12 grudnia 2014

Historia pewnego zniknięcia


Salinger  David Shields, Shane Salerno

źródło

"Salinger był osobowością niezwykle złożoną, zbudowaną z przeciwieństw. Przez ostatnie pięćdziesiąt pięć lat długiego życia wcale nie był pustelnikiem, jak się powszechnie sądzi. Przeciwnie: dużo podróżował, wdawał się w romanse, pielęgnował stare przyjaźnie, żywo interesował się wszelkimi produktami kultury masowej i robił rzeczy, które krytykował w swojej prozie."*

Gdyby mnie ktoś wcześniej zapytał, co wiem na temat J.D. Salingera, odpowiedziałabym jednym zdaniem: autor jednej bestsellerowej powieści, który bardzo szybko zniknął z życia publicznego. Buszującego w zbożu przeczytałam dawno temu, głównie z ciekawości i z przeświadczeniem, że taką literaturę warto znać. Jedyne, co zapamiętałam z tej lektury to to, że Holden ma jakąś niezrozumiałą dla czytelnika potrzebę wyrzucenia z siebie myśli. I na tym skończyło się moje zainteresowanie ty autorem.

Jakiś czas temu wpadła mi w ręce najnowsza książka dotycząca życia Salingera w języku angielskim. Zaintrygowała mnie, ponieważ nie wyglądała jak typowa biografia, która opisuje kolejne lata życia pisarza... To, co się działo z Salingerem po zniknięciu dla większości osób było zagadką. Żadna dotychczasowa biografia nie odpowiedziała w sposób wiarygodny na nurtujące pytania wiernych czytelników. A David Shields i Shane Salerno nie tylko udzielili odpowiedzi, ale poszli o krok dalej - pokazali życie Salingera widziane oczami ludzi, którzy go znali. Więc jak tylko pojawiło się polskie tłumaczenie, chętnie zabrałam się za czytanie.

Salinger udzielił w życiu tylko jednego wywiadu (czego z resztą potem żałował). Bardzo chronił swoją prywatność i był zdania, że czytelnicy nie muszą dużo o nim wiedzieć. Mają skupić się na tym, co chce im przekazać w swoich tekstach, a nie na tym jakim samochodem jeździ, ile ma dzieci i czy lubi jeść naleśniki na śniadanie. Nigdy nie pozwolił, by w jakikolwiek sposób naruszono jego twórczość - nie pozwalał redagować swoich tekstów i zablokował jedną z pierwszych publikacji na swój temat. Jak więc opisać życie i twórczość kogoś, kto wyraźnie sobie tego nie życzy, utrudniając nawet zrobienie zdjęcia?

David Shields i Shane Salerno zabierają czytelnika w podróż po życiu Salinger dzięki dwóm źródłom. Pierwsze to nigdy nie publikowana korespondencja pisarza, którą prowadził w latach 1944-2008, a drugie źródło to przeprowadzone wywiady z ponad 200 osobami, które miały z Salingerem kontakt. Mamy więc możliwość poznać życie pisarza widziane oczami jego bliskich, przyjaciół, przewodników duchowych, kochanek, kolegów ze szkoły, redaktorów i wydawców, nauczycieli, towarzyszy broni, a także wielbicieli i recenzentów jego twórczości. Możemy też zajrzeć do fragmentów nieznanych wcześniej opowiadań Salingera, które publikował na początku swojej kariery w gazetach i nie pozwolił na wydanie ich w formie książkowej. Dotarcie do wszystkich dokumentów oraz osób, zajęło autorom 9 lat. W tym czasie przekopali się przez tysiące archiwów i zjeździli cały świat by odnaleźć swoich rozmówców.

Cała biografia jest napisania w sposób ''mówiony", składa się głównie z przytoczonych fragmentów wywiadów, które są uzupełniane przez autorów. Dzięki temu bardzo dobrze się ją czyta i nie trzeba wgryzać się w żadne interpretacje słów. Po lekturze wyłania się bardzo ciekawy portret pisarza, który cały czas uważany jest za autora jednej powieści. Salinger był przede wszystkim autorem opowiadań, raczej nie przygotowanym na gigantyczny sukces. Napisanie Buszującego w zbożu zajęło mu dziesięć lat, a po entuzjastycznym przyjęciu zaczął żałować, że książka została wydania. Zniknął z życia publicznego, ale nigdy nie przestał pisać. Dlaczego? Tego dowiedzie się z tej książki.

Ta również opowieść o fenomenie jakim był (i nadal jest) Buszujący w zbożu. Dla jednych to książka genialna, ważna w pewnym etapie życia, a dla innych kompletna nuda. Biblia dla zbuntowanych nastolatków i przewodnik dla morderców. Najważniejszy odzew miała głównie w Ameryce i tam ją najlepiej przyjęli czytelnicy. Jednak kiedy przeczyta się o życiu Salingera, całkowicie inaczej patrzy się na tę powieść. Warto to samemu sprawdzić. Polecam.

Moje serdeczne podziękowania dla Domu Wydawniczego PWN za możliwość recenzji. 


* Cytat za: David Shields, Shane Salerno Salinger, wyd. Dom Wydawniczy PWN, Warszawa 2014, s. 14

30 listopada 2014

Miszmasz # 9

W telegraficznym skrócie.


W tym roku kompletnie zaniedbałam bloga. Przerzuciłam się na pisanie w notatniku i przelewaniu na papier wymyślonego świata. Myślałam już, że nie uda mi się zatrzymać tej tendencji spadkowej w publikowaniu postów, ale listopad przyniósł mi kilka niespodzianek. Mam nadzieję, że w kolejnych miesiącach częściej będę tu bywać.

Filmy. Listopad pod tym względem jest bardzo słaby. Obejrzałam tylko cztery produkcje, z czego tylko dwie zapadły mi w pamięć. Pierwsza to Gdzie jesteś, Amando w reżyserii Bena Afflecka. Dobry i trzymający w napięciu film, który zostawił mnie z pytaniem: czy zawsze trzeba działać według zasad, gdy inne rozwiązania wydają się lepsze? Druga produkcja to Na skraju jutra. Lubię filmy akcji z Tomem Cruise, a tu mu partneruje rewelacyjna Emily Blunt. Fabuła jest tak wciągająca, że nawet nie zorientowałam się, kiedy minęły dwie godziny. Aż go sobie za jakiś czas obejrzę ponownie.

Książki. Właśnie skończyłam jedną z najciekawszych biografii ostatnich lat. Wkrótce napiszę o niej kilka słów. A kolejce czekają:


Ptaki ciernistych krzewów Colleen McCullough - na podstawie tej książki powstał słynny serial, który widziałam w urywkach, gdy puszczali go w tv. Zanim jednak obejrzę go w całości, sięgnę po tekst źródłowy.

Jeszcze jeden dzień Mitch Albom - bardzo mi się podobało Pięć osób, które spotkamy w niebie, więc ciekawa jestem innych książek Alboma.

Trzech panów w łódce nie licząc psa Jerome K. Jerome - kilka osób polecało mi tę książkę, wręcz mnie namawiało do przeczytania. I w końcu wylądowała w mojej bibliotece.

Wyspa na prerii Wojciech Cejrowski - uwielbiam gawędziarki styl Cejrowskiego i lubię wracać do jego książek, stąd własny egzemplarz.

Miasto szkła Cassandra Clare - mam słabość do książek młodzieżowych. Clare dobrze się czyta, bo ma talent do wymyślania ciekawych bohaterów i pisania błyskotliwych dialogów.

Jedwabnik Robert Galbraith - już nie mogę doczekać kolejnego spotkania z bohaterami. Mam też nadzieję, że autor(ka) znów mnie zaskoczy.

Tyle. Dziś się dowiedziałam, że czeka mnie długa przerwa świąteczno-noworoczna w pracy, więc będzie czas na czytanie :)

24 listopada 2014

"W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit."


"Hobbit, czyli tam i z powrotem" J. R.R. Tolkien


empik.com
Podczas poprawiania prac egzaminacyjnych, Tolkien zatrzymał się na nad pustą stroną pozostawioną przez studenta i bez zastanowienia napisał: W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit. Potem zaczął zastanawiać się kim jest ten hobbit i dlaczego mieszka w norze. Po długich dość poszukiwaniach świat literatury otrzymał jedną z najwspanialszych krain fantasy - Śródziemie.

Hobbita pierwszy raz przeczytałam w wieku 13 lat. Właśnie ogłoszono rozpoczęcie zdjęć do Władcy Pierścieni w reżyserii Petera Jacksona, więc chciałam się najpierw zapoznać z książką. Wtedy mój brat doradził mi, bym w pierwszej kolejności sięgnęła po Hobbita. Dzięki temu łatwiej mi będzie czytać o przygodach w Śródziemiu. Do dziś mu dziękuję za tę radę. Wiele lat później wróciłam kilka razy do lektury i wyniosłam z niej jeszcze więcej, niż za pierwszy razem.

Historia Bilba Bagginas, który postanawia opuścić swoją wygodną norę, by wyruszyć z krasnoludami w niebezpieczną podróż, jest po prostu cudowna. Opowiedziana z humorem, w gawędziarskim tonie i z licznymi zwrotami do czytelnika, wciąga od pierwszej strony. Tolkien nie tylko opisuje przygody swoich bohaterów, ale wpłata w nie mnóstwo plastycznych i dokładnych opisów Śródziemia, a także czasami zdradza, co się działo z bohaterami w przyszłości. Po przeczytaniu, ciężko jest ten magiczny świat opuścić.

Przywykło się mówić, że Hobbit jest prologiem Władcy Pierścieni. Jest to pomysł wydawcy, który według Tolkiena kompletnie nie miał sensu. Hobbit został napisany i wydany jako bajka dla dzieci i tak powinna być traktowany. Oczywiście fabularnie wiele go łączy z Władcą, ale pod względem gatunku, to zupełnie co innego. Władca jest powieścią poważniejszą, dojrzalszą i bardziej złożoną.

Jeśli jeszcze nie czytaliście Hobbita, a lubcie fantasy (są jeszcze tacy czytelnicy?:)) - to koniecznie sięgnijcie po tę pozycję. Natomiast jeśli interesują was tylko przyziemnie historie, to zdecydowanie wam odradzam - wynudzicie się. Osobiście znam kilkanaście takich przypadków, więc wiem co piszę ;)

11 listopada 2014

Wielki natłok powtarzających się recenzji

Ostatnio w swojej skrzynce mailowej znalazłam zaproszenie na premierowy pokaz filmu "Gość". Bardzo mnie zdziwiło, że znalazłam się w gronie (zapewne dużej ilości) zaproszonych. Nie prowadzę bloga regularnie i nie dążę do ogromnej popularności, a jakoś mnie znaleźli... Nie wybrałam się na ten film z dwóch powodów. Po pierwsze terminy i godzina mi nie odpowiadały, po drugie nie byłabym w stanie zmusić się do szybkiego napisania recenzji. Po jakimś czasie przeglądam internet i widzę kilka bardzo podobnych do siebie tekstów zachwalających ten film.


Ta sytuacja przypomniała mi rozmowę z Suzarro na temat pisania recenzji filmów kinowych. Żadna z nas nie lubi pisać "na bieżąco" za każdym razem, gdy wyjdzie z kina. Dla Suzarro bycie na czasie jest nudne i ma dość czytania podobnych tekstów, które pojawiają się w ciągu kilku dni od premiery. Ja z kolei mam tak, że po obejrzeniu nowego filmu wolę go z kimś "przegadać" niż o nim napisać. Z resztą, gdy przeglądam po seanse opinie to zawsze irytuje mnie to, że niektórzy recenzenci próbują udawać, że znają się bardzo dobrze na kinie.

Obserwując recenzje filmowe dochodzę do wniosku, że teraz panuje jakaś wzmożona moda na oglądanie premier. Większość zdecydowanie czuje obowiązek napisania recenzji o filmie, który właśnie wszedł na ekrany kin. A jeśli to film, na który świat czeka od kilkunastu miesięcy, to tym bardziej trzeba pisać. A już w ogólne trzeba napisać, jak zapraszają na pokaz przedpremierowy. I musi być to koniecznie w dniu premiery, najpóźniej na drugi dzień. Trochę tutaj ironizuję, ale jak przyjrzałam się dziesięciu blogom, to ponad połowa piszę o tym samym filmie. Żeby nie było, nie mam z tym żadnego problemu :) Mój blog nie jest nastawiony na nowości. Podążam własną ścieżką kulturalną i nie zamierzam jej porzucać na rzecz mody czy popularności.

Zastanawia mnie tylko czy pisanie o każdej nowości na sens. Na własnym przykładzie wiem, że jak napiszę o czymś nowym, to odzew jest mały, wiele osób filmu jeszcze nie widziało. Dowiaduję się tylko, że chętnie go zobaczą. I nici z dyskusji. A przecież piszmy, bo chcemy dyskutować, a nie czytać pochwały. A ciekawa dyskusja może się wywiązać nawet jak się filmu nie widziało, ale o tym się raczej zapomina. Z drugiej strony, jak trafnie zauważyła Suzarro, jak przeczyta się tyle podobnych recenzji, to samemu nie chce się już pisać i komentować, bo ma się wrażenie że nic się nie ma do dodania.... Inaczej ma się sprawa, gdy w grę wchodzi popularność i liczba obserwujących. Im bardziej znany blog, tym więcej komentarzy i odnośników do innych recenzji. Można pisać, dyskutować i jest super. Tyle że w takiej sytuacji śmieszą mnie niektóre bardzo rozbudowane recenzje, jakby piszący chcieli się pochwalić całą swoją filmową wiedzą. A wcześniej pisali bardzo ciekawe testy, które wychodziły poza ramy klasycznej opinii. Co za dużo, to nie zdrowo. Gdzieś zniknął umiar :) I popularność uderza do głowy.


Na szczęście w moich obserwowanych blogach po prawej stronie są zawsze ciekawe recenzje do przeczytania :) Niektórych śledzę od samego początku i widzę jak zmienia się i kształtuje ich styl pisania recenzji. Te obserwacje wynikają z mojego wykształcenia i nie jestem w stanie tego powstrzymać :)

Tyle w takim temacie. A dodam jeszcze, że na portalach filmowych coraz częściej natrafiam na recenzje, które ciężko zrozumieć (tutaj wzorcem są Ł. Muszyński i M. Walkiewicz z Filmwebu - ich tekstów nie potrafię przetrawić). Wolę więc czytać recenzje użytkowników, a nie redakcji. Niektórzy filmoznawcy z wykształcenia jeszcze nie wbili sobie do głowy, że pisząc recenzję powinni używać bardziej przystępnego języka, zrozumiałego dla wszystkich. W ogóle o zmianach Filmwebu powinnam napisać oddzielną notkę...

Koniec teorii. Następnym razem będzie o przygodach w Sródziemiu... :)

31 października 2014

Trzy filmy z...

Taką sobie wymyśliłam serię postów. Filmy, których jeszcze nie widziałam z filmografii losowo wybranego aktora lub aktorki. Nie ma znaczenia czy to była rola pierwszoplanowa czy epizod.


Pierwszy aktor w serii: ROBIN WILLIAMS

Fisher King (1991)


Nie miałam wcześniej styczności z twórczością Terry'ego Gilliama (w ogóle jestem chyba jedną z nielicznych osób, która mało wie na temat grupy Monty Pythona), więc nie wiedziałam czego mam się spodziewać po tym filmie. Obejrzałam go, zachęcona pozytywnymi opiniami. I nie zawiodłam się. Fisher King ma cudowny baśniowy klimat, wciąga od pierwszych minut i na długo pozostaje w pamięci. To historia ludzi, którzy znaleźli się na życiowym zakręcie. Jack stracił pracę w radio po tym, jak jego nieprzemyślana wypowiedź na antenie doprowadziła do tragedii. Perry to bezdomny, były profesor historii, który po śmierci żony żyje w świecie fantazji i poszukuje św. Graala. Ich kompletnie przypadkowe spotkanie wiele zmieni w ich życiu.
Mimo baśniowej koncepcji, ten film jest do bólu prawdziwy: niespodziewany upadek ze szczytu zawsze jest bolesny, wypowiedzianych słów nigdy nie można cofnąć, a utrata kogoś bliskiego może zagnać człowieka w bardzo mroczne rejony. Ludzie na zakręcie inaczej postrzegają świat, gubią się w podejmowanych decyzjach, bo świat nie zawsze łaskawie na nich patrzy, ale walczą.
Fisher King to według mnie filmów dwóch aktorów: Robina Williamsa i  Mercedes Ruehl. Williams stworzył genialną rolę, balansując na krawędzi komizmu i dramatyzmu A Ruehl stworzyła portret kobiety silnej i mocno stąpającej po ziemi.
Ocena: 8/10




Związki homoseksualne to temat bardzo kruchy i niełatwy w realizacji. Dobrych filmów o tej tematyce jest niewiele. Klatka dla ptaków to właśnie jeden z tych wyjątków. Kapitalna komedia, z inteligentnym poczuciem humoru. I ze świetną obsadą. O czym jest ten film? To historia Armanda i Alberta, którzy żyją w zgodnym związku od wielu lat. Prowadzą razem klub nocny i wspólnie wychowują syna Armanda - Vala. Pewnego dnia Val oznajmia, że się żeni. Jego wybranką jest córka konserwatywnego senatora. Jako, że przyszły teść nie wie nic o rodzicach Vala, musi on ten fakt chwilowo zatuszować. Prosi więc ojca, o uprzątnięcie mieszkania ze wszystkich dwuznacznych przedmiotów oraz... Alberta. Niestety nic nie idzie zgodnie z planem...
Dawno tak się nie uśmiałam. Humor jest tu wyśmienity, nie grubiański czy obijający się o stereotypy (na szczęście o nich w ogóle nie ma mowy). To świetnie napisana historia, z bardzo wyrazistymi postaciami, które od razu można polubić. Oprócz dobrego scenariusza, film jest świetnie zagrany. Genialny Robin Williams jako Armand, cudowny Nathan Lane jako Albert (scena, kiedy Albert uczy się męskiego zachowania - majstersztyk), kapitalny Gene Hackman (ostatnia scen ;)) i urocza Dianne Wiest.
Jeśli nie widzieliście wcześniej tego filmu, to polecam go nadrobić.
Ocena: 8/10




Zdjęcia są po to, by utrwalać tylko piękne chwile. To nimi zawsze się chwalimy, tworząc iluzję, że mało kiedy dotyka nas coś złego. I o tym jest ten film. Sy Parrish jest samotnikiem, pracującym w punkcie fotograficznym supermarketu. Codziennie wywołuje zdjęcia, zna się na nich jak mało kto. Ma jednak małą tajemnicę: kolekcjonuje zdjęcia rodzinie swojej ulubionej klientki. Na podstawie zdjęć, jakie Nina Yorkin przynosi do wywołania, Sy stworzył sobie obraz idealnej rodziny, do której chętnie by należał. Kiedy przypadkowo odkrywa, że w rodzina Yorków ma problemy, postanawia jej pomóc...
Niezły film, z ciekawym zakończeniem. Ale jest to film jednego aktora. Williams świetnie pokazał dramat człowieka skrzywdzonego w dzieciństwie. Człowieka, który żyje w świecie zdjęć innych ludzi, marząc by być ich częścią. I mimo dobrych intencji, jego zachowanie przeraża. Bo spokój potrafi być nieobliczalny.
Ocena: 7/10

P.S. Zdążyłam przed końcem października ;) Mam nadzieję, że w listopadzie będzie więcej notek. W końcu za tydzień szykuje mi się długi weekend ;)
P.S. 2. Suzarro pamiętam o mojej obietnicy notki. Pojawi się wkrótce.

24 września 2014

"Nowe oblicze Greya" E.L. James

www.empik.com
W końcu zebrałam się w sobie i napisałam ostatnią recenzję językową grafomańskiego fenomenu. Czytanie ostatniej części było potrójnym przejściem przez mękę. Serio. Jak można było stworzyć coś tak słabego? Jak można pisać przez większą część książki o jednej scenie w wielu wariantach? Jak można ostatecznie zrobić z głównej bohaterki kretynkę, a pozostałym postaciom nie dać możliwości rozwoju? Po przeczytaniu książki miałam w Wordzie ponad 20 stron błędów, idiotycznych zdań i beznadziejnych dialogów. Tak mnie ta część zirytowała, że nie miałam siły na pisanie - zabierałam się za to od stycznia...

Pani E. L. James po raz trzeci nie zaskoczyła czytelnika niczym nowym. Pisząc ostatnią książkę nie przyszło jej do głowy, by wymyślić nowe dialogi, zwroty czy zachowania. W końcu jej bohaterowie nie stoją w miejscu i używają mózgu! Ale po co rozwijać pisarską finezję, skoro są sprawdzone schematy? Tak więc, Ana nadal gada w kółko to samo, kiedy mówi Greyu. Ciągle zwraca się do bezpośrednio do czytelnika, choć opisuje wydarzenia, a nie je opowiada. Cały czas burczy, jest skonsternowana i nieustannie zadaje pytanie "jak on to robi". Przez całą książkę Ana i Christian próbują dojść do jakiegoś rozwiązania w sprawie ich wspólnego życia, ale dochodzą tylko w jednej kwestii (wiadomo jakiej). Do znudzenia Ana powtarza, że Christian w każdym ciuchu wygląda cudownie, fantastycznie, elektryzująco i podniecająco (jakbyśmy tego nie wiedzieli po pierwszej części). Poza tym, nie wiem po co i dlaczego, Ana musi opisywać strój każdej napotkanej kobiety (nawet pielęgniarki w szpitalu). A, i za dużo gada sama do siebie.

18 września 2014

Książki ukochane

Nie przepadam za łańcuszkami, ale skoro nominowała mnie Suzarro, to nie mogłam odmówić :)

10 książek, które miały na mnie wpływ

Postanowiłam tę listę połączyć z moim corocznym świętem. Stali czytelnicy wiedzą, że 18 września to moja data urodzin. Więc książkowa lista to moje małe czytelnicze podsumowanie. Zamieszczam w niej ulubione i ukochane książki, do których wracam i do których zawsze będę mieć sentyment. Przedarcie się przez całe moje czytelnicze życie łatwe nie było, ale udało mi się wyłowić te najważniejsze pozycje. Kolejność prawie chronologiczna.

2 września 2014

W kilku słowach...



O tym filmie czytałam same złe recenzje, a najczęściej powtarzający się w nich argument: kiepska ekranizacja książki Janet Evanovich. Nie znam książek Evanovich i pewnie w najbliższej przyszłości po nie sięgnę, ale film postanowiłam obejrzeć. Głównym powodem była Katherine Heigl. Może to zabrzmi dziwnie, ale lubię ten jeden typ dziewczyny z sąsiedztwa, który prezentuje w każdej produkcji. Filmy z jej udziałem może i nie są najwyższych lotów, ale doskonale sprawdzają się, gdy potrzebna jest rozrywka po ciężkim tygodniu pracy. Tym razem zagrała spłukaną kobietę, która musi jak najszybciej znaleźć zajęcie i kasę. Zostaje więc łowcą głów... w świetnych ciuchach.
Ocena: 6/10




Film o rodzinie pisarzy. A dokładniej o miłości w rodzinie pisarzy. Piękny wizualnie, życiowy, bardzo klimatyczny. I świetnie zagrany. Jennifer Connelly, Greg Kinnear, Logan Lerman i Lily Collins razem doskonale wypadają. Jeśli lubicie spokojne filmy na długi jesienny wieczór, to koniecznie go zobaczcie. I niech was nie zniechęci idiotyczny polski tytuł: "Bez miłości ani rusz".
Ocena: 7/10


Ida (2013)


Idę obejrzałam, bo wszyscy o niej mówili, wszyscy zachwalali. I to chyba nie był dobry moment, bo w takich sytuacjach nie skupiam się na historii, ale na opiniach. Więc oglądając ten film chodziła mi po głowie myśl - gdzie jest to arcydzieło? Dla mnie to tylko dobry film. Kameralny, wyciszony, z bardzo dobrym aktorstwem. Zwykli ludzie, mający w swoim życiu wiele poplątanych sytuacji, szukają prawdy. To fascynująca tematyka. Po seansie wiele pytań kłębiło mi się w głowie, ale nie miałam ochoty szukać na nie odpowiedzi. Po prostu w złym czasie obejrzałam ten film. Powinnam poczekać, aż ucichnie medialny szum.
Ocena: 7/10





To był wyjątkowo miły seans. Bardzo subletna opowieść o zderzeniu młodzieńczych idealów z dorosłością. Czas nie zawsze jest sprzymierzeńcem człowieka, ale trzeba nauczyć się go akceptować. To właśnie wyniosłam z tego filmu. Świetna Elizabeth Olsen i bardzo dobry epizod Zaca Efrona. Jednak mimo pozytywnego odczucia, raczej do tego filmu nie wrócę.
Ocena: 6/10




Trzech kumpli postanawia zostać singlami, bo kobiety w pewnym momecie związku chcą czegoś więcej niż seksu i dobrej zabawy. Wspólny pakt nie trwa jednak długo, bo w polu widzenia pojawiają się wymarzone kobiety. Prosta i łatwa do przewidzenia fabuła, głupkowate żarty i ciągłe gadanie o seksie. Zaśmiałam się jakieś trzy razy. Żaden aktor mnie do siebie nie przekonał, a Imogen Poots wygląda w tym filmie strasznie. Nigdy więcej tego typu komedii.
Ocena: 4/10

19 sierpnia 2014

Klaudyna kontra Obcy

Jeszcze kilka lat temu nie przypuszczałam, że zdobędę się na odwagę i obejrzę Obcego. Filmy z takiej tematyki omijam szerokim łukiem, wzbudzają we mnie wstręt i niesmak, ale jakiś czas temu postanowiłam zobaczyć co mnie tak przeraża.

Przyznaję, że do każdego seansu musiałam się trochę zmuszać. Sam potwór z kosmosu nie jest estetycznie piękny, więc jego widok mocno mnie zniechęcał. Obiecałam jednak, że obejrzę i zrecenzuję, więc starałam się przezwyciężyć to uczucie. Poniżej efekty.

Źródło rewelacyjnych plakatów: KLIK




Najbardziej nudny. Pierwsza część Obcego uważna jest za kultową. Ridley Scott postawił na klimat i powolne tempo akcji. Stopniuje napięcie, by zaskoczyć widza. Mnie nie zaskoczył, raczej śmiertelnie znudził. Cały czas czekałam aż coś się wydarzy, na jakieś prawdziwe wow. Dopiero końcowe sceny obudziły mnie z letargu. W ogóle film ma kilka fabularnych niedorzeczności. Przykład? Kwarantanna. Facet ma na twarzy obcego i leży odizolowany. W pewnym momencie ten obcy znika. I co robi reszta załogi? Wpada do pomieszczenia i zaczyna je przeszukiwać, zostawiając otwarte drzwi. Na tym etapie fabuły bohaterowie jeszcze nie wiedzą, że to coś jest martwe. Więc gdzie ta ostrożność, o której wspominała Ripley kilka scen wcześniej? Bez sensu.




Najwięcej akcji. Dla mnie to najlepszy film z całej serii Obcego. Za scenariusz i reżyserię odpowiedzialny jest James Cameron, więc nie ma mowy o monotonnym budowaniu napięcia. W końcu coś się dzieje. Klimat przeplatany jest atmosferą grozy i scenami akcji, co nadaje fabule płynności. I jest więcej informacji o samym Obcym. Cameronowi zarzuca się, że odszedł od koncepcji naukowej, na rzecz walki i wybuchów. Moim zdaniem to dobre posunięcie - ludzie odkryli już nowy gatunek drapieżnika w kosmosie i nie skończyło się to dobrze. Więc teraz muszą z tym walczyć. Zamiast tego mieliby znów coś odkrywać? Byłoby znów nudno.


Obcy 3 (1992) 


Najbardziej refleksyjny. Debiut fabularny Davida Finchera idzie jeszcze w innym kierunku niż dwa poprzednie filmy. Trzecia część jest klaustrofobiczna, ponura, pełna metaforyki, symboli i wychodzi trochę poza schemat kina science fiction. I to, co moim zdaniem jest najmocniejszym punktem filmu - walka z obcym bez użycia broni. Ludzki umysł kontra maszyna do zabijania - kto, kogo przechytrzy? I mimo, że nie ma tu wielu zwrotów akcji, lepiej się tę część ogląda niż film Ridleya. Świetne jest też zakończenie - jedno z najlepszych jakie widziałam. Smutne, a jednocześnie dające nadzieję. I na tym powinna skończyć się historia o Obcym. Ale producenci postanowili jeszcze zarobić...




Najbardziej krwawy i obrzydliwy. Film, który wyreżyserował Jean-Pierre Jeunet, mógłby nigdy nie powstać. Ma wiele naciąganych i niedorzecznych wątków. Choćby główny. Ripley w trzeciej części została nosicielem obcego - królowej. A takie coś to nie ma nic wspólnego z ciążą - obcy zawsze wyskakiwał z klatki piersiowej. A scenarzyści czwartej części wymyśli sobie, że Ripley będzie mieć matczyne odruchy... Po kolejnym klonowaniu udaje się wyciągnąć obcego. Nacięcie robią poniżej pępka, jakby Ripley była w ciąży. W kolejnym ujęciu, gdy sprawdzają blizny, lekarz patrzy na klatę piersiową, a nie na brzuch. Kompletnie bez sensu. Całość to taka fabularna papka, mimo że wraca do koncepcji naukowej. Tak zmasakrować serię potrafią tylko nadziani producenci bez krzty zmysłu artystycznego.

-------------

Mam już za sobą przygodę z Obcym. Jak widzicie, postanowiłam nie stawiać ocen w skali 1-10. Obejrzałam te filmy z ciekawości i nie chcę oceniać ich na siłę. Wtedy oceny na pewno byłby niskie (bo nie lubię tego typu filmów). A tak mogę powiedzieć, że filmy widziałam, że podobało mi się aktorstwo, kilka wątków fabularnych, muzyka budująca nastrój i efekty specjalne, które jak na tamte czasy są świetne. Seans zaliczony.
A jakie są wasze odczucia? :)

12 sierpnia 2014

Robin Williams (1951-2014)


Ta wiadomość spadała dziś rano jak grom z jasnego nieba. Szok, pewnie nie tylko dla mnie - zmarł jeden z najwybitniejszych aktorów.

Uwielbiałam go od dzieciństwa. Wiele filmów widziałam po kilka razy i zawsze będę do nich wracać. Wszyscy znamy jego najlepsze role, ale ja szczególnie zapamiętam go jako Adriana Cronauera.



Świat filmu już nigdy nie będzie taki sam...

6 sierpnia 2014

"Bo w życiu trzeba być troszeczkę niemożliwym" - rodzinna podróż sentymentalna

Moje blogowanie jest głównie związane z kulturą, ale dzisiejszy wpis będzie trochę inny, choć nadal w tematyce :) Dziś będzie rodzinnie.

Pewnie już nie raz wspominałam, że mam starszego brata. Pojawiał się przy okazji wspomnień z dzieciństwa lub wspólnych wypadów do kina. Ostatnio sobie wymyślił, że powinnam poświęcić mu wpis na blogu. Pomysł był spontaniczny i zapewne mało przemyślany, ale postanowiłam go zrealizować :) Zapraszam Was w małą i lekko chaotyczną  podróż kulturalną po życiu mojego brata.

31 lipca 2014

The Wes Anderson Collection

Jedną z zalet mojej pracy z książkami jest to, że każdy tytuł mogę kupić o wiele taniej niż w księgarni. Cudowna sprawa, zwłaszcza gdy w grę wchodzą książki zagraniczne - dzięki takiemu małemu przywilejowi do mojej małej biblioteki dołączyła ta oto książka:

The Wes Anderson Collection 
by By Matt Zoller Seitz, Wes Anderson, and Eric Anderson

źródło
Poniżej zdjęcie dla uwiarygodnienia, że książkę posiadam ;)


Wes Anderson konsekwentnie tworzy oryginalne kino. Pokazując na ekranie swój wymyślony świat stał się, w ciągu ostatnich dwóch dekad, jednym z najbardziej wpływowych głosów amerykańskiego kina. Znany jest z niepowtarzanego kunsztu i cudownej strony wizualnej swoich filmów. Ci, co tak jak ja kochają jego filmy, wiedzą o czym piszę. Z jednej strony jest prawdziwy zachwyt nad tym co się widzi na ekranie, ale z drugiej pojawiają się pytania o pomysły reżysera. Jak on to robi?

Wes Anderson Collection zabiera czytelnika w podróż po świecie reżysera. Nie tylko po tym filmowym, ale także prywatnym. Bo wszystko to, co spotyka na swojej drodze Anderson, jest inspiracją w pracy. Album jest wydany w cudownym "andersonowskim" stylu. Jest starannie zaprojektowany w duchu jego filmów. Zawiera wcześniej nie publikowane zdjęcia, grafiki i rysunki reżysera z wszystkich jego filmów, nakręconych do 2013. (Szkoda, że nie poczekali rok jak światło dzienne ujrzał Grand Budapest Hotel). Całość jest uzupełniona długim wywiadem jaki przeprowadził z Andersonem Matt Zoller Seitz - wielokrotnie nagradzany krytyk, finalista nagrody Pulitzera i wnikliwy obserwator twórczości reżysera.

Kilka stron możecie zobaczyć na brytyjskim Amazonie  - klik


Na razie zachwycam się albumem i czytam wyrywkowo. Angielski nie jest dla mnie ogromnym problemem, choć pewnie nie obejdzie się bez pomocy słownika. Jak tylko skończę wszystkie moje czytelnicze plany, zabieram się za czytanie od deski do deski.

W międzyczasie obejrzę sobie (po raz kolejny) Grand Budapest Hotel. Nawet mieszkający ze mną kot, wie że to dobre kino :D

Znając Lulę, ten hotel byłby dla niej rajem ;)

P.S. Jeśli zaczynacie swoją przygodę z twórczością Wesa Andersona, nigdy nie zabierajcie się najpierw za Pociąg do Darjeeling. To jest film specyficzny i nie nadaje się na pierwsze spotkanie z twórczością reżysera. Wysłuchałam już kilku opinii z takiej sytuacji, więc wiem co piszę ;)

26 lipca 2014

Miszmasz # 8

W telegraficznym skrócie.



Dziś będzie filmowo, krótko i treściwie. Musiałam szybko coś wykombinować, by mi lipiec nie zniknął z archiwum ;) Gdzieś tam w między czasie zaczęłam pisać dwa nowe posty, ale żeby je opublikować potrzebuję czasu na poszukanie informacji. Jak zwykle w starciu :Klaudyna konta czas, Klaudyna przegrywa :/ A miałam na początku roku tyle planów...

Sprawa pierwsza: kilka ostatnio obejrzanych filmów, które w ogóle mi się nie podobały. Jestem zwolennikiem teorii, że złe filmy też trzeba oglądać i o nich dyskutować, ale czasem po prostu się nie da.

Wkręceni (2014) - przypomniałam sobie o tym filmie tylko dlatego, że widziałam ostatnio Kamillę Baar w moim miejscu pracy. A o tym filmie chciałabym zapomnieć. Nie wiem dlaczego polscy filmowy na siłę próbują przemycić do rodzimego kina zachodnie wzorce fabularne. Za każdym razem to się nie sprawdza, ale oni za każdym razem to robią. Wkręceni mają w miarę dobry początek, ale potem jest coraz gorzej. Fabuła coraz bardziej irytuje, żarty są coraz głupsze, a zakończenie woła o pomstę do nieba.

Kroniki portowe (2001) - nudna była książka i nudny jest film. Wolne tempo, brak kontrastów, irytujący główny bohater. To wszystko sprawiło, że cała ważna treść i przesłanie gdzieś mi uciekło. Więcej takiej męki nie zniosę, choć generalnie jestem cierpliwa.

Watchmen. Strażnicy (2009) - myślałam, że to będzie wielkie coś. Że film wbije mnie w fotel i obejrzę go z wypiekami na twarzy. W końcu chodzi o superbohaterów! Ale niestety, zawiodłam się. Fabuła ciągnęła się jak flaki z olejem, sprawdzałam co chwila ile jeszcze do końca czasu zostało. Nawet aspekty techniczne filmu nie pomogły.

