30 maja 2013

Z muzycznego katalogu

30 Seconds to Mars - "Love Lust Faith + Dreams"

www.empik.com
Długo wyczekiwany czwarty album Marsów podzielił fanów. Tak przynajmniej wynika z wypowiedzi, jakie przeczytałam w Internecie. Sama płyta zbiera dość pozytywne recenzje, a w Polsce ma już po tygodniu status Złotej Płyty. Mimo to fani nie są zadowoleni. Bo niby to już nie ten sam zespół, bo wybrali komercję, bo zapomnieli czym jest 'prawdziwa' muzyka... itp. Czytam i mam wrażenie, że gdzieś to już było. Ach tak, przy okazji premiery poprzedniego krążka This Is War. Też poszli w stronę komercyjną i już nigdy nie nagrają niczego, co będzie brzmiało jak A Beautiful Lie. Najwyraźniej nie są to oddani fani, bo inaczej wiedzieliby, co na ten temat mówi zespół:

„Prawdziwi "Believers" wiedzą, że nigdy nie nagramy dwa razy tego samego albumu. Pragnę odkrywać nowe terytorium [...]. Niektórym ludziom czasami trudno pogodzić się ze zmianami. Zawsze znajdą się osoby, które w kółko chcą słuchać tego samego albumu, ale mnie to nie interesuje, nigdy tego nie zrobię.” -  Jared Leto (Music Feeds, Australia, kwiecień 2013)

Gdyby nagrali kolejny, bardzo podobny brzmieniowo krążek, to pewnie dostałoby się im za to, że nie potrafią stworzyć czegoś innego. Ech, ciężko jest zadowolić wszystkich. Warto jednak pamiętać, że żaden artysta nie tworzy muzyki z myślą, czy to się spodoba jego fanom. Zawsze można nie słuchać i nie wygłaszać w kółko tego samego zdania.

Nowy album jest, cóż... trochę inny, jakby lżejszy stylem, ale nadal w duchu marsowych dźwięków. Musiałam go przesłuchać kilka razy, by się do niego całkowicie przekonać. Nie spodziewałam się, że zastanę tu elektroniczne dźwięki, orkiestrę i skrzypce. Singlowe Up In The Air było dla mnie wielkim zaskoczeniem i początkowo myślałam, że cała płyta będzie w podobnym tonie. Włączyłam i słucham.

Początek to orkiestrowe Birth, gdzie skrzypce idealnie łączą się z perkusją. Potem jest mocniejsze uderzenie i Conquistador - tutaj słychać mocną gitarę i chór fanów, który pojawia się w dalszych utworach. Kolejny to Up In The Air - kawałek, który jakoś mi nie pasuje do całej płyty, ma trochę taneczny wydźwięk. Tutaj następuje chwilowe wyhamowanie i słucham spokojnego City of Angels, by zaraz potem genialny wstęp na skrzypach rozpoczynał jeden z moich ulubionych utworów na płycie: The Race. Zaraz po nim jest cudowne End of All Days, to zdecydowanie mój numer jeden. Następny utwór to bardzo oryginalny Pyres of Varanasi, który jest mieszanką indyjskich klimatów i elektroniki. Kolejne kawałki: spokojny i trochę ubogi tekstowo Bright Lights nie przypadł mi zbytnio do gustu, lubię natomiast energetyzujący Do or Die, ma świetny początek. Ostatnie utwory z płyty mniej mi się podobają. Convergence jest w całości instrumentalny i zagrany jakby na jedną nutę, przez co jest nudny. Northern Lights to bardzo mroczny kawałek i jest zapowiedzią końcowego Depuis Le Début, który składa się z trzech części: najpierw złowieszczy głos śpiewa "There will be blood", potem pojawia się motyw jak z Pyres of Varanasi, a na końcu pozytywka gra motyw z "Jeziora łabędziego" Czajkowskiego. Ostatnie dźwięki przypominają kołysankę.

