4 listopada 2013

Dziennik Bridget Jones? Tylko ten filmowy.

Nigdy nie rozumiałam fenomenu "Dziennika Bridget Jones". W liceum większość moich koleżanek była zachwyconą książką. Ja przebrnęłam tylko przez kilka stron, po czym stwierdziłam że mając 16 lat nie jestem w stanie zrozumieć problemów trzydziestoletniej kobiety. Nie wróciłam do lektury aż do teraz. I mimo że dziś bliżej mi do wieku Bridget, to nadal nie przemawia do mnie ta książka. Kolejna próba zrozumienia tego fenomenu zakończyła się fiaskiem.

To miała być lekka, przyjemna lektura, pełna humoru i prawd z życia niejednej kobiety. Ostatecznie się wynudziłam, czasem nie mogłam przebrnąć przez niektóre rozmowy bohaterów (m.in. Toma i Sharon), zaśmiałam się jakieś trzy razy i miałam ochotę rzucić książką gdy na pojawiają się matka głównej bohaterki.

Zapiski Bridget są czasem tak durne, że mam wrażenie jakby pisała je nastolatka w okresie dojrzewania. Bridget ma jeden schemat zachowań: solidne postanowienie, próba wytrwania, potem złamanie się i kilkustronicowe biadolenie dlaczego tak się stało - zakończone nadzwyczajnym zebraniem przyjaciół. Gdzieś tam po drodze jest jej codzienne życie, które też jest takie, jak być powinno.

Owszem są wspomniane problemy, z jakimi zmagają się kobiety - wpływ kultury na wygląd, wiek, pozycję społeczną, sprawy seksualne, diety itp. Ale to wszystko gdzieś znika, gdy czyta się o irytującym zachowaniu i myślach bohaterki.

Nie chcę więcej wracać do tej książki. Za to o pewnie nie raz obejrzę film. To jeden z nielicznych wyjątków, gdzie wolę ekranizację niż książkę. Mimo że sporo fabuła mocno różni się od treści książka, to efekt końcowy jest o wiele lepszy. Oglądając film nie raz się zaśmiałam. Nie musiałam oglądać i słuchać idiotycznych zachowań matki Bridget, było o wiele więcej Marka Darcy'ego (w książce tylko co jakiś czas się pojawia, a szkoda) i filmowa Bridget jest zabawniejszą postacią, niż jej pierwowzór literacki. Nie przepadam za Renée Zellweger, ale ona sprawiła, że z chęcią wracam do filmu.

10 komentarzy:

  1. Oj tak, ciężko mi się nie zgodzić. Może książka mnie nie tyle znudziła, co zniesmaczyła głupotą Bridget. W filmie była to trochę głupiutka i roztargniona, ale urocza dziewczyna, w książce to wulgarna kretynka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie słowa "kretynka' mi zabrakło opisując książkę :)

      Usuń
  2. a ja tam uwielbiam i książkę i film :) pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Fakt przez książkę ciężej przebrnąć, natomiast film, w dużej mierze dzięki fenomenalnej grze Rene Zellweger jest przezabawny i naprawdę bardzo dobry. Oglądałam go już kilka razy i jeszcze nieraz do niego wrócę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Lubię obie wersje ;) I o ile dobrze pamiętam książkowa Bridget była jednak bardziej rozgarnięta i nie tak głupiutka jak filmowe wcielenie. Plus, może trafiłaś na toporne tłumaczenie? Sama nie mogłam przebrnąć przez przekład Zysku, oryginał czytało mi się świetnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że oryginał też by mi się nie spodobał :) Moje wydanie jest ze Świata Książki,w przekładzie Z. Naczyńskiej. Ja wolę film, bo jakoś łatwiej mi znieść postać Bridget. Ale każdy ma swój gust :)

      Usuń
  5. A ja tam podobnie jak koleżanka powyżej lubię i film i książkę - mają swój urok :)
    Pozdrawiam i zapraszam do mnie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Czytałam po polsku i w oryginale i mam takie same odczucia :) Tak w ogóle skończyłam wczoraj czytać Poradnik pozytywnego myślenia i mam odczucie, że autor książki pluł sobie w brodę po ekranizacji, że sam tego tak nie wymyślił, bo w ekranizacji zmienili sporo rzeczy na ogromny plus, które lepiej wyglądają na ekranie, ale również lepiej wyglądałyby w książce. Zerknęłam na twoją opinię, również poszło mi ekspresowo - 3 wieczory. Te same odczucia jeśli chodzi o football, wciąż to samo, to samo i to samo.. Ale pozytywnie :) Chociaż mam wrażenie, że naiwniej niż na filmie.

    OdpowiedzUsuń
  7. jak panowała moda na Bridget to jej unikałam, dopiero w te wakacje się do książki i filmów i co jak co ale muszę przyznać że na odstresowanie się jest to dobra recepta, chociaż drażniła mnie forma w jakiej książka została napisana, niedawno przeglądałam w księgarni trzecią część po angielsku, ale zaraz ją odłożyłam na bok, poczekam aż pojawi się po polsku/ niemiecku :P

    OdpowiedzUsuń
  8. ha, też czytałam to jako nastolatka ;] i w sumie faktycznie, nigdy do książki nie wróciłam, acz psów na niej nie wieszam - zbyt wiele czasu minęło od tamtej pory. nigdy nie uważałam też, że jest gruba, wiem, że Renee przytyć musiała, ale ot, nic szczególnego.
    a film w sumie też dotyczy mnie mało, ale humor poprawia - fenomen ;)

    OdpowiedzUsuń