30 listopada 2016

Mój książkowy format


Dzisiaj książki czyta się na wiele różnych sposobów. Jakkolwiek by to zdanie dziwne nie brzmiało, jest to prawda. Jednak ja, w świecie nowoczesnych wynalazków i udogodnień, jestem tradycjonalistką i czytam głównie książki wydrukowane - kupione, pożyczone czy wypożyczone.

Oczywiście to nie oznacza, że nie miałam styczności z innymi czytelniczymi formami. Eksperymenty mi jednak nie wyszły :)

E-book. Przeczytałam kilka książek na komputerze. Było to dość niewygodne, bolały mnie oczy i musiałam za każdym razem gdzieś sobie zapisywać, na której stronie skończyłam. Najgorzej jednak było, gdy dostałam do recenzji książkę pdf. Czas mnie naglił, więc czytałam też na telefonie. To było najtrudniejsze - ogarnąć ile przeczytałam na telefonie, a ile na komputerze. W takim wypadku najrozsądniejszym posunięciem byłoby kupienie czytnika. Cały czas słyszę, że czytnik ma same zalety i każdy mol książkowy powinien go mieć. Przeanalizowałam moje codzienne życie i doszłam do wniosku, że przydałby mi się tylko w jednej sytuacji -  gdy jeżdżąc codziennie do pracy, nie mam możliwości się oprzeć lub usiąść w autobusie czy pociągu. A że to rzadko się zdarza, to nie jest to argument, który przekona mnie do wydania pieniędzy.

Audiobook. Z  tą książkową formą to miałam styczność już w dzieciństwie, kiedy rodzice kupowali bajki na kasetach magnetofonowych i puszczali nam je przed snem. Coś musieli wykombinować, gdy skończyły im się pomysły na wymyślane opