20 grudnia 2015

W oczekiwaniu na Przebudzenie Mocy



Nie widziałam jeszcze najnowszej części. Mój seans będzie w przyszłym, świątecznym tygodniu. Już nie mogę się doczekać!

Razem z bratem wychowaliśmy się na Gwiezdnych Wojnach. Najbardziej w pamięci zachował mi się obraz, jak siedzimy wraz z tatą przed telewizorem i oglądamy scenę z Powrotu Jedi - barka Jabby przy Jamie Carkoon, gdzie mieli zginąć Luke i Han Solo.

Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy te filmy widziałam. Mam na myśli oryginalną starą trylogię IV-VI.

W 1997 roku powstały edycje specjalne wszystkich trzech filmów, gdzie dodano kilka fabularnych kwestii: poprawiono kosmetycznie efekty głosowe, a część ujęć przerobiono z dodaniem CGI.  Z racji tych zmian, wszystkie części ponownie zawitały do kin, a ja nie przegapiłam żadnego seansu. Nie mogę sobie jednak przypomnieć z kim na tych filmach byłam. Wiem tylko tyle, że na jeden film z trylogii poszłam w ramach szkolnego wyjścia do kina. Tak, moja szkoła zafundowała wtedy swoim uczniom gwiezdny seans :) I chyba w ramach tych edycji specjalnych zbieraliśmy z bratem do albumu Tazo Star Wars z jakichś chipsów.

Zaraz potem była kolejna trylogia, która dopełniała tą starszą. W kinie oczywiście też mnie nie zabrakło, ale nowe filmy widziałam o wiele mniej razy - głównie dlatego, że przegrały z moją fascynacją Tolkienem i Władcą Pierścieni.

źródło

Zawsze lubiłam Gwiezdne Wojny, ale nigdy nie dopadł mnie prawdziwy szał fana, o jakim czytam w internecie czy mam okazję obserwować w pracy - nie ma dnia, w którym nie spotkałabym kogoś, kto wielbi Star Wars. Książki, komiksy, gadżety, albumy - czego się nie naszukam, by prawdziwy fan Gwiezdnych Wojen był usatysfakcjonowany. Kiedyś spędziłam kilka dni przetrząsając internet w poszukiwaniu amerykańskiego albumu o modzie z Gwiezdnych Wojen, który miał nakład wyczerpany. Poniżej zdjęcie, które jest dowodem na to, że jak Klaudyna się uprze to znajdzie. Egzemplarz z rynku antykwarycznego, jak nowy :)


Po długoletniej przerwie znów zawitałam do Galaktyki. Stwierdziłam, że warto sobie odświeżyć wszystkie poprzednie filmy przed tym najnowszym. I znów ten gwiezdny świat mnie oczarował. Dziś oglądam go zupełnie inaczej niż kiedyś. To już nie tylko sama akcja i efekty specjalne - to cudowni bohaterowie, to fantastyczna fabuła i genialna muzyka. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak nieuważnie oglądałam wszystkie epizody - gdzieś mi zawsze jakiś elementów brakowało, czasem nie mogłam się połapać w detalach. Teraz już nie.

Pierwsze sześć filmów ma w sobie cudowną magię, która jest niewątpliwe zasługą Georga Lucasa. Zastanawia mnie czy kolejne części też będą ją mieć. Disney zapowiedział, że będą kręcić Gwiezdne Wojny tak długo, jak ludzie będą chcieli je oglądać. Jeśli nie zniszczą tego, co zapoczątkował Lucas to czeka nas kilka (kilkanaście?) fantastycznych kinowych seansów. Jak nie, to pewnie posypią się fanowskie gromy.

Póki co, ja czekam na swój seans Przebudzenia Mocy. Mam nadzieję, że się nie rozczaruję :)

30 listopada 2015

Powrót do lat 90.



źródło: filmweb.pl
Co jakiś czas wracam do filmów, które uwielbiałam oglądać w dzieciństwie i w latach szkolnych. Nie mogę się oprzeć, by sprawdzić jak je odbieram po latach :)

Ten film dość długo chodził mi po głowie. Najpierw nie mogłam przypomnieć sobie tytułu. Potem jak w końcu zaświtał mi w głowie, to nie mogłam go namierzyć na żadnym portalu filmowym. W końcu mi się to udało i to przez przypadek. Tytuł był początkowo był tłumaczony jako "Amerykanin w klasztorze Shaolin" i tak go zapamiętałam. Teraz jednak widnieje jako "Amerykanin z Shaolin". Niby mała różnica, a sprawiła mi tyle kłopotu :)

Historia chłopka, który zostaje upokorzony przez swojego rywala na zawodach kick boxingu i postanawia szkolić się w klasztorze Shaolin, wydaje się banalna i przewidywalna. Drew Carson - bo o nim mowa, nie ma jednak lekko. Od pomysłu do realizacji długa droga, więc z ciekawością ogląda się jego poczynania.

Kiedy widziałam ten film po raz pierwszy, byłam zachwycona. Dziś nadal mi się go przyjemnie ogląda, choć już nie z takim entuzjazmem. Mimo przewidywalności i prostych prawd, film ma kilka naprawdę mocnych punktów:

1. Klasztor Shaolin - główne miejsce akcji jest fantastycznie pokazane. Mimo że film ma już ponad dwadzieścia lat, to scenografia, kostiumy i sceny walki nadal robią wrażenie (przynajmniej na mnie).

2. Muzyka - film ma bardzo charakterystyczny motyw przewodni, który mocno wpada w ucho.

3. Humor - próby przystosowania się Amerykanina do życia buddyjskiego mnicha, nie raz wywołują uśmiech. Zestawienie ze sobą dwóch, kompletnie innych kultur zawsze dobrze się ogląda.

4. Summertime Blues. Uwielbiam tę piosenkę.



Nie mam pojęcia czy ten film to remake, prequel czy jakaś tam inna część jakiejś serii, Dla mnie to tytuł sentymentalny. Przyjemnie było do niego wrócić i zobaczyć jak Drew odzyskuje honor. Fani kina akcji z mojego rocznika wiedzą, jakie to uczucie:)

Do następnego. 

23 października 2015

Watney kontra Mars

Marsjanin (2015)


Jak tylko zobaczyłam zwiastun, wiedziałam że muszę ten film obejrzeć na dużym ekranie. Potem przeczytałam książkę i jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że idę do kina.

Książka jest fantastyczna: dobrze napisania, z dużą dawką humoru i trzyma w napięciu do samego końca. I mimo że pełno w niej naukowych zwrotów, to nie przytłaczają one humanistycznego umysłu. Ja nie czułam się dziwnie czytając o tych wszystkich chemicznych reakcjach czy obliczeniach w siedzibie NASA :)

Ciężko jest zekranizować dobrą książkę. Filmowcy muszą nie tylko zderzyć się z wyobrażeniem czytelników, którzy uwielbiają książkę. Muszą przede wszystkim przystosować tekst do ekranu, co nie zawsze dobrze im wychodzi. Czy w tym przypadku dali radę? Cóż mogło być lepiej.

Nie stawiałam Marsjaninowi wysokiej poprzeczki. Po przeczytaniu książki nie miało to sensu - tylu szczegółów i zmian w sytuacji bohatera na Czerwonej Planecie nie byliby w stanie pomieścić w dwugodzinnym filmie. Zrobili w miarę dobre cięcia w fabule, pokazując na ekranie to, co najbardziej istotne. Według mnie trochę za bardzo uprościli walkę Marka z Marsem.

Taśma na Marsie jest niezbędna ;)

Do momentu uzyskania łączności z Ziemią Mark naprawdę miał przechlapane - musiał kombinować i widz mu wtedy kibicował. Potem wszystko do samego końca szło w miarę sprawnie, bez specjalnych zwrotów, by wbić widza w fotel.

Brakowało mi dwóch elementów, które równoważyłyby fabułę:
-  awarii łączności, kiedy NASA mogło się tylko przyglądać czy Mark dalej sobie poradzi;
-  burzy piaskowej podczas drogi do krateru Schiaparelliego, o której Mark nie wiedział, a którą dostrzegło NASA, ale nie mieli go jak ostrzec.

Można to było umieścić w filmie, zamiast pokazywać targaną wyrzutami sumienia porucznik komandor Lewis. Zrobienie z niej męczennicy to najgłupszy pomysł, na jaki mogli wpaść scenarzyści. Przez to kompletnie popsuli zakończenie, które nijak ma się do całości. Kto czytał książkę, ten wie o co mi chodzi (nie chcę tu spojlerować :)). Na sam koniec filmu, na osłodę, otrzymujemy jeszcze bonus od scenarzystów, którego Andy Weir nie umieścił w książce. To akurat mi się podobało, bo po zakończenie książki miałam mały niedosyt.

Podsumowując. Dla mnie Masjanin to dobry film z kiepskim finałem. Świetnie nakręcony, z niezłym aktorstwem (Matt Damon rewelacyjny), zachwyca wizualnie. Ridley Scott podniósł się po ostatnich niepowodzeniach. Zwiódł mnie jedynie scenariusz.

Ocena: mocne 7/10.

30 września 2015

Filmowa powtórka #1

Spisanie listy filmów, do których lubię wracać okazało się zadaniem dość trudnym :) Zamiast planowanych pięciu tytułów - wytypowałam ponad trzydzieści. Żeby sobie sprawę uprościć, zrobiłam dwie listy.

Lista pierwsza zawiera tytuły, do których co jakiś czas wracam. Nie są to filmy ulubione i ukochane, gdzie wykrzykuję same "ochy i achy". Są to raczej pozycje, którymi umilam czas, gdy nie mam ochoty szukać nowego tytułu, a obejrzeć coś muszę. Na przykład, gdy:
- mam stertę prasowania i wywijanie żelazkiem jest za bardzo monotonne;
- muszę spędzić dłuższy czas w kuchni na gotowaniu, a na horyzoncie nie ma pomocnika;
- jestem zmęczona po całym dniu i chcę się odstresować, nie zagłębiając się w nową treść;
- znajduję wśród znajomych kogoś, kto jakiegoś filmu nie wdział - cudowna okazja do powtórki;

Nie są to filmy wybitne, nie wszystkie były dobrze przyjęte i wysoko oceniane.
Kierowałam się tu głównie moim gustem gatunkowym i sympatią do bohaterów.








3. Matylda (1996)









6. Nigdy więcej (2002)






8. Partner (1996)



9. Niania (2005)



10. Miss Agent (2000)



Tyle na dziś z moich przemyśleń.
A Wy Drodzy Czytelnicy, macie takie filmy, do których lubicie wracać? I w jaki sytuacjach lub z jakich powodów?  Podzielcie się tytułami, może będę miała coś do nadrobienia. Choć na pewno będę miała coś do nadrobienia ;)

Do następnego. K.


24 września 2015

Książkowy stosik


Kupowanie książek do dylemat, którego nie potrafię ominąć. Fantastycznych tytułów jest setki tysięcy, a tysięcy na koncie bankowym znacznie mniej niż bym chciała. Wszystkiego mieć nie mogę (chyba lepiej brzmi: jeszcze nie mogę :P), ale mimo to staram się co jakiś czas wybierać tytuły, które chcę mieć na półce. W decyzji pomaga mi fakt, że pracuję z książkami, więc nabywam je po cenach niższych niż katalogowe. 

Wybór jest o tyle ciężki, bo muszę sama siebie przekonać że książka, którą kupuję jest warta wydanych pieniędzy i że do niej nie raz wrócę. Miałam już w kilkanaście wpadek w tej kwestii, dlatego też zaostrzyłam własne kryteria wyboru i zawsze przeprowadzam opiniotwórcze śledztwo.

Ostatnio na mojej półce wylądowały:




1. Miniaturzystka Jessie Burton
Książka ma same dobre recenzje, polecano mi ją kilka razy, więc musiałam się skusić.

2. Fangirl Rainbow Rowell
Eleonora i Park bardzo mi się podobała, więc ciekawi mnie pierwsza książka autorki.

3. Pierwszych Piętnaście Żywotów Harry'ego Augusta Claire North
Niespodziewany zakup na Warszawskich Targach Książki. Początek wydaje się obiecujący.

4. Marsjanin Andy Weir
Już przeczytałam. Fantastyczna książka, aż się obawiam pisać recenzję.

5. Skandale Złotej Ery Hollywood Anne Helen Petersen
Po prostu uwielbiam takie historie.

6. Listy Niezapomniane Usher Shaun
Zaintrygowało mnie oryginalne wydanie, które jest dwa razy większe niż polskie. Przejrzałam kilka razy - cudowna książka. Prezent dla bibliofila jak znalazł.

7. Fotografia z duszą. 44 ćwiczenia zgłębiające życie, piękno i autoekspresję Alessandra Cave
Hobby rodzinne zobowiązuje ;) Lubię robić zdjęcia, ale chciałam rozszerzyć swoją wiedzę o fotografii. Przeglądałam wiele książek z tej tematyki i dopiero ta do mnie trafiła.

8. Academy Awards®: The Complete Unofficial History Revised and Up-To-Date Gail Kinn, Jim Piazza 
Od dłuższego czasu szukałam ciekawej historii o Oscarach, na zasadzie przewodnika po wygranych. I w końcu znalazłam. Książka regularnie aktualizowana od wielu lat. Na szczęście trafiłam na najnowsze wydanie. 

Wczoraj dotarły do mnie jeszcze dwie kolejne książki. Ale zostawię je na kolejny stosik :)

Do następnego.

14 września 2015

O wszystkim i o niczym, bo trzeba jakimś tekstem wrócić do pisania bloga



Rzucić pisanie bloga jest bardzo łatwo. Masz w połowie napisany tekst, ale brak ci czasu na jego dokończenie i dopracowanie. A kiedy w końcu go dokończysz, to odkładasz dopracowanie bo coś innego zaprząta ci głowię. Kiedy w końcu go dopracujesz, odkładasz publikację. I tak w kółko. 

Kiedy sięgam pamięcią trzy miesiące wstecz, widzę mnóstwo kulturalnych planów, których nie zrealizowałam. Codzienne życie tak mi dało w kość, że nie miałam nawet ochoty skupić się na czymś bardziej pozytywnym. Logowałam się kilkadziesiąt razy, próbowałam coś pisać, ale żadna z tych prób się nie powiodła. Więc zrezygnowałam. Myślałam, że będzie to trwać chwilę, ale wyszło inaczej. Musiałam coś z tym zrobić... Powoli wygramoliłam się z tego impasu i wracam do pisania. Już na samą myśl się uśmiecham :)

Spisałam sobie wszystkie kulturalne ścieżki, którymi ostatnio chodziłam. Wyciągnęłam z zakamarków tematy, o których chciałam napisać. Zrobiłam korektę moich zapisków, by kontynuować pisanie książki. Znalazłam Pana X, więc mogę dalej opowiadać historię jego życia.

Kupiłam kilkanaście książek, przewertowałam domową bibliotekę, Zrobiłam filmowe listy, wypunktowałam filmografie do nadrobienia. 

Oglądałam koreańską dramę i sprezentowałam sobie książkę o fotografii, 

I o tym wszystkim tu napiszę - bardziej sensownie:)
Ale jeszcze dwa słowa o...
------------------------------------------------------------------------

Photo by me 
... wakacjach. Po raz pierwszy od dłuższego czasu udało mi się pojechać na urlop. Byłam nad polskim morzem, którego nie widziałam jakieś siedem-osiem lat. Było fanatycznie, pomimo mało słonecznej pogody. Po raz pierwszy dotarłam na Hel i zwiedziłam Gdańsk i Sopot. I przypomniałam sobie jak jeździ się pociągami po dziesięć godzin. Jeśli kiedykolwiek rzucę stolicę, to już wiem w jakim miejscu będę się chciała zatrzymać :)

I na koniec małe pytanie: szukaliście kiedyś domowego kota na strzeżonej budowie o dwunastej w nocy? Ja tak. Mój kot jest zdolny do wszystkiego - może kiedyś Wam o tym opowiem :)

Do następnego.
K.

27 maja 2015

Literackie przemyślenia


Codziennie mam do czynienia z książkami, Nie tylko je czytam, ale z nimi pracuję. Poznałam tysiące tytułów, wysłuchałam już wiele książkowych historii... Ludzie czytają. I to bardzo dużo. Nie raz mi się zdarzyło szukać i sprowadzać książki z drugiego końca świata, bo ktoś chciał mieć w swojej kolekcji konkretny tytuł, konkretnego wydawnictwa i z konkretną okładką.

Kiedy czytam o kolejnym badaniu mającym oszacować ludzi czytających w Polsce, zaczynam się śmiać. Gdzie oni robią te badania? Na jakiej liczbie osób opierają swoje wyniki? Ktoś coś wie na ten temat? Nigdy nie brałam udziału w takiej ankiecie, większość moich znajomych również. Z ciekawości zaczęłam pytać ludzi, których spotykam na co dzień czy brali udział w jakimś ogólnopolskim badaniu czytelnictwa. Nikt nie odpowiedział twierdząco...

Ostatnio jednak zauważyłam inną rzecz - rodzice coraz częściej wywierają presję u swoich dzieci do zmiany czytelniczych preferencji lub te preferencje na siłę kształtują.

Posłużę się tutaj przykładem z mojego prywatnego Facebooka. Jakoś w grudniu napisałam coś takiego:

Dostajemy zadanie: znaleźć dobrą książkę dla 12-latka. Szperamy po literaturze przygodowej, sensacyjnej, fantasy - to najlepsze sposoby na trenowanie wyobraźni. Wyciągamy tytuły, zachwalamy dobrych autorów. Matka owego 12-latka patrzy na nas z dziwną miną, po czym oświadcza, że ona takiej literatury nie lubi i jej dziecko też nie będzie jej czytać. Tak więc rezolutny 12-latek, fan Muppetów, będzie czytał rzeczy poważniejsze. Zapewne Joyce'a, Tołstoja lub Manna. Po mamusi. Bardzo mu współczuję... Dzięki Bogu, że moi rodzice nigdy nie wyznaczali co mogę czytać. I jakoś wyrosłam na ludzi.

Wtedy wydawało mi się, że to jednorazowa sytuacja. Przyszła wymagając matka i ma pretensje do świata literackiego, że nie piszą w nim poważnych rzeczy dla nastolatków... Potem jednak przyszła kolejna i jeszcze jedna, za jakiś czas zajrzał wymagający ojciec - do dziś zrobiło się kilkadziesiąt takich przypadków. Głównym założeniem takich rodziców jest to, że ich dzieci mogą czytać wszystko, z wyjątkiem książek, które zawierają wątki fantastyczne i kryminalne. Bo to szkodzi na psychikę...


Gdyby tak przejrzeć katalogi i strony internetowe kilku światowych wydawnictw (większość książek jest tłumaczonych na język polski, to co się będę ograniczać lokalnie), to większość książek dla dzieci i młodzieży jest "mało przyziemna" lub "odrobinę brutalna i niebezpieczna". Pomijam tutaj najbardziej znane książki, jak: Harry Potter, Igrzyska śmierci czy Więzień labiryntu. Wielu autorów pisze swoje powieści w takiej tematyce, bo jest po prostu najlepsza do rozwoju wyobraźni, a dzieciaki chętniej sięgają po przygodę. Drugą, najbardziej popularną tematyką są sprawy sercowe nastoletnich dziewczyn. Pamiętacie serię Nie dla mamy, nie dla taty, lecz dla każdej małolaty? Dziś świecą triumfy podobne historie, tylko że bardziej rozbudowane fabularnie. A dla niektórych rodziców są demoralizujące.

Z jednej strony mnie to śmieszy, a z drugiej przeraża. Bo więcej zła czy brutalności jest w realnym życiu czy w internecie, niż w książkach w przedziale wiekowym do lat 15. Trzynastolatek nie będzie czytał o dzieciach z Bullerbyn czy o przygodach Pipi, będzie wolał przygody młodego Bonda czy Sherlocka Holmesa. Wciskanie na siłę ksiażek, które kogoś nie interesują przyniesie skutek odwrotny do zamierzonego. To nie są lektury szkolne.

Podobała mi się odpowiedź jednej z matek, która wybierała dla syna przygodowe książki do czytania, a wcześniej ucięła sobie ze mną rozmowę o czytelniczych preferencjach mojego dzieciństwa:
Ciekawe, co zaszkodziło psychice tych rodziców...

CDN.

3 kwietnia 2015

Wysoka frekwencja, marne opinie i cicha fascynacja...


źródło
O tym filmie napisano już chyba wszystko. Zanalizowano każdy kadr, każdą minę aktorów i każdy mebel w scenografii. Nie było dnia, bym gdzieś nie natrafiła na recenzję. Po co więc piszę ten tekst? Bo lubię mieć własne zdanie, poza tym nie mam jednoznacznej opinii, co mi się rzadko zdarza.

Kiedy pojawił się pierwszy oficjalny zwiastun, przeszła mi przez głowę myśl, że będzie to wersja ugrzeczniona i ostatecznie twórcy zrobią z tego filmu komedię romantyczną. Moje przypuszczenie okazało się prawdą. Żaden producent nie zrobiłby filmu w kategorii R dopuszczonego w normalnym obiegu kinowym. Ale film musiał się sprzedać, skoro sprzedała się książka. Więc oryginalna historia przeszła przez filtr cenzury, tasak scenarzysty i portfel producenta. Nie wyszło aż tak tragicznie, jak się spodziewałam, choć nie da się ukryć, że pewne zmiany i wybory twórców wołają o pomstę do nieba.

Zanim jednak wypunktuję moje przemyślenia, wspomnę w dwóch słowach o kinowej frekwencji. Jak już zapadła decyzja o wyjściu do kina ("Klaudyna, ten film trzeba zobaczyć w kinie!"; Pani Klaudyno, wybiera się Pani do kina na Pięćdziesiąt twarzy Greya?"), sprawdzałam co jakiś czas wybrane kinowe rezerwacje w internecie. Liczba seansów do wyboru w ciągu jednego dnia była bardzo duża. Tam gdzie klikałam, sale były w większości zapełnione. Na seansie, na którym byłam, sala także była pełna. Kilka dziewczyn gorączkowo dyskutowało o książce, nie mogąc doczekać się filmu. Starsze małżeństwo po sześćdziesiątce chciało zobaczyć o co tyle hałasu, kupili więc popcorn i usiedli w środkowych rzędach. Przemknęło też kilku facetów siłą zaciągniętych przez swoje żony/dziewczyny, którzy udawali, że nie wiedzą gdzie są... Ale wracając do meritum.


Tasak scenarzysty
Ze słabej książki można zrobić niezły (a nawet dobry) film. W przypadku Pięćdziesięciu twarzy Greya dałoby radę to zrobić. Poprawić dialogi, pozmieniać trochę główne wątki, uwiarygodnić bohaterów. Niestety, autorka książki nie pozwoliła na żadne odstępstwa. Nie potrafi pisać, mało zna się na kręceniu filmów czy tworzeniu scenariuszy, ale zagwarantowała sobie udział w pracy nad filmem i wszędzie musiała dodać swoje trzy grosze. I to właśnie widać na ekranie. Fabuła została ograniczona do głównych wątków, pomiędzy którymi jest kilka scen miłosnych i mnóstwo kadrów pięknych wnętrz. Brakuje kilku spójnych elementów, konkretnych wyjaśnień w kwestii zachowania bohaterów. Dziury fabularne rażą. Gdybym obejrzała film zaraz po przeczytaniu książki, to boleśnie odczułabym wszystkie cięcia. Dłuższy dystans czasowy od lektury jest tu bardziej wskazany, bo nie ma aż takiej irytacji.

Gdzie się podziało napięcie?
Większość scen nie intryguje, nie wciąga widza i nie pozostaje w pamięci. Między głównymi bohaterami nie czuć chemii, nie ma iskry, którą widz też odczułby na własnej skórze. Sceny miłosne są nakręcone bardzo "poprawnie", bez szczypty pieprzu i erotyzmu. Nic tu nie przekracza granic, nie szokuje widza. Jest to po prostu zwykła komedia romantyczna, z większą niż zazwyczaj ilością scen erotycznych. A scena w windzie - mogli to lepiej zrobić.

źródło

Jedna twarz pana Greya
Jamie Dornan to zły wybór castingowy. Stworzył kreację mdłą, bez iskry w oku. Cały czas miał taką samą minę, a kiedy wypowiadał kluczowe dla fabuły słowa: Ja się nie kocham. Ja rżnę. I to ostro. - nie zrobił na mnie wrażenia. Doszłam do wniosku, że autorka lepiej przedstawiła tę postać w książce, niż aktor w filmie. Poza tym Dornan wizualnie mi nie pasował do postaci Greya (choć to już kwestia gustu). W ciągu dwóch godzin filmu, tylko na trzech ujęciach przyciągnął mój wzrok i wyglądał naprawę fantastycznie. A to stanowczo za mało.

Jedna dobra rola
Ana w wykonaniu Dakoty Johnson to największy plus tej produkcji. Była świetna w swojej roli, choć nie uratowało to całego filmu. Książkowa Ana wyjątkowo mnie irytowała, głównie przez swoje przemyślenia i wewnętrzną boginię. W filmie tego nie ma, dzięki czemu Dakota mogła w inny sposób pokazać swoją bohaterkę. Jej Ana ma wdzięk i poczucie humoru, jest zabawna i zadziorna. Gdzieś usłyszałam, że miło się na nią patrzy na ekranie, ale szkoda, że tylko ona musiała się całkowicie rozebrać w filmie. I nie było to komentarz kobiety ;)

Małe przyjemności dla widza
Pięćdziesiąt twarzy Greya ma też kilka plusów: dobre zdjęcia, niezłą scenografię, świetną muzykę (słucham, a co!) i jedną fajną scenę (negocjacja kontraktu jako spotkanie biznesowe). Nie jest tragicznie, jeśli w przeciętym filmie znajdziemy coś miłego dla oka i ucha.

Poniżej utwór, który najbardziej mnie zauroczył.



Czy jest aż tak źle?
To zależy od tego, z jakim nastawieniem zobaczymy ten film. Ja chciałam go obejrzeć z czystej ciekawości. Nie miałam oczekiwań i w sumie dobrze się bawiłam. Najpierw przyglądając się ludziom przed seansem, a potem oglądając i komentując po cichu co widzę na ekranie - grunt to odpowiednie towarzystwo ;)
Nie nazwałabym tego filmu złym. Jest po prostu nijaki. Robiony dla widza powyżej 16 roku życia. Jest w nim kilka elementów, które mi się podobały, więc w mojej ocenie nie jest w zakładce "do odstrzału".

Więc jeśli zamierzacie obejrzeć ten film, nastawcie się na komedię romantyczną.

Ludzka ciekawość sprawiła, że film zabronił krocie. I na pewno przy kolejnych częściach też zarobi. Pytanie tylko: czy będzie tak samo nijaki czy może jeszcze gorszy? Za pisanie scenariusza do Ciemniejszej strony Greya zabrała się autorka książki...

PS. Znalazłam jeszcze jedną dobrą stronę ekranizacji. Podskoczyły mi statystyki bloga ;) Nie było dnia, gdyby ktoś w Google nie szukał informacji o książkach pani E.L. James i nie trafił na moje recenzje. 

15 marca 2015

Miszmasz # 10

W telegraficznym skrócie.



Ciężko rzucić prowadzenie bloga. Kiedy próbowałam przekonać siebie, że nic tu nie napiszę, w głowie pojawiały się pomysły, tematy, teksty. Cóż, jestem uzależniona ;)

Zmiany zaczęłam od wyglądu. Panoramę Nowego Jorku zamieniłam na cudowne Rivendell.
Jest więc teraz zielono.
Wiosennie.
Zostanie tak na jakiś czas, potem znów coś wymyślę.
Mam nadzieję, że ta zmiana Was nie odstraszy. W końcu każdy ma inny gust ;)

Przeorganizowałam trochę pisanie notek, zobaczymy jak mi to wyjdzie, ale mam nadzieję, że pozbędę się chaosu. Została mi jeszcze tematyka do ogarnięcia.

Dziękuję Wam za wszystkie komentarze pod poprzednim postem. Dały mi do myślenia.

A co poza tym?

Filmy. Widziałam Pięćdziesiąt twarzy Greya. Piszę właśnie recenzję filmu i wrażenia z seansu.  I przyznam szczerze, że po raz pierwszy nie wiem jak ocenić film.

Książki. Obecnie przesiaduję w świecie fantasy, ale za chwilę będę jeździć po amerykańskiej prerii. Potem wrócę do zniszczonego Chicago, następnie zabawię dłużej w świecie Austen i na koniec rozwiążę kryminalną zagadkę.

Seriale. Żona idealna. Nadrabiam od pierwszego sezonu.

Telewizja. Oglądam sporadycznie jak jestem w domu rodzinnym, telewizora nie mam. Ale wróciło na antenę You Can Dance, jedyny talent show, który lubię, więc śledzę na bieżąco.

Tyle. Może jeszcze coś miłego do posłuchania z mojej playlisty.


23 lutego 2015

Przebudować czy zakończyć?



Dni lutego uciekają zbyt szybko. 
Moja nowa szefowa zawaliła mnie pracą, zostawiając samą przez tydzień.
Poza tym próbuje dysponować moim czasem wolnym od pracy.
I przez nią moje kulturalne życie chwilowo zniknęło z horyzontu.

To, co zdążyłam ogarnąć w tym czasie:

- 22 luty - Oscary. Jak zwykle nie nadrobiłam filmów, w tym roku też nie wytypowałam wygranych. Nie czytałam nawet notek oscarowych. Sprawę wygranych i tle. 

- Love, Rosie. Wszyscy wokół mnie o tym mówią. Czytają, oglądają i polecają. W końcu muszę tent temat nadrobić. A że znalazłam w domu egzemplarz książki (pod starym tytułem), szybciej mi to pójdzie.

- Saga Pieśni Lodu i Ognia. Chyba nie zliczę ile razy sprawdzałam, kiedy Martin wyda kolejny tom... i dlaczego jeszcze tego nie zrobił.

- Kino. W tym całym zamęcie udało mi się wybrać do kina. Kingsman: Tajne służby i Tajemnice lasu - bardzo mi się podobały obie produkcje, więc omijam recenzje szerokim łukiem.

- Boyhood. Richard Linklater mnie zaskoczył. Obejrzałam ten film z zainteresowaniem, choć nie jestem fanką tak powolnej akcji (pamiętam seans Do szaleństwa i unikam takich dłużyzn). Mam nadzieję, że uda mi się w najbliższej przyszłości obejrzeć inne filmy tego reżysera.