Obcy kontra Predator (2004) - pewnie zastanawiacie się, po co ja to obejrzałam? Cóż, byłam w towarzystwie i nie ja wybierałam tytuł do oglądania. W sumie to się nawet ubawiłam, bo co chwila wymienialiśmy się z kolegą głupimi komentarzami. Nie wiem po co powstał ten film. Chyba nie mieli co zrobić w pieniędzmi. Ale po Obcego pewnie sięgnę. Odważna jestem.


Sprawa druga: Najbardziej poprawiający humor seans kinowy: Transformers: Age of Extinction. Serio! Był taki dzień, gdzie miałam ochotę zniknąć z powierzchni ziemi. Więc koleżanka wyciągnęła mnie do kina. Czwarta odsłona Transformers zrobiona jest przede wszystkim dla pieniędzy, ale co tam - dużo akcji i prosta fabuła są jak miód na zbolałe serce (przynajmniej moje). Brakowało mi starych bohaterów, nowi jakoś specjalnie się nie wykazali (Mark Wahlberg kompletnie tu nie pasuje!!), ale były inne Autoboty i Decepticony - to jest najmocniejszy plus. Ogólnie było trochę śmiechu, trochę irytacji i trochę spoglądania na zegarek. Bo to film zdecydowanie za długi. Ale na poprawę humoru, jak znalazł.


Sprawa trzecia: Znowu będzie szał w mediach. Jeszcze większy niż jest teraz. Po raz kolejny półki w księgarniach zapełnią się literaturą erotyczną najniższych lotów, na pewno z okładką filmową (już pewnie ruszył druk i dodruk). Znów będzie pełno komentarzy, wylewania pomyj na czytających i wtykania nosa w nie swoje sypialnie. Tak, mowa o Pięćdziesięciu twarzach Grey'a.



Pierwszy oficjalny zwiastun jest mało interesujący. Mam wrażenie, że twórcy zrobili wersję ugrzecznioną i wyjdzie z tego kolejna komedia romantyczna. Wtedy wyrządzą krzywdę książce, za którą wiele osób szaleje. Bo nie oszukujmy się - wszyscy chcą zobaczyć jak pokazali "te sceny" (albo jedną scenę w wielu wariantach, jak to woli). Obsada? Córka Dona Johnsona i Melanie Griffith - Dakota nie jest chyba bardzo złym wyborem do roli Any, ale Jamie Dornan - jako Christian Grey mi się nie podoba. Za mało przystojny i nie przyciąga uwagi. Ten zwiastun przypomniał mi, że nie opublikowałam językowej recenzji "Nowego oblicza Greya". Muszę to w najbliższym czasie nadrobić. Tymczasem zmykam kończyć inne teksty do publikacji ;)

24 czerwca 2014

Everyone has an angel...

Sucker Punch (2011)



Everyone has an Angel. A Guardian who watches over us. We can't know what form they'll take. One day, old man. Next day, little girl. But don't let appearances fool you, they can be as fierce as any dragon. Yet they're not here to fight our battles, but to whisper from our heart. Reminding that it's us. Its everyone of us who holds power over the world we create. You can deny angels exist. Convince ourselves they can't be real. But they show up anyway, at strange places and at strange times. They can speak through any character we can imagine. They'll shout through demons if they have to. Daring us, challenging us to fight.

Na Sucker Punch wylano swego czasu kilkanaście wiader pomyj. Liczba negatywnych komentarzy i ocen była (i do tej pory jest) tak duża, że postanowiłam sprawdzić, o co tyle hałasu. Po obejrzeniu przeczytałam kilkanaście recenzji oraz opinie na forach i doszłam do wniosku, że wiele osób chyba nie zrozumiało, o co w filmie chodzi.


W moich poniższych rozważaniach zapewne pojawią się spoilery. Więc jeśli ktoś z Was nie oglądał wcześniej filmu, to czyta ten tekst na własną odpowiedzialność ;)



1 czerwca 2014

Morgan Freeman

Dziś swoje 77 urodziny świętuje Morgan Freemen. 
Numer jeden na mojej prywatnej liście ulubionych aktorów. 
Świetne role i niezapomniany głos.


Ulubione filmy:


24 maja 2014

W kilku słowach...

Czytając opis filmu myślałam, że będzie to kolejna romantyczna (i przewidywalna) historia o nastolatkach. On - Sutter dusza towarzystwa, imprezowicz nie przepadający za nauką. Ona - Aimee - spokojna, wzorowa uczennica, będąca gdzieś na końcu szkolnej drabiny popularności. Poznają się wczesnym rankiem na trawniku przed domem Aimee. Miłość od pierwszego wejrzenia i szczęśliwie zakończenie poprzedzone kilkoma problemami? Niestety nie. Twórcy (500) Days of Summer przyszykowali dla widza niespodziankę. Opowiadają tę historię w bardzo subtelny sposób, pozwalają swoim bohaterom się poznać, zbliżyć i zmierzyć ze swoimi decyzjami. Z jednej strony oglądamy jak Aimee zmienia się pod wpływem Suttera - staje się bardziej odważna i pewna siebie, jak zaczyna darzyć go uczuciem. A z drugiej próbujemy rozgryzać zainteresowanie się Suttera Aimee, bo nie jest ono powiedziane wprost. Tak sobie spokojnie obserwujemy, aż w pewnym momencie następuje zwrot, bohaterowie zmieniają kierunek i mamy wrażenie, że tak musiało być. A potem następuje kolejna wywrotka i... lepiej zobaczcie sami.
Ocena: 7/10




Kiedy kilka lat temu po obejrzeniu zapowiedzi "Pociągu do Darjeeling", od razu stwierdziłam, że nigdy nie sięgnę po ten film. Obce mi wtedy było kino Andersona i nie chciałam mieć nic wspólnego z filmami, które uwzględniają chaos w fabule. Ale jak to mówią, nigdy nie mów nigdy - dorośnij, poczytaj i oglądaj. Dziś duchowa podróż trzech braci dookoła Indii całkowicie mnie wciągnęła. Próba odbudowania więzi rodzinnych, w pewnym zmienia się próbę zapanowania nad postępującym chaosem. Pieczołowicie zaplanowana podróż co chwila zaskakuje zwrotem akcji. I tak naprawdę nie chodzi już o obrany cel podróży, ale samą drogę bohaterów. Ile w tym sensu, nie wiem. Ale dobrze mi się ten film oglądało i miło go wspominam. Poza tym ma naprawdę dobre aktorstwo (Wilson, Brody i Schwartzman - wow!) i cudowny klimat Indii.
Ocena: 7/10




To był bardzo przyjemny seans filmowy. Miło było wpaść do studenckiego kampusu w USA, posłuchać dobrej muzyki, złamać kilka stereotypów i pośmiać się z teksów Grubej Amy. Dziś rzadko można obejrzeć dobry film dla młodzieży. Na dodatek muzyczny. Film z dużą dozą pozytywnej energii, do częstego oglądania :)
Ocena: 7/10




Z tym filmem Andersona mam problem. Jest tu cudowna scenografia, fascynujący klimat lat.60, przerysowane postaci (rewelacyjni Norton i Willis) oraz opadająca w ucho muzyka. Ogólnie podobało mi się w nim wszystko, z wyjątkiem głównego wątku fabularnego. Jakoś nie mogłam przyzwyczaić się do myśli, że główni bohaterowie mają po dwanaście lat i zachowują się znacznie doroślej. I nie pomogła mi w tym świadomość, że to film Andersona i tu wszystko jest możliwe. Mali aktorzy też mi nie przypadki do gustu. A że są na pierwszym planie przez cały film, to zaczęło mnie to irytować. Do tego filmu raczej nie wrócę... może z wyjątkiem scen z Edwardem Nortonem. Był genialny.
Ocena: 6/10

30 kwietnia 2014

Bob Hoskins (1942-2014)


Nie widziałam wszystkich filmów z jego udziałem, ale tą charakterystyczną twarz ciężko zapomnieć.