Wyłączam płytę. Ale mam ochotę włączyć ją raz jeszcze. Bo mimo zmian, to dobra płyta, która po jakimś czasie się obroni. Jestem ciekawa jak będzie brzmieć na koncertach i w wersji akustycznej. Bo Marsi bardzo dużo koncertują. Dlatego też w tych piosenkach jest dużo zwrotów, typu: "hey", "o-o-o-u-u". Te partie są przeznaczone dla publiczności, która przez to staje się częścią utworu, a jej głos instrumentem.

Nie znam się na recenzjach muzycznych, to pierwsza jaką w życiu napisałam. Powstała pod wpływem chwili, bo chciałam uporządkować myśli. Nie wiem czy ktoś z czytających słucha 30 Seconds to Mars, ale może komuś spodoba się jakaś piosenka. Wystarczy kliknąć na tytuł. Ja tymczasem wracam do czytania książki.

24 maja 2013

W kilku słowach...

... o hiszpańskich produkcjach.



Ten film ostatecznie przekonał mnie, że historie opowiadane przez Guillermo del Toro są kompletnie nie dla mnie. Oglądając go cały czas przychodził mi na myśl Labirynt fauna. Oba filmy są do siebie trochę podobne. Fabuła dotyczy dziecięcego bohatera, który jest zwykle mądrzejszy od otaczających go dorosłych, oni sami zaś albo są podli albo zajęci własnymi sprawami, a kraj jest ogarnięty jakąś wojną. W Kręgosłupie diabła jest świat duchów, który chce zemsty za wyrządzone za życia krzywdy. Akcja dzieje się w sierocińcu na pustyni, co ma jeszcze bardziej potęgować dramatyzm sytuacji.
Po obejrzeniu nie mam żadnych refleksji, są tylko chaotyczne myśli dotyczące kilku dobrych scen. Estetyka w jakiej lubuje się reżyser mi się nie podoba i nie czułam się też specjalnie przerażona. Nie chcę do niego więcej wracać.




Na czwartym piętrze szpitala mieści się oddział onkologiczny, gdzie przebywają mali pacjenci ze zdiagnozowanym rakiem kości. Pacjenci poruszający się na wózkach, będący w czasie chemioterapii, przed lub po amputacji kończyn. Głównymi bohaterami filmu są czterej chłopcy: Miguel Ángel, Izan, Dani i Jorge, którzy wprowadzają widza w ich codzienne, szpitalne życie. I nie jest to wcale życie nudne. Sami o sobie mówią, że "nie są kalekami, ale karatekami". Mimo trudnej sytuacji zachowują się tak, jak ich wiek przystało. Robią głupie żarty lekarzom i pielęgniarkom (scena ze zdjęciem rentgenowskim - rewelacja), wymieniają się potajemnie posiłkami, organizują wyścigi na wózkach, wymykają się w nocy na schadzki i opalają się na dachu szpitala. To jest ich sposób na namiastkę normalności, bo nie wiedzą, co przyniesie kolejny dzień, ile jeszcze cierpienia będą musieli znieść. To co mi się podoba w tym filmie, to świetne wyważenie elementów dramatu i komedii. Nie ma tu moralizatorstwa, patosu czy drwiny. Ten film ma nas skłonić do refleksji, pokazać nam, że nawet gdy człowieka dotyka cierpienie, to warto spróbować poszukać chociaż małej dawki optymizmu. To jeden z tych filmów, które warto nadrobić.




Ten film mnie zaskoczył. Po pierwsze dlatego, że idzie całkiem w innym kierunku niż wskazuje opis, a po drugie zostawia sporo pytań, na które widz sam musi sobie odpowiedzieć. Laura została porwana i zamknięta w jakimś dużym pomieszczeniu. Ogląda film, na którym jej oprawca - Ramon przyznaje się zabicia kobiety. Potem Ramon proponuje jej grę w słowa. Jeśli wygra to będzie wolna, a jak przegra to straci oko. Laura się zgadza, a potem robi błąd... Nie ma tu jednak rozlewu krwi, jak można by przypuszczać. Okazuje się, że cała sytuacja jest specjalnie zaaranżowana, bo Ramon zna Laurę. Dość dobrze... Im dalej ogląda się ten film, tym więcej pojawia się pytań. Sytuacja co chwilę się zmienia, nie wiadomo co jest prawdą, a co kłamstwem. Sceny w pomieszczeniu są przemieszane z akcją policji, która szuka Laury i przesłuchuje Ramona, jako głównego podejrzanego. Tak więc widz dowiaduje się, że scena porwania zdarzyła się dużo wcześniej i o niej opowiada Ramon śledczym. Tyle że ciągle coś się nie zgadza. Film kończy się w dość szokujący sposób i ciężko taki finał przewidzieć. Myślę, że warto ten film zobaczyć, ale jest to seans na raz.