- Żona Idealna. W końcu wróciłam do seriali. Przy moim chwilowym trybie życia, to najlepsze opcja.

- Muzyka. Ivan Torrent i John Dreamer żądzą moim sercem.



Przez ten zabiegany luty, zaczęłam się zastawiać nad prowadzeniem tego bloga. Wpadłam jakiś dziwny impas, zrobiło się dość chaotycznie, więc przestało mi się to podobać. Brak motywacji, to najgorsze, co mogło mnie spotkać.

Muszę przeorganizować blog od podstaw. Jeśli do 5 marca nic ciekawego nie opublikuję, to pewnie blog zniknie. Lub zostanie zawieszony na czas nieokreślony.

Idę myśleć...

31 stycznia 2015

"Prześle mi Pani bibliografię?"

źródło
To pytanie znajduję w każdym mailu, które dostaję od studentów piszących prace magisterskie o Tolkienie. I za każdym razem coraz bardziej mnie to irytuje... Lubię pomagać, więc jak ktoś zwraca się do mnie z prośbą o wskazanie kierunku szukania, chętnie mu ten kierunek wskazuję. Niestety, ostatnio takie zapytania się nie zdarzają. Są za to bezczelne prośby o podanie całego wykazu książek.

Kiedy zaczynałam pisać swoją pracę miałam tylko temat, pomysł na jeden rozdział i żadnej książki do bibliografii. Szukałam od zera, przeglądając każdą książkę o Tolkienie, jaka mi wpadła w ręce. Miałam do dyspozycji katalogi trzech bibliotek i internet. To była żmudna praca, ale znalazłam to, czego potrzebowałam. Liczba publikacji na temat Tolkiena jest ogromna i obecnie jest ich jeszcze więcej, niż wtedy gdy ja pisałam magisterkę. Więc z czym mają problem owi studenci? Z lenistwem?


Najciekawsze jest to, że:

1. Nikt mnie nie zapytał o temat mojej magisterki.
Nie raz wspomniałam na blogu, że pisałam o adaptacji książki na film, a to się wiąże z określonymi tematycznie książkami. Natomiast z maili dowiedziałam się, że moja praca dotyczyła ogólnie twórczości Tolkiena, a pytający też piszą pracę związaną z jego twórczością. Gdzie tu sens pytania o bibliografię?

2. Nikt mi nie podał swojego tematu magisterki.
Moja bibliografia raczej nie będzie pasowała do każdej pracy o Tolkienie. To jest sprawa tak oczywista, jak to, że rano wstaje słońce. Jeśli ktoś mnie prosi o pomoc, to powinien mi napisać, co z twórczości Tolkiena bierze na warsztat i czy mogę mu coś wtedy podpowiedzieć.

3. Pytający chcą pisać o Tolkienie, ale nie wiedzą jak się do tego zabrać lub co wybrać.
Moja bibliografia i plan pracy (jedna osoba mnie o niego zapytała) mają w tym pomóc. Serio, mam w to uwierzyć? Moja magisterka nie był ogólna tematycznie, więc nie nada się na inspirację. Z drugiej strony bibliografia mogłaby być gotowcem do pracy. A na to nie pozwolę.

Na koniec prośba: Drodzy Studenci, nie proście mnie o przesłanie bibliografii, bo to nie jest żadne rozwiązanie. Jesteście na uczelni, gdzie macie i swoich promotorów i dostęp do bibliotek - tam szukajcie inspiracji tematycznych i odpowiednich lektur. Szukanie jest nieodłącznym elementem pisania pracy magisterskiej i trzeba poświęcić na to czas.

Chętnie pomogę w jakieś pojedynczej kwestii, ale potrzebuję znać szczegóły :)
Tyle.

24 stycznia 2015

Trzy filmy z...


ARNOLD SCHWARZENEGGER


Arnie jako aktor nigdy mi nie przeszkadzał. Wiadomo, nie jest wybitny aktorsko, ale idealnie pasuje do roli twardzieli ze spluwą. Moim zdaniem, wraz ze wzrostem popularności i przyjmowaniem kolejnych ról, pokazał że nie jest aż takim aktorskim drewnem, o jakie go podejrzewano.

Arnie najlepsze role ma już dawno za sobą i już dziś mało czym jest w stanie widza zaskoczyć. Dlatego pozostaje oglądać starsze produkcje z jego udziałem. Mój wybór padł na filmy, których nie widziałam lub pamiętam tylko we fragmentach.