Gdybym miała wybrać jedną rolę, z którą zawsze będą go kojarzyć - bez dwóch zdań byłby to Smee



18 kwietnia 2014

Kilka kulturalnych faktów...

... od zawsze zapisanych w notatniku.


1. Teledysk, który fascynował mnie odkąd pamiętam. I tak mi zostało. W sumie nie powinnam się dziwić, skoro od najmłodszych lat słuchałam Dire Straits i innych rockowych zespołów ;)



2. Ulubiony film z polskiej kinematografii. Są dwa. Stare, ale lubię do nich wracać. Przynajmniej twórcy mieli jakiś pomysł i można się było pośmiać.

Jadzia (1936)
źródło
Seksmisja (1983)



3. Pierwsza muzyczna fascynacja w czasach nastoletnich. Chesney Hawkes! Pamiętam nawet film z jego udziałem: Buddy's Song. Mam gdzieś kasetę z jego pierwszymi piosenkami.




4. Nie dla mamy, nie dla taty lecz dla każdej małolaty - przyznaję, że dla tej serii zapisałam się do biblioteki, będąc w podstawówce/gimnazjum. Od czegoś musiała się zacząć fascynacja książkami ;) Mimo że dziś czytam kompletnie inną literaturę, to pozostała mi słabość do młodzieżówki.



5.   Najdziwniejsza przeczytana polska książka.
"Próchno" W.Berenta - do tej pory nie wiem o czym była fabuła, a nie mam ogólnie problemów z zapamiętaniem treści. Po tej lekturze, każda inna książka wydawała się normalna. No, może prawie ;)



6. Dziecięcy szał na punkcie bajki Disneya - uwielbiałam Piękną i Bestię do tego stopnia, że oglądałam ją niemal codziennie. Rodzice mieli dość :) Musiałam mieć też kolorowanki z postaciami, bo zeszytów z Disneya nie były jeszcze w tamtych czasach popularne.


7. Dzieło literackie, a adaptacja filmowa. Omów na wybranym przykładzie. - mój temat prezentacji maturalnej. Większość osób próbowała mi wmówić, że mam wybrać jakąś lekturę. Oczywiście to była bzdura. Porwałam się z motyką na słońce wybierając ulubioną powieść, ale zdałam jako jedna z najlepszych. I zszokowałam nauczycieli :D Nie ma nic lepszego, niż wybrać temat, który wiąże się z zainteresowaniami.


8. Opowiadania o królikach - tak zatytułowane są moje pierwsze próby pisarskie w szkole podstawowej. Kiedy znalazłam ten zeszyt, po prostu nie mogła powstrzymać się od śmiechu. Życie małych królików w lesie naprawdę musiało mnie zafascynować, skoro próbowałam się nawet bawić w ilustratora :D Ciekawa sprawa, bo ja o pisaniu na pomyślałam dopiero pod koniec liceum. Najwyraźniej długo dojrzewałam do tej decyzji...



Tyle ode mnie. Takie powroty to przeszłości to fantastyczna sprawa. Kolejne pięćdziesiąt punktów się nie zmieściło, bo nie potrafiłam skrócić własnych myśli. Może zrobię jeszcze jedną selekcję... Zmykam do spraw bieżących i nieustannej walki z czasem. Muszę jakoś znaleźć sposób, by pisać więcej postów w miesiącu. Jakieś rady?

1 kwietnia 2014

Zrozumieć Amerykę

Marek Wałkuski "Wałkowanie Ameryki"


empik.com
"Moim celem jest pokazanie zarówno amerykańskiej różnorodności, jak i cech wspólnych Amerykanów. Piszę o tym, co odróżnia Stany Zjednoczone od innych krajów. Staram się wyjaśnić, dlaczego pewne rozwiązania, które obcokrajowcom wydają się bezsensowne albo śmieszne, w amerykańskich realiach sprawdzają się całkiem nieźle. Nie usprawiedliwiam wad Ameryki, ale próbuję pokazać je w szerszym kontekście."

Ile tak naprawdę wiemy o Ameryce? Filmy, zasłyszane stereotypy, skrawki powtarzanych wiadomości to zbyt mało, by wyrobić sobie opinię. Niestety zwykle tak właśnie się dzieje. Nie raz miałam okazję się przekonać, jak ludzie wypowiadają się na temat, o którym widzą niewiele. Zlepek powtarzanych informacji to mogę sobie przeczytać w internecie, nie muszę go jeszcze słuchać.
Stany Zjednoczone jednocześnie fascynują i nieustannie są pod obstrzałem krytyki. Zawsze mnie zastanawiało dlaczego tak się dzieje. Cała moja wiedza jaką zebrałam o tym kraju, mi tego nie wyjaśnia. Fakty historyczne czy filmy dokumentalne dały mi pewien obraz, ale brakowało mi opinii kogoś z zewnątrz, kto przyjechał do Ameryki i chciałby ją poznać.

Książka Marka Wałkuskiego bardzo ciekawe wyjaśnia fenomen Ameryki. Stara się on przybliżyć czytelnikowi amerykańskie życie, które jak się okazuje, bardzo odbiega od ideału. Mamy tu informacje m.in. o historii, kulturze, życiu codziennym, poglądach, religii, amerykańskich Polakach czy pozwoleniu na broń. Czytając książkę można odczuć subiektywizm i fascynację autora, ale nie zakłóca to przekazu. Poza tym autor podaje wiele danych statystycznych i cytuje badania prowadzone przez wiele lat, więc niczego sobie nie wymyśla.

Wałkuski ma świetny, gawędziarski styl pisania (podobno tak samo mówi), co jeszcze bardziej zachęca do przekręcania kartek. Książka ma wiele fragmentów, którymi po prostu trzeba się z kimś podzielić i przeczytać je na głos. To lektura, do której się wraca, mimo że pewne informacje nie będą aktualne (już dziś nie są). Cóż narodowej mentalności nie da się tak łatwo zmienić. Amerykanie są tego przykładem.

Jeśli kiedyś ta książka wpadnie w Wasze ręce - zajrzyjcie do niej. Takie spojrzenie na Amerykę jest o wiele lepsze niż wybiórcze informacje.

16 marca 2014

Read all about it

Ostatnio znudziła mi się słuchana muzyka. Przeszukałam wszystkie pliki w poszukiwaniu dawno zapomnianych melodii, ale nic mi się w głowie nie zaplątało. Pojawił się muzyczny kryzys. Chyba po raz pierwszy w życiu. Nie bardzo wiedziałam, jak z tego wybrnąć.

Spróbowałam posłuchać Lorde. Po trzech piosenkach wyłączyłam, bo mnie drażniły. Nie dołączę więc do pozostałych zachwycających się nowozelandzką siedemnastolatką.
I znowu cisza. 

Lekko zdesperowana, włączyłam sobie muzykę, jaką słuchamy w pracy. Delikatny chillout i chillstep. Nie podejrzewałam siebie o takie fascynacje, ale pośród różnorodnych remiksów, można znaleźć prawdziwe perełki.

                                                              Daughter - Medicine




Nadal jednak szukałam jakiegoś nowego artysty, którego twórczość mogłabym poznać. I w końcu mi się udało! Emeli Sandé. Ma cudowny głos. Zaczęło się od tej piosenki.


