego dnia zastanawiam się, co mam włożyć do torby, a drugiego mkniemy ponad 140 km/h przez czeskie autostrady, bym mogła późnym popołudniem po raz pierwszy w życiu zobaczyć Alpy.


956 km, około 11 godzin jazdy samochodem i jestem w Austrii. Wysiadam z auta na ostatnim postoju. Stoję na parkingu i gapię na Alpy skąpane w popołudniowym słońcu. Nie mogę uwierzyć, że je widzę. To takie nierzeczywiste, zwłaszcza dla kogoś, kto prawie nigdy nie opuszczał granic kraju. Jakieś 180 km później jestem na miejscu - w małym miasteczku, które nazywa się Wolfsberg.

To nie były wakacje ani wycieczka krajoznawcza. Byłam towarzyszem w wyjeździe służbowym, co zawsze jest mniej fascynujące, gdyż zwiedza się mniej. Ale co tam, ważne że w ogóle przekroczyłam próg domu :)
Symbol Wolfsbergu
Wolfsberg nie jest miasteczkiem turystycznym, więc nie ma co tam zwiedzić, nie mówiąc już o próbie dogadania się w innym języku niż niemiecki. Tak więc spacerowałam po każdej możliwej uliczce, podziwiałam krajobrazy (z każdej strony zielone wzgórza nasycone zielenią po deszczu - cudnie), robiłam zdjęcia i w końcu zabrałam się za pisane. I spełniłam swoje marzenie, jedząc w hotelu ciepłe croissanty na śniadanie. W restauracjach zamawiałam jedzenie używając kilku angielskich słówek, próbując regionalnej kuchni. Nigdy bym nie pomyślała, że zacznę żałować, że nie nauczyłam się niemieckiego.

Widok z Koralpe - ośrodka narciarskiego

Po takiej podróży powrót do rzeczywistości jest dość trudny. Chciałabym tam kiedyś wrócić. Do małego miasteczka w górach, gdzie czas płynie inaczej. Tam żaden sklep nie jest otwarty w niedzielę, kierowcy zawsze zatrzymują się, gdy widzą przechodnia czekającego na przejście, w sklepie mówią zawsze miłe "hello" ze śmiesznym akcentem, a każdy rodzaj kawy jest podawany ze szklaną wody.

Jedna z licznych uliczek
Widok z Koralpe na Wolfsberg. Niestety mgła zasłoniła piękne Alpy.

Zamek w centrum. Podobno własność prywatna. 
A to pamiątka z krótkiej wizyty w Słowenii. Stacja kolejowa :)

Wszystkie zdjęcia są oczywiście mojego autorstwa. Szkoda tylko, że podczas pobytu było mało słońca, a więcej deszczu. Była intensywna zieleń, ale mało oświetlona.
Tyle na dziś. Zabieram się za dwie recenzje i dwa nowe tematy. Dobrze, że majowy weekend za pasem, będę mieć czas by wszystko nadrobić.

16 kwietnia 2013

Rushmore (reż. Wes Anderson, 1998)

"Trzeba znaleźć coś, co się lubi i robić to do końca życia. Ja lubię chodzić do Rushmore." - Max Fischer


W Rushmore, w elitarnej i najlepszej w kraju, prywatnej szkole dla wybitnie zdolnych i bogatych, jest jeden dość oryginalny uczeń. Arogancki, irytujący typ, który pozjadał wszystkie rozumy, wszystko wie najlepiej i uważa się za nie wiadomo kogo. I na dodatek bardzo lubi ubarwiać własne życie. Tym kimś jest Max Fischer (Jason Schwartzman), główny bohater filmu Wesa Andersona, bohater którego nikt nie chciałby spotkać na swojej drodze.
Życie Maxa do tej pory było dość proste. Jako jeden z najgorszych uczniów w szkole, starał by go nie wyrzucono (nie żeby przykładał się do nauki, raczej pociągał za sznurki w administracji), skupiał się na działalności kółek zainteresowań i udzielał się w samorządzie. Ponadto wiedząc, że mocno różni się od swoich szkolnych kolegów, Max ciągle wymyśla kłamstwa na swój temat, by dodać sobie prestiżu. Wszystko zmienia się jednak w momencie, gdy przez przypadek poznaje nową nauczycielkę Rosemary (Olivia Williams). Zadurzony po uszy piętnastolatek postanawia walczyć o jej względy. Będzie miał jednak poważną konkurencję w osobie Hermana Blume'a (Bill Murray).

To nie jest historia o młodzieńczej miłości. Ten film to opowieść o rozwijaniu własnych pasji i o radzeniu sobie z rzeczywistością w czasie dorastania.