P.S. To chyba wpis tylko dla miłośników kina akcji ;)


Terminator (1984)


Jakimś cudem nigdy nie widziałam pierwszej części, od której wszystko się zaczęło. Dziś trochę mnie ten film śmieszył, bo po tylu latach od premiery jego efekty specjalne są dość groteskowe. I ta fryzura Arnolda! Mimo tego, to kawał dobrego kina science fiction, które znają na pamięć wszyscy fani. Jest tu wszystko: mroczny klimat, ciekawa fabuła, świetna muzyka (genialny motyw przewodni) i bardzo dobra obsada. Kultowa już kwestia T-800 - I'll Be Back. - zawsze mi się podobała ;)
Ocena: 7/10




Kontynuacje rzadko bywają udane i przebijają pierwowzór. Chyba, że za kamerą stoi Cameron. Ta część to prawdziwy majstersztyk. Jest mniej mroczny, ale mocno trzyma w napięciu. Minęło siedem lat i efekty specjalne po prostu zachwycają. Widać, że każda scena jest dokładnie dopracowana (wiadomo, że wyobraźnia reżysera nie zna granic). I bohaterowie nie są z papieru, co często się zdarza w tego typu produkcjach. Terminator to nie tylko maszyna do zabijania, robiąca dużo szumu - ten kierunek bardzo mi się podoba. Dzień sądu do tej pory pamiętałam głównie w urywkach - scena w szpitalu, ucieczka motocyklem, końcowa walka w fabryce. Stwierdziłam jednak, że czas na kompletny seans. Dla tej historii, aktorstwa i efektów warto było. I pewnie  jeszcze nie raz ten film zobaczę.
Ocena: 9/10

Egzekutor (1996)


To taki film z serii: zobaczyć, podekscytować się, zapomnieć. Schwarzenegger był stworzony do takich ról, a i miłośników tego typu produkcji nigdy nie brakowało (i nadal nie brakuje). Dobre kino akcji, ale bez fajerwerków jeśli chodzi o fabułę. Głównego bohatera nic nie jest w stanie zniszczyć :) Nie było jeszcze tych wszędobylskich efektów komputerowych, więc takie filmy niemal dwadzieścia lat temu naprawdę robiły wrażenie. Dziś je oglądamy raczej dla sentymentu, gdy mamy przesyt idealnego obrazu.
Ocena: 6/10

3 stycznia 2015

Noworocznie i urodzinowo

Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku!
Życzę Wam samych fascynujących podróży po kulturze :)


Rok 2014 pod względem kultury był bardzo słaby, żeby nie powiedzieć tragiczny. Początek roku zapowiadał się naprawdę dobrze, ale potem wszystko szlag trafił. Źle rozporządzałam czasem. Jestem zła na siebie, ze tak się stało, ale nie ma co tego rozpamiętywać. Mam przed sobą nowe cele i jestem zdeterminowana.

Statystycznie wyglądało to tak:
Obejrzałam w sumie około 120 filmów.
15 filmów widziałam na dużym ekranie - tu akurat jest sukces, ponieważ zwykle wizyt w kinie w ciągu jednego roku zaliczałam około dziesięciu.

Ze wszystkich tych filmów wyróżniłam dziewięć:
Ona (2014) - Ten film to historia wyjątkowa.
Grand Budapest Hotel (2014) - Jeden z najlepszych filmów Andersona. Cudowny wizualnie.
Sekretne życie Waltera Mitty (2013) -  Genialna ścieżka dźwiękowa i fantastyczna, choć prosta fabuła.
Stuck in Love (2012) -  Klimatyczny, życiowy i chętnie się do niego wraca.
Czarownica (2014) -  Bardzo bajkowy film i cudowna Angelina.
Klatka dla ptaków (1996) - Aktorski majstersztyk!
Igrzyska śmierci: Kosogłos. Część 1 (2014) - Świetne wprowadzenie do dalszej części książki, trzymał w napięciu.
Hobbit: Bitwa Pięciu Armii (2014) - Dla mnie to film genialny pod każdym względem. Dostałam to, czego oczekiwałam. I nie przeszkadzają mi zmiany w fabule, Tylko Peter Jackson potrafi tak pokazać Śródziemie.
Kraina Lodu (2013) - Urocza bajka, którą przyjemnie się ogląda. Dla Olafa (i świetnego dubbingu Czesława Mozila) chętnie zobaczę ją jeszcze raz. Ale nie dałabym tej animacji Oscara.

Książki - tu raczej chwalić się nie powinnam. W tym roku przeczytałam (o zgrozo!) - 17 książek. Zwykle czytam około 60-70. Spadek tak drastyczny, że mnie nakłonił do zmian. Usiadłam, przemyślałam sprawę, wzięłam notatnik i z determinacją napisałam 25 postanowień kulturowo-życiowych na ten rok. To pierwsza lista jaką w życiu zrobiłam i postanowiłam ją zrealizować. Mam nadzieję, że mi się uda :)


Dziś mija trzy lata od założenia bloga. 


Czas bardzo szybko leci. I mimo że utrzymuje się u mnie tendencja spadkowa w publikowaniu postów (w porównaniu do roku pierwszego), to bardzo miło mi, że nadal tu zaglądacie. Dziękuję Wam bardzo za to, że czytanie, obserwujecie i nawet czasem coś skomentujecie. Gdyby nie ten odzew, pewnie już dawno bym zniknęła z blogosfery. Jeszcze raz Dziękuję :)

Oczywiście na koniec muszę wspomnieć o urodzinach mojego ulubionego pisarza - J.R.R Tolkiena.
Dziś wypada 123 rocznica jego urodzin.



To tyle na dziś. Chciałabym, aby ten rok był znacznie lepszy niż poprzedni i abym przestała w końcu składać obietnice bez pokrycia. Trzymajcie kciuki za moje postanowienia.
Kolejna notka już wkrótce :)