I wanna sing, I wanna shout
I wanna scream till the words dry out
So put it in all of the papers,
I'm not afraid
They can read all about it
Read all about it

Piękny tekst...

3 marca 2014

Ach, te Oscary...

Najlepsze zdjęcie z gali jakie widziałam. Nie dziwię się, że zawiesiło Twittera ;)

źródło: Filmweb

Wstaje się rano i od razu sprawdza do kogo powędrował nagroda.
Wczoraj przed snem na szybko zrobiłam sobie w głowie listę moich wygranych. Pomyliłam się tylko w czterech kategoriach :) Po raz pierwszy obejrzałam w kinie film, który wygrał nagrodę główną. Jest postęp :P Żałuję tylko, że nie widziałam gali, ale mam nadzieję, że nadrobię to za rok (jeśli dostanę zgodę na urlop...). 

Tylko jedna wygrana mi nie pasuje: Lupita Nyong'o za "12 Years a Slave". Dostać Oscara za jedną dobrą scenę w całym filmie? Serio? Jak na debiutantkę to moim zdaniem za mało. Były lepsze występy. 
Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak nadrobić kilka nominowanych filmów.

Tyle z porannych wrażeń ;)

Great :D

26 lutego 2014

Historia wyjątkowa

Ona (2013)



Ostatnio rzadko się zdarza, by obejrzany film nie dawał mi spokoju. W przypadku tego tytułu, nie było dnia, by nie wkradał się do moich myśli. Wydawać by się mogło, że ta prosta historia mi gdzieś umknie, bo to co w niej opisane, wydarzyć się raczej nie może w najbliższej przyszłości. Obejrzę, zapomnę i tyle. Stało się jednak inaczej.

***

Opowieść o samotności człowieka, który odnajduje sens życia w cyberprzestrzeni.
Miłość całkowicie inna niż ta, którą do tej pory znaliśmy.
Piękna estetycznie wizja przyszłości - fascynująca, a za razem przerażająca.
Uzależnienie człowieka od technologii.
Brak zrozumienia wobec drugiego człowieka i kryzys komunikacyjny.

***

To jeden z najlepszych filmów tego roku. Świetnie napisany scenariusz składnia do refleksji, rewelacyjna obsada - kapitalny Joaquin Phoenix, Scarlett Johansson nie lubię, ale jej głos w tym filmie jest cudowny. Piękne zdjęcia i miła dla uszu muzyka.

Warto zobaczyć. Dla aktorów. Dla siebie. Dla przemyśleń.


zdjęcie: filmweb.pl

8 lutego 2014

W kilku słowach...

... z kinowych seansów. Coś trzeba robić, gdy się nie ma przez dłuższą chwilę internetu ;)


Co recenzja, to spada na ten film wielki grom. Nic nikomu się nie podoba. Bo za dużo znanych aktorów, którzy przeszarżowali, bo za dużo nieszczęść, bo nie tak jest rozłożone napięcie, bo nie jest to dobra adaptacja sztuki, bo nic nie jest dopowiedziane, bo melodramat, bo producentem jest George Clonney, bo to, bo tamto... A mnie się podobało. Mieszanka dusznego powietrza i gęstej domowej atmosfery trzyma widza w napięciu, by w pewnym monecie wybuchnąć i pozostawić po sobie ślad do osobistej interpretacji. Podoba mi się pomysł rodziny, którą dotykają same najgorsze problemy. Nie widziałam wcześniej filmu, gdzie jest tyle negatywnych emocji w małej przestrzeni i między tyloma bohaterami. Może dlatego moja ocena jest pozytywna. Poza tym świetnie jest tu aktorstwo. Meryl Streep, Chris Cooper, Margo Martindale i Julia Roberts - oni mi najbardziej zapadli w pamięć. Aż chętnie zobaczę ten film jeszcze raz. Jest jednak mały minus: Abigail Breslin. Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego została wybrana do tego projektu. Marna z niej aktorka i w ogóle nie pasowała do całej obsady. Mimo to, warto obejrzeć.
Ocena: 8/10


Przyznam, że ciężko mi było ocenić ten film. Sama fabuła nie jest specjalnie powalająca i nie trzyma widza w napięciu. W ogóle opis dystrybutora jest mało czytelny. Główną osią są dialogi - żarty i docinki to najmocniejsze strony filmu. Aktorstwo? Z całej czwórki najlepiej wypadli: Christian Bale i Jennifer Lawrence. Christian oprócz tego, że zmienił się wizualnie, stworzył bardzo ciekawą postać - ohydnego faceta, który przyciąga kobiety i kantuje klientów. Natomiast Jennifer dała naprawdę niezły popis swoich umiejętności. Gdybym miała wybierać, to właśnie za tę rolę dałabym jej Oscara. Wspólne sceny tych dwojga (czyli kłótnie małżeńskie) są najlepsze w całym filmie. Postać Amy Adams gdzieś mi umknęła. Mam wrażenie, że była tylko ładnym dodatkiem z wiecznie widocznym dekoltem do pępka. Nieco lepiej wypadł Bradley Cooper - niezła, pokręcona rola komediowa, a on w takich wypada najlepiej. Całość ma genialny klimat lat 70. i 80. (wygląd Jeremy'ego Rennera najbardziej zwalił mnie z nóg), świetną muzykę i niezłe zdjęcia. Jednak to jest film, który ogląda się w całości tylko raz, a potem tylko najlepsze fragmenty.
Ocena: 7/10 (wysoko, właśnie za kilka dobrych scen)


12 Years a Slave (2013)


Polska dystrybucja jak zwykle idiotycznie dostosowała tytuł, który jest dość łatwy do przetłumaczenia. W wielu recenzjach przeczytałam, że McQueen zrobił ten film trochę w nie swoim stylu - jest za mało warstw do interpretacji, a za dużo tendencyjności. Mnie nie przeszkadza, gdy reżyser obiera inny kierunek niż przy swoich poprzednich filmach. Na pewno taka zmiana McQueenowi nie zaszkodzi. Poza tym jest to adaptacja książki, gdzie z góry narzucony jest bieg wydarzeń i duża ingerencja sfałszowała by historię. Sama fabuła jest niekiedy przydługa i bywały momenty, gdzie denerwowały mnie zbyt długie zatrzymania kamery. Nie odczułam też upływu czasu - miałam wrażenie, że minął rok, a nie dwanaście lat. Ogrom okrucieństwa mnie nie przeraził, ale były momenty, gdy nie mogłam patrzeć na ekran. Jednak to wszystko przestaje mieć większe znacznie, gdy pomyślę o aktorstwie. Genialny Michael Fassbender (ukradł niemal cały film), rewelacyjny Chiwetel Ejiofor, intrygujący Paul Dano i świetna Sarah Paulson. Nie bardzo rozumiem zachwyty nad Lupita Nyong'o. W całym filmie miała tylko jedną naprawdę dobrą scenę, przez resztę jakoś nie przykuła mojej uwagi. To jeden z lepszych filmów na temat niewolnictwa, ale mocno nierówny i przez to ciężko go ocenić.
Ocena: 7/10


Tyle na dziś. Internet już śmiga, więc zabieram się za pisane książkowych recenzji  i innych zamierzonych tekstów.
P.S. Blogspot mi oznajmił, że to już setna notka. A myślałam, że nie przekroczę tej liczby ;)

Źródło zdjęć: filmweb.pl