Diego jest lekarzem pracującym w szpitalu, który ma niesprecyzowane wewnętrzne rozterki i ogólnie mało angażuje się w sprawy swoich pacjentów. Z tego właśnie powodu zostaje nieprzypadkowo postrzelony, by móc to zmienić. Otrzymuje dar. Niestety wiążą się z tym konsekwencje, które ciężko będzie mu zaakceptować... Ciekawy film. Trochę zaplątany, ale powoli spirala wydarzeń się rozkręca, tworząc spójną całość. Wszyscy bohaterowie filmu są ze sobą w jakiś sposób powiązani, choć nie wszyscy się znają. Niektórzy zarzucają filmowi przewidywalność. Trochę mnie to dziwni, bo skoro dowiadujemy się jakie są konsekwencje tego daru, to wiadomo jaki los może spotkać głównego bohatera. Bo ma on wybór - pytanie tylko, co zrobi. Jego decyzja zmieni życie wielu osobom. W czasie oglądania kilka rzeczy mi się nie podobało, ale są to zbyt duże szczegóły, by o nich pisać. Najbardziej podobała mi się koniec filmu - opowiedziany bez słów, bez wyjaśnienia, jakby pozostawiony w kwestii widza.

Źródło zdjęć: www. filmweb.pl

12 maja 2013

"Ciemniejsza strona Greya" E.L. James

www.empik.com
Drugą część grafomańskiego fenomenu przeczytałam głównie dla wychwycenia błędów. To było o wiele ciekawsze niż cała fabuła, a raczej jej skrawki. Jak na literaturę erotyczną, pani Leonard ma tendencję do zanudzania i wkurzania czytelnika. Niby jest kreatywna w wymyślaniu scen łóżkowych, ale nie potrafi pisać dialogów i opisów bez powtórzeń co kilka stron. Zamiast fascynacji pojawia irytacja, że czyta się w kółko to samo. Przynajmniej ja tak mam, bo czytając książkę  nie jestem w stanie wyłączyć intelektu.

Tym razem po lekturze miałam w Wordzie ponad trzynaście stron wyłapanych dziwnych zdań i błędów. A nie uwzględniłam tego, co się powtarzało z części pierwszej. Błędy stylistyczne, literówki, słabe porównania, nagminne używanie tych samych słów, zwrotów, zdań. Plus wtrącenia wewnętrznej bogini, które w powodzeniem można pominąć/wyciąć/zapomnieć, bo nie wnoszą nic do fabuły. Kompletny brak finezji w pisaniu. Selekcja zajęła mi trochę czasu, bo ciężko było wybrać przykłady. Najchętniej przytoczyłabym wszystkie, ale nie mam na to miejsca i pewnie czytanie ich byłoby jeszcze bardziej nudne niż obecnie :) Dodałam jedynie własne komentarze i czasem zostawiałam pytania, na które może kiedyś uzyskam odpowiedzi. Więc jeśli macie dłuższą chwilę, to zapraszam do czytania.

P.S. Próbowałam zmniejszyć czcionkę, ale wtedy czyta się jeszcze gorzej.

Zdania złe, źle zbudowane i według mnie nadające się do kosza
A niech mnie. Szczęka opada mi chyba aż na podłogę. - jedno z najgorszych porównań w tej książce. Nie wiem jaki było w oryginale, ale chętnie się dowiem.

Och, jest w nastroju überapodyktycznym, ale ja się tym nie przejmuję. - Oprócz tego, że zdanie koszmarnie brzmi, to na dodatek zawiera wyraz, który widzę pierwszy raz na oczy. Czy ktoś wie, co oznacza słowo überapodyktyczny? Pytałam już wujka Google, ale nie potrafił pomóc.

Myślę, że postarzałam się w tym czasie o dziesięć lat. - Dodajmy, że ten czas to kilka minut, gdy Christian przeszukuje mieszkanie, a Ana z ochroniarzem czeka w holu. To jest tak mało dramatyczna scena, że myśli Any są po prostu śmieszne.

– Proszę iść do łazienki i nasikać do tego. – Zachowuje się dziś bardzo służbowo. Nie ma to tamto. Nie bardzo zrozumiem, po co zostało dodane to ostatnie zdanie. Nie ma ono sensu i nie wnosi żadnych informacji.

Widząc nas oboje w lustrze – jego piękno, jego nagość i siebie z ręcznikiem na głowie – dochodzę do wniosku, że to widok niemal biblijny, jak z barokowego obrazu przedstawiającego scenę ze Starego Testamentu. - Kiedy przeczytałam to zdanie koleżance, zapytała mnie, co ma widok biblijny do barkowego obrazu ze sceną ze Starego Testamentu? Odpowiedziałam, że nie wiem, bo dla mnie to zdanie jest mało zrozumiałe.

Christian mruga i daje mu nieprzyzwoicie wysoki napiwek. Marszczę brwi. No bo naprawdę. Kolejne idiotyczne wtrącenie na koniec myśli. Albo autorka zapomniała coś dopisać.

– Cały dzień mógłbym na ciebie patrzeć, Anastasio. [...] Cały dzień mogłabym na niego patrzeć. - A ja cały dzień mogłabym wyłapywać powtórzenia, których używa autorka.

Gdy tak rozmawiamy, uderza mnie myśl, że z Aleca zmienił się w Angela, i to w takim krótkim czasie. - Tu jest chyba nawiązanie do jakiejś symboliki, co nie zmienia faktu, że dziwnie brzmi.

– To kajuta główna. – Patrzy na mnie płonącymi oczami. – Jesteś tu pierwszą dziewczyną, z wyjątkiem rodziny. Ale one się nie liczą. - Błąd stylistyczny, aż razi w oczy. Nie bardzo wiem czy chodzi o to, że nie było na łodzi żadnej innej dziewczyny, czy może Christian żałuje że w ogóle wspomniał o innych kobietach.

Siada, tym razem po turecku, i ja też, tyle że z wyciągniętymi nogami. - Pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy po przeczytaniu tego zdania, to jak można usiąść po turecku z wyciągniętymi nogami.

O cholera. Bardzo Wściekły Christian dał głos. Ludzie nas usłyszą. - Uśmiałam się przy tym zdaniu, bo w większości wypowiedzi Christian warczy i mruczy, więc w końcu dał głos.

Zostawiła nas, abyśmy mogli się raczyć owocami jej pracy, a ja czuję się znacznie lepiej, gdy w końcu coś wrzucam na ruszt. - to zdanie ma nas poinformować, że Ana lubi gotować, a nie być obsługiwana przez kucharkę. Nie wiem po co to słówko w końcu. Całkiem zmienia sens zdania.

– Co ty, do kurwy nędzy, robisz, Elena? – pyta lodowato.
– To nie jest kobieta dla ciebie, Christianie – szepcze.
– Co takiego?! – woła. Obie nas ogarnia przestrach. Nie widzę jego twarzy, ale cały jest spięty i emanuje z niego wrogość. – Skąd ty, do cholery, możesz wiedzieć, co jest dla mnie dobre?
– Masz potrzeby, Christianie – mówi łagodnie.
– Już ci mówiłem, to nie twój zasmarkany interes! – ryczy. 
Przytoczyłam tu cały dialog, po to by pokazać, że ostatnie przekleństwo kompletnie pasuje do całości. Mam rację?

