27 maja 2015

Literackie przemyślenia


Codziennie mam do czynienia z książkami, Nie tylko je czytam, ale z nimi pracuję. Poznałam tysiące tytułów, wysłuchałam już wiele książkowych historii... Ludzie czytają. I to bardzo dużo. Nie raz mi się zdarzyło szukać i sprowadzać książki z drugiego końca świata, bo ktoś chciał mieć w swojej kolekcji konkretny tytuł, konkretnego wydawnictwa i z konkretną okładką.

Kiedy czytam o kolejnym badaniu mającym oszacować ludzi czytających w Polsce, zaczynam się śmiać. Gdzie oni robią te badania? Na jakiej liczbie osób opierają swoje wyniki? Ktoś coś wie na ten temat? Nigdy nie brałam udziału w takiej ankiecie, większość moich znajomych również. Z ciekawości zaczęłam pytać ludzi, których spotykam na co dzień czy brali udział w jakimś ogólnopolskim badaniu czytelnictwa. Nikt nie odpowiedział twierdząco...

Ostatnio jednak zauważyłam inną rzecz - rodzice coraz częściej wywierają presję u swoich dzieci do zmiany czytelniczych preferencji lub te preferencje na siłę kształtują.

Posłużę się tutaj przykładem z mojego prywatnego Facebooka. Jakoś w grudniu napisałam coś takiego:

Dostajemy zadanie: znaleźć dobrą książkę dla 12-latka. Szperamy po literaturze przygodowej, sensacyjnej, fantasy - to najlepsze sposoby na trenowanie wyobraźni. Wyciągamy tytuły, zachwalamy dobrych autorów. Matka owego 12-latka patrzy na nas z dziwną miną, po czym oświadcza, że ona takiej literatury nie lubi i jej dziecko też nie będzie jej czytać. Tak więc rezolutny 12-latek, fan Muppetów, będzie czytał rzeczy poważniejsze. Zapewne Joyce'a, Tołstoja lub Manna. Po mamusi. Bardzo mu współczuję... Dzięki Bogu, że moi rodzice nigdy nie wyznaczali co mogę czytać. I jakoś wyrosłam na ludzi.

Wtedy wydawało mi się, że to jednorazowa sytuacja. Przyszła wymagając matka i ma pretensje do świata literackiego, że nie piszą w nim poważnych rzeczy dla nastolatków... Potem jednak przyszła kolejna i jeszcze jedna, za jakiś czas zajrzał wymagający ojciec - do dziś zrobiło się kilkadziesiąt takich przypadków. Głównym założeniem takich rodziców jest to, że ich dzieci mogą czytać wszystko, z wyjątkiem książek, które zawierają wątki fantastyczne i kryminalne. Bo to szkodzi na psychikę...


Gdyby tak przejrzeć katalogi i strony internetowe kilku światowych wydawnictw (większość książek jest tłumaczonych na język polski, to co się będę ograniczać lokalnie), to większość książek dla dzieci i młodzieży jest "mało przyziemna" lub "odrobinę brutalna i niebezpieczna". Pomijam tutaj najbardziej znane książki, jak: Harry Potter, Igrzyska śmierci czy Więzień labiryntu. Wielu autorów pisze swoje powieści w takiej tematyce, bo jest po prostu najlepsza do rozwoju wyobraźni, a dzieciaki chętniej sięgają po przygodę. Drugą, najbardziej popularną tematyką są sprawy sercowe nastoletnich dziewczyn. Pamiętacie serię Nie dla mamy, nie dla taty, lecz dla każdej małolaty? Dziś świecą triumfy podobne historie, tylko że bardziej rozbudowane fabularnie. A dla niektórych rodziców są demoralizujące.

Z jednej strony mnie to śmieszy, a z drugiej przeraża. Bo więcej zła czy brutalności jest w realnym życiu czy w internecie, niż w książkach w przedziale wiekowym do lat 15. Trzynastolatek nie będzie czytał o dzieciach z Bullerbyn czy o przygodach Pipi, będzie wolał przygody młodego Bonda czy Sherlocka Holmesa. Wciskanie na siłę ksiażek, które kogoś nie interesują przyniesie skutek odwrotny do zamierzonego. To nie są lektury szkolne.

Podobała mi się odpowiedź jednej z matek, która wybierała dla syna przygodowe książki do czytania, a wcześniej ucięła sobie ze mną rozmowę o czytelniczych preferencjach mojego dzieciństwa:
Ciekawe, co zaszkodziło psychice tych rodziców...

CDN.