1 stycznia 2014

Brak podsumowań oraz blask, błysk i nuda


Witajcie w Nowym Roku! Życzę Wam wszystkiego, co najlepsze. 

Tym razem też nie będzie żadnych posumowań. I nie dlatego, że nie chciało mi się ich zrobić. Po prostu nie mam się czym pochwalić. Rok 2013 był ciekawy, ale miałam mniej czasu na książki, filmy i bloga. Dostałam nową pracę i przez ostatnie pół roku próbowałam wszystko pogodzić, co nie skończyło się tak, jak przewidywałam. Mimo to dziękuję Wam, że tu zaglądaliście. Dziękuję nowym czytelnikom, obserwatorom i komentującym. Postaram się być bardziej kontaktowa niż ostatnio. Zanim jednak podzielę się tym, co wymyśliłam na ten rok, dwa słowa o najgorszym wyborze kinowym tamtego roku.


Behind the Candelabra (2013)


Prawdziwa historia wielkiej gwiazdy estrady polskiego pochodzenia. Świat znał go jako Valentino Liberace - bajecznie bogatego, niewiarygodnie utalentowanego i kochanego przez publiczność celebrytę. Jego występy zawsze były wielkim wydarzeniem, a pełen przepychu styl stał się inspiracją m.in. dla Eltona Johna, Madonny, czy Lady Gagi. Jednak jego prywatne życie odbiegało od wszystkiego, co wiedziały o nim miliony fanów. 
[opis: www.filmweb.pl]

To jeden z tych filmów, z których pamięta się tylko małe fragmenty i nigdy się do niego nie wraca. Nie mam pojęcia co mnie podkusiło, by zobaczyć go na dużym ekranie. Dawno tak się w kinie nie wynudziłam. "Wielki Liberace" jest filmem monotonnym. Nie ma ciekawych zwrotów akcji, nie ma urozmaicenia fabuły. Śledzimy tylko jeden wątek - romans Lee i Scotta na przestrzeni lat. Przy okazji mamy okazję podejrzeć jak wyglądało prawdziwe życie błyszczącej gwiazdy estrady.

Trochę za mało jak na prawie dwie godziny seansu. Oczywiście od strony wizualnej film jest na najwyższym poziomie. Scenografia, kostiumy, charakteryzacja zachwycają i zapewne doskonale oddają świat Liberace. Ale piękne wrażenia wizualne nie sprawią, że zapomnę o złej fabule. Najmocniejszą i chyba jedyną stroną filmu jest kreacja Michaela Douglasa. Zagrał fenomenalnie i przyćmił wszystkich pozostałych. Zaskoczył mnie Matt Damon, bo nigdy nie widziałam go w takim wydaniu na ekranie. Jednak mam wrażenie, że takie role mu nie pasują. Jest jeszcze Rob Lowe - miał kilka niezłych momentów, zwłaszcza w scenie dyskusji o operacji plastycznej Scotta.

Steven Soderbergh wybrał chyba najgorszy film na pożegnanie się kinem. Radziłabym mu nakręcić jeszcze coś lepszego, bo inaczej zawsze będą mu się wypominać ten nudny film, a nie patrząc na wcześniejsze dokonania.

Ocena: 5/10

źródło zdjęcia: Filmweb.pl

2 komentarze:

  1. Ja też nie palę się do pisania podsumowań, ale na bloga nadal zaglądam (po prostu rzadziej tu komentuję). Miałam nawet w planach ten film, ale chyba się wstrzymam- dla jednej dobrej kreacji chyba nie warto aż tak ryzykować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie warto ryzykować. To film na chwilę, gdy naprawdę nie ma co oglądać. Ale czy takie chwile się zdarzają? :)

      Usuń