Obdarza mnie ciepłym, ojcowskim uśmiechem, dzięki któremu czuję się bezpiecznie.- Kochanek, z którym Ana uprawia seks kilka razy dziennie, obdarza ją ojcowskim uśmiechem? Serio?

Umarłam dziś tysiąc razy. – Jej cichy głos odbija się echem w mojej głowie. - Nie znoszę tego stwierdzenia, że umrę za każdym razem, jak je przeczytam...

Tłumaczenie nazwiska Grey
Spolszczenie pojawia się głównie, gdy Ana komentuje zachowanie Christiana, tak jakby chciała te myśli wyróżnić.  Dość dziwnie to jednak wygląda. Być może w oryginale była to gra słów, w polskim języku jednak się nie sprawdza.
- Z mojej twarzy odpływa cała krew i czuję ściskanie w żołądku. Szary!
- Wpatruję się w niego... to nie do wiary. Szary do potęgi entej. (tutaj tego nie skomentuję...)
- Marszczę brwi, patrząc na Szarego. Co go gryzie?
- „Nie żołądkuj się tak, Grey”. Moja podświadomość mierzy mnie spojrzeniem znad okularów. Całym sercem przyznaje rację Szaremu.
- Rzucam spojrzenie Szaremu. Je i jednocześnie mnie obserwuje. Głód, pragnienie, niepokój – to wszystko w jednym gorącym spojrzeniu.
- To dla niego religia i jak zelota wysłuchuje uważnie wyuczonej gadki sprzedawcy. Szaremu rzeczywiście na tym zależy.

Nadal brak słownika synonimów
Oglądam się niepewnie na Jacka, który wyszedł za mną. Z konsternacją patrzy na audi.
Kręcę głową, równie skonsternowana.
Jak widać nadal bohaterowie książki nie mogą być zakłopotani. Muszą być w stanie konsternacji.

[...] mówi chmurnie, odwraca się i wychodzi, zostawiając mnie skonsternowaną w swojej sypialni. -  Mówić chmurnie... to takie trudne do wyobrażenia, że czuję się bardzo zakłopotana. Czy nie można było użyć słowa: groźnie, ponuro lub posępnie?

– Jesteś. Moja – warczy, podkreślając każde słowo. - Jak zwykle Christian warczy i mruczy. I często jego wypowiedzi cechuje sardoniczność, ale po pierwszej części wszyscy wiedzą, co to oznacza. Czasem też burczy, ale to słówko to domena Any, więc nie odbierajmy jej tego.

Nastraszyłeś mnie.
– Czyżby? – Christian marszczy brwi. 
Skoro było już idiotyczne natrząsa się ze mnie, to  koniecznie trzeba użyć słówka "nastraszyć". Bo po co pisać, że się kogoś przestraszyło lub wystraszyło?

– Tak – kwilę zżerana pożądaniem.
– Nie – kwilę.
Mam problem ze słówkiem kwilić. Bo w zależności gdzie się pojawia, może oznaczać coś innego.
Jako: ćwierkać, klaskać, kwilić, szczebiotać, świergolić. Lub jako: chlipać, kwilić, łkać, szlochać.
Mogłabym więc pomyśleć: – Tak – szlocham zżerana pożądaniem. ;p

Christian zawsze utyskuje na moje T-shirty. - A nie można było przetłumaczyć: Christian zawsze narzeka na moje koszulki? To byłoby chyba za proste...

Czy gdyby nie był taki... poraniony, pragnąłby mnie? 
To wszystko jest takie popieprzone. - Ach, Ana oraz jej mało oryginalne i często powtarzające się przymiotniki opisujące różne sytuacje. Te bardzo często używane zamiennie.