Główny bohater na pierwszy rzut oka wydaje się być postacią negatywną, mimo to wzbudza sympatię. Jego ekscentryzm, dziwny humor, zakłamanie, zagubienie, ale przede wszystkim pasje, sprawiają, że wzbudza skrajne uczucia. To, co Max kocha najbardziej to Rushmore. Nie jako szkołę, gdzie musi się uczyć, być mieć dobre stopnie i stypendium. On kocha Rushmore jako instytucję, gdzie jest mnóstwo kółek zainteresowań i spraw w samorządzie. Więc zamiast wspinać się po szczeblach edukacji, Max uczęszcza na wszelkie możliwe szkolne koła zainteresowań, jednocześnie im przewodząc, także zalewa zarząd kolejnymi inicjatywami zmian. Jego pasja przeradza się w styl życia, jakby chciał sobie rekompensować braki w innych dziedzinach.

Swoim postępowaniem Max zaimponował Hermanowi Blume’owi, z którym połączyła go przyjaźń. Sam Herman to człowiek sukcesu, wielki darczyńca szkoły. Nie czuje się jednak w tej roli dobrze, gdyż trapią go problemy rodzinne. Jego małżeństwo istnieje tylko na papierze, a synowie to osobniki, od których najlepiej uciekać. Znajomość z Maxem jest czymś, czego od dawna potrzebował. Wszystko zmienia się, gdy obaj poznają Rosemary Cross. Dla Maxa będzie to pierwsze prawdzie zauroczenie, tak mocne, że zrobi dla niego niemal wszystko, a dla Hermana to szansa na prawdzie życie u boku kochanej kobiety. Sęk w tym, że mimo walki i przepychanek obaj nie dostaną tego, czego chcą.


To będzie dla Maxa jedna z najważniejszych lekcji. Nauczy się, że nie wszystko można mieć i nie wszędzie trzeba być. Że każde kłamstwo, prędzej czy później, wyjdzie na jaw. Że nie nie ma sensu udawać kogoś, kim się nie jest, i że trochę pokory jeszcze nikomu nie zaszkodziło. I co ważne: warto rozwijać swoje pasje.

Rushmore bardzo dobrze się ogląda. To zasługa świetnego scenariusza, znakomitej gry aktorskiej (Jason Schwartzman i Bill Murray) i dobranej muzyki. Prosta historia i dobre dialogi sprawiają, że ten film na długo zostaje w pamięci. Mnie ten film skradł serce i na pewno nie raz do niego wrócę.

Ocena: 8/10

Źródło zdjęć: Filmweb.pl

11 kwietnia 2013

Miszmasz # 5

W telegraficznym skrócie.

Trochę zieleni, skoro za oknem jeszcze szaro i buro.
Filmy. Jestem w fazie powtórek własnych ulubionych filmów i przy okazji zarażam kinem innych. Poza tym obejrzałam Rushmore Andersona - wymaga on jedna osobnej notki. Kolejny raz zapodziałam gdzieś listę filmów, które powinnam nadrobić. Jak macie jakieś propozycje, to dajcie znać :)

Jakiś czas temu widziałam "Zaczarowaną". Pierwszy raz oglądałam ten film z napisami, a drugi z polskim dubbingiem. Niestety, ten dubbing zepsuł mi całą przyjemność oglądania. Musiałam wiec trochę sobie ponarzekać na to, że w każdym filmie, w którym polska dystrybucja zastosuje różnorodność głosową, wybór owych głosów jest z reguły nietrafiony. Taki film ciężko mi się ogląda, bo bez przerwy skupiam się na tym, że głos, który słyszę nie pokrywa się z ruchami ust aktora. I w ogóle nie pasuje do wyglądu, że tak powiem.


Książki. Przeczytałam "Folwark zwierzęcy". Dopiero teraz, ponieważ w liceum oglądaliśmy tylko film animowany z 1954 roku, chyba po to, by zaoszczędzić na czasie. "Folwark" głównie kojarzy się jako zjadliwa satyra na ustrój komunistyczny. Jednak ja myślę, że ta historia ciągle jest aktualna. Orwell pokazuje jak łatwo można manipulować ludźmi i faktami. Nie powinno być żadnych wątpliwości, gdy ci, co uważają się za mądrzejszych są u władzy. Oni mają zawsze rację,  na wszystko znajdą rozwiązanie i zawsze najwięcej pracują. Tak jest w teorii, jednak praktyka pokazuje zupełnie co innego. Najgorsze w tym wszystkim jest, to że takich ludzi u władzy trudno się pozbyć, bo zawsze pojawiają się następni. Manipulacja nigdy nie będzie mieć końca.
Po lekturze jeszcze raz obejrzałam animację z 1954 roku. I szczerze jestem zaskoczona, że zamiast książki nauczycielka włączyła nam film. Pomijając skrócenie fabuły, to filmowa wersja całkowicie inne zakończenie, bardziej optymistyczne, co kompletnie rozmija się z przesłaniem książki. Orwell nie dawał żadnej nadziei zmianę sytuacji, będzie się ona dalej rozwijała, będzie trwać. A w kreskówce jest zalążek nadziei, będzie bunt, będzie walka. Kto by pomyślał, że przez tyle lat będę żyć ze złą interpretacją :)


W weekend zabieram się za przeczytanie "Ciemniejszej strony Greya". Tak więc łapanki językowej ciąg dalszy ;) Ciekawe, co tym razem znajdę. A jak już jestem w temacie. Byłam ostatnio w bibliotece z zapytaniem czy można wypożyczyć "Pięćdziesiąt twarzy Greya". Potrzebny mi jest egzemplarz do skserowania kilku stron, a nie mam zamiaru kupować własnego. Pani bibliotekarka zmierzyła mnie wzrokiem: nie wiem czy chodziło o to, że pytam o ten typ literatury, czy może o to, że nie wyglądam na swój wiek. W każdym razie dowiedziałam się, że wszystkie egzemplarze (czyli pewnie jeden) są wypożyczone i jest lista oczekujących (ponad 30 osób!). Wracam do domu, sprawdzam w sieci inne placówki - to samo, same długie listy oczekujących. Czytelnictwo odżyło. Szkoda tylko, że powodem jest tak zła językowo literatura.



Seriale. W tym dziale mało się dzieje. Trzy seriale na bieżąco, trzy do narobienia. Na razie wygrywa fascynacja "Żoną idealną" i irytacja z powodu "Pamiętników wampirów", oglądanych z przyzwyczajenia i dla dobrej muzyki. Nie mogłam się doczekać trzeciego sezonu "Gry o tron", ale ciągle odkładam obejrzenie pierwszego odcinka.

Tyle na dziś.

3 kwietnia 2013

Pierwsze spotkanie: Wes Anderson

Twórca, który konsekwentnie tworzy oryginalne kino. Reżyser, który wymyślił swój własny filmowy świat i przedstawia go w każdym filmie.


Wyobraźnia Wesa Andersona jest fascynująca. Jego filmy to galeria różnorodnych postaci, głównie bardzo oryginalnych. Inni niż reszta, dziwni, neurotyczni, zagubieni w rzeczywistości. Ubierają się fantazyjnie, więc ciężko byłoby przejść obok nich obojętnie. Jeśli mają pracę, to raczej ciężko zobaczyć jak realizują się zawodowo, nie wiadomo też jak robią zakupy czy uprawiają hobby. Po prostu są. Istnieją między marzeniami a rzeczywistością. Pragną wprowadzać w życie mało realne  plany, lubią swoją codzienność i daleko im do wielkich zmian.

Scenariusze, które pisze Anderson są pełne błyskotliwego humoru i absurdalnych dialogów, a tych cech w dzisiejszym kinie jest coraz mniej. I ma zawsze świetną obsadę, m.in: Bill Murray, Gene Hackman, Owen Wilson, George Clooney, Ben Stiller, Cate Blanchett, Meryl Streep, Gwyneth Paltrow, Jason Schwartzman. Poza tym, Anderson świetnie żongluje filmowymi gatunkami i konwencjami. W jego filmach mamy pastisz sagi rodzinnej ("Genialny klan"), film rabunkowy w wersji animowanej ("Fantastyczny Pan Lis"), kino drogi odwołujące się do twórczości Satyajita Raya ("Podróż do Darjeeling"), czy wariację na temat morskich przygód Jacquesa Cousteau ("Podwodne życie ze Stevem Zissou").

Tyle mniej więcej przeczytałam na jego temat. Dlaczego wcześniej nie zajrzałam do tego świata? Nie wiem, ale jak to mówią, lepiej późno niż wcale.


Po obejrzeniu kultowego już "Genialnego klanu" wiedziałam, że szybko nie opuszczę filmowego świata Andersona. W tym filmie podobało mi się wszystko: historia i sposób jej przedstawienia w formie rozdziałów, wystylizowanie na kronikę rodzinną, ujęcia statyczne przypominające zdjęcia robione do albumu. Intrygujący bohaterowie, rewelacyjnie zagrani (nagle spojrzałam inaczej na Owena Wilsona).


Potem zabrałam się za historię lisa, który ma duży problem z porzuceniem swojej dzikiej natury i mówi głosem George'a Clooney'a. "Fantastyczny pan lis" mnie całkowicie urzekł. Nie tylko historią, gdzie pełno jest egzystencjalnego absurdu, ale także sposobem wykonania. Film zrobiony w technice animacji poklatkowej to dziś rzadkość. Poza tym ma świetne dialogi, humor i cudowną muzykę (rewelacyjne Just another Dead Rat in a Garbage Pail). Warto zobaczyć.

Tak więc nie pozostaje mi nic innego, jak dalej podróżować po filmowym świecie Andersona. Nie wiem tylko jeszcze w jakiej kolejności :)