Do kogo skierowane są te zdania i pytania?
- Unoszę rękę i przytrzymuję jego dłoń, po czym zaczynam ssać – widzicie, jak chcę, to potrafię być posłuszna.
- Christian nie jest religijny, prawda?
- Och. W moje serce wlewa się kropla nadziei. Może jednak będzie dobrze. Chcę, żeby tak było. Prawda?
- No wiecie co! Ale nim zdążę wywrócić oczami, z siłą rozpędzonej ciężarówki uderza mnie pewna myśl.
– Irracjonalnie? – warczy. – Albo pojedzie z tobą, albo zachowam się naprawdę irracjonalnie i cię tu zatrzymam. Nie zrobi tego, prawda?
W tej części pojawia się coraz więcej bezpośrednich zwrotów do czytelnika, mimo że książka nie ma takiej formy narracyjnej. Używane są wyrywkowo, bez żadnego sensownego kontekstu. To utwierdza mnie w przekonaniu, że tekst nie został dobrze przeredagowany. Przecież bohaterka opisuje wydarzenia, a nie opowiada je czytelnikowi.

Przekleństwa
Jak na hipnotyczną, uzależniającą, iskrzącą seksem i erotyką powieść, na punkcie której szaleją kobiety, przekleństwa kuleją. A raczej polskie tłumaczenie.
Nadal są: Jasny gwint! Kurde. Kuźwa. Rany Julek! Do diaska! Pojawia się też Święty Barnabo, na szczęście tylko raz. Nie ma za to wnerwiającej kurki wodnej. Mamy za to nowe, złagodzone wulgaryzmy: O w mordę oraz W mordę jeża. I jest najmocniejsze przekleństwo, jakiego brakowało, czyli kurwa. Pojawia się dopiero około 30 strony, ale powtarzane jest kilkakrotnie, ale czasem w towarzystwie mało reprezentatywnych kolegów (patrz dialog kilka akapitów wyżej, gdzie jest słówko zasmarkany).

Podświadomość/ wewnętrzna bogini
W tym przypadku autorka (bo pisarką jej nigdy nie nazwę) przeszła samą siebie. To, co mówi wewnętrzna bogini to zadania kompletnie bez sensu, nie wnoszące nic do fabuły i okropnie napisane. Jej wypowiedzi było w tej części znacznie więcej. Wyłapałam wszystkie, ale powstrzymałam się od tego, by je tu zmieścić. 
- Och, pewnie ja – gdzieś w głębi mojej psychiki wewnętrzna bogini budzi się, przeciąga sennie i uśmiecha. Dość długo musiała spać. (5 dni, czyli wieczność)
- Moja wewnętrzna bogini mruży oczy i wygląda na zadumaną. Musimy nad tym popracować.
- Moja wewnętrzna bogini wykonuje potrójnego aksla, a mnie nagle zasycha w ustach.
- Pojawia się znajome przyciąganie, wszystkie moje synapsy popychają mnie w jego stronę, moja wewnętrzna bogini kręci zmysłowo biodrami.
- Moja podświadomość patrzy na mnie wzrokiem pozbawionym wyrazu, choć raz nie wyskakując ze swoimi mądrościami.
- Moja podświadomość w końcu postanowiła dać o sobie znać: ma minę jak z Krzyku Muncha 
- „Nie!” – krzyczy moja podświadomość z tą swoją miną z Krzyku. Uznaję, że ma najpewniej rację. (Mina z Krzyku dość często się powtarza, nawet w części pierwszej. Dla niewtajemniczonych, chodzi o ten obraz)
- „To jednak oznacza wydanie na ciebie kolejnych pieniędzy” – warczy moja podświadomość. Ale ja nie chcę tańczyć z nikim innym – nie mogę tańczyć z nikim innym – no i nie wydaje pieniędzy na mnie, lecz przeznacza je na cel dobroczynny. „Tak jak te dwadzieścia cztery tysiące, które już zdążył wydać?” – moja podświadomość złośliwie mruży oczy. Cholera. Zapomniałam o swojej impulsywnej ofercie. Czemu ja się ze sobą kłócę?  (nikt tego nie wie, Ano)
- Moja wewnętrzna bogini budzi się nagle. Jest potargana i wygląda, jakby dopiero co uprawiała seks.
- Moja podświadomość pada na ziemię targana torsjami, i mnie też się robi niedobrze. Nie!
- Czerwienię się, a moja wewnętrzna bogini wkłada w zęby różę i zaczyna tańczyć tango.
- Moja podświadomość pada zemdlona i chyba nawet sole trzeźwiące by jej nie pomogły.
- Moja podświadomość wraca chwiejnym krokiem na swój fotel i ogarnięta uczuciem ulgi pociąga - spory łyk ginu.
- Moja podświadomość rzuciła na podłogę pustą butelkę ginu, a teraz prostuje się na fotelu i patrzy na mnie z przerażeniem.
- Moja podświadomość jest niespokojna. „Czy ty tupiesz nogą? Natychmiast przestań!” szepczę, a moja wewnętrzna bogini wykonuje skok o tyczce i ląduje na swoim szezlongu.
- „Wyjdź za tego miliardera, Ana!” Moja podświadomość znowu ironizuje. Ignoruję ją, tę pazerną zdzirę.
- „No ale to jest Christian”. Wróciła moja ironiczna podświadomość w kardiganie i z nobliwą torebką przewieszoną przez zgięte ramię.
- Moja wewnętrzna bogini wystrojona jest w różowe pierzaste boa, brylanty i seksowne szpilki.
- Moja wewnętrzna bogini, mająca na sobie wyłącznie majtki, klęczy i składa ręce jak do modlitwy.
- Moja wewnętrzna bogini, po wieczorze spędzonym na szlochaniu w kącie, pojawia się z czerwoną szminką na ustach.

Słowa/zdania głównie związane z seksem
Wiele się w tym temacie powtarza, autorka najwyraźniej wyczerpała swój własny limit na wymyślanie nowych opisów. Tak więc Ana przed i seksie zwykle zadaje sobie pytanie: Dlaczego ten mężczyzna ma na mnie aż taki wpływ? Niestety, nikt nie jest w stanie odpowiedzieć. Christian natomiast ma w zwyczaju mówić: Proszę, nie przygryzaj wargi, Anastasio – szepcze. - Wiesz, jak to na mnie działa – mruczy. Wszyscy wiemy, jak to zwykle się kończy - o tym jest cała książka. 

No już, mała – dyszy. – Dojdź dla mnie.
Jego słowa mnie gubią. Eksploduję, spektakularnie, oszałamiająco, i rozpadam się na milion
kawałków, a on sekundę później podąża za mną, wołając moje imię.
– Ana! O kurwa, Ana! – Opada na mnie i chowa twarz na mojej szyi.
W tym jednym dialogu można streścić wszystkie łóżkowe ekscesy bohaterów. Tak sobie myślę, że skoro Ana bardzo często się rozpada na te kawałki (lub jej ciało - to zależy jak opisuje swoje uczucia),  to jak jej się udaje pozbierać do następnego razu, który zwykle jest w małym odstępie czasu, a jest taka chuda (schudła 3 kg w 5 dni!)? Bo Christian jakoś nie ma takich problemów, jedynie Włosy ma potargane, jak to po seksie.

Jest za to nowość. A dokładnie nowy wyraz opisujący ekscytację Any przed seksualnym uniesieniem.
- O mamusiu... Moje mięśnie zaciskają się wokół niego coraz szybciej. 
- Jęczę. O mamusiu. Jest zimno, jest gorąco, jest podniecająco.
- O mamusiu... tutaj?
Bardzo mało trafne, czyż nie? Jednak hitem jest to zdanie: Rany koguta, to doznanie jest niesamowite, dziwne, przyjemne, bolesne... och. - Cóż za seksualne słówko, nie ma co :)

Inspiracja Zmierzchem S. Meyer
Tym razem rzuciły mi się w oczy całe fragmenty dialogów, które są inspiracją ze Zmierzchu. Oczywiście nie są słowo w słowo takie same, ale czytając łatwo się zorientować, że to nie jest pomysł pani Leonard.

Ciebie potrzebuję bardziej, Anastasio. Przez tych kilka ostatnich dni czułem się jak w piekle. Instynkt mówi mi, żebym pozwolił ci odejść, mówi mi, że nie zasługuję na ciebie. – Milknie na chwilę. – Te zdjęcia, które zrobił chłopak... Widzę, jak on ciebie postrzega. Wyglądasz beztrosko i ślicznie. Nie znaczy to, że teraz nie jesteś śliczna, ale widzę twój ból. Okropna jest świadomość, że to przeze mnie tak się czujesz. Ale jestem egoistą. Pragnąłem cię od chwili, gdy wpadłaś do mojego gabinetu. Jesteś wyjątkowa, uczciwa, ciepła, silna, dowcipna, zniewalająco niewinna... lista nie ma końca. Podziwiam cię. Pragnę cię, a myśl, że mógłby mieć cię ktoś inny, jest niczym nóż, obracający się w ranie mojej mrocznej duszy.
W ustach mi zasycha. Jeśli to nie jest deklaracja miłości, to nie wiem, jak miałaby takowa wyglądać.
Pęka tama i z moich ust wypływa potok słów:
– Christianie, dlaczego uważasz, że masz mroczną duszę? Ja bym tego nie powiedziała. Może smutną, ale jesteś dobrym człowiekiem. Ja to widzę... jesteś hojny, życzliwy i nigdy mnie nie okłamałeś. Wiesz, w sobotę doznałam szoku. To mnie obudziło. Dotarło do mnie, że nie potrafię być kobietą, jakiej pragniesz. Potem, kiedy już wyszłam, uświadomiłam sobie, że ból fizyczny, który mi sprawiałeś, nie był taki zły jak ból towarzyszący świadomości, że cię straciłam. Naprawdę chcę sprawiać ci przyjemność, ale to trudne.

– Nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo jesteś atrakcyjna, prawda?
Oblewam się rumieńcem. Czemu tak się tego uczepił?
– Ci wszyscy chłopcy, którzy się za tobą uganiają, nic ci to nie mówi?
– Chłopcy? Jacy chłopcy?
– Mam ci podać listę? – Christian marszczy brwi. – Fotograf za tobą szaleje, ten chłopak w sklepie, w którym pracowałaś, starszy brat twojej współlokatorki. Twój szef – dodaje gorzko.
– Och, Christianie, to wcale nie jest prawda.
– Uwierz mi. Pragną cię. Pragną tego, co należy do mnie. – Przyciąga mnie do siebie, a ja opieram ręce na jego ramionach i przyglądam mu się z rozbawieniem. – Do mnie – powtarza, a oczy płoną mu zaborczo.

Przy ubieraniu zwracam uwagę, że poruszamy się z synchronizacją charakterystyczną dla dwojga ludzi, którzy dobrze się znają, są świadomi swojej obecności i co jakiś czas obdarzają się nieśmiałym uśmiechem czy słodkim dotykiem. I dociera do mnie, że dla niego to taka sama nowość jak dla mnie.

Irytujące słówka zachwytu
Tak na zakończenie. Każde emocje muszą być odpowiednio zaakcentowane. Szkoda, że w całej książce służą temu te dwa słówka.

- O rany... – mówię z zachwytem. 
- Czuję ściskanie wszędzie poniżej talii. Potrafi mnie uwieść samym głosem, ale to spojrzenie, ten głodny, spragniony wzrok – o rety.
- O rety – pragnienie, pożądanie, elektryczność.
- O rety. Spotkam się z Christianem. Po raz pierwszy od pięciu dni notuję minimalną poprawę nastroju. I zastanawiam się, co u niego. Tęskni za mną?
- Rumieniąc się, zerkam na Christiana. Co on mi próbuje powiedzieć? Już dawno temu rzucił na mnie czar. O rety... Wyraz jego twarzy uległ zmianie, zniknęła wesołość, oczy ma teraz pociemniałe, skupione.

To tyle z tej części. Mam nadzieję, że wytrwaliście do końca i nie przeraża Was mój język wypowiedzi. Redaktor nadal na urlopie. Jak zwykle coś tam jeszcze pozmieniam, bo za jakiś czas zobaczę własne błędy.


Wszystkie cytaty za: E.L. James "Ciemniejsza strona Greya", przeł. Monika Wiśniewska, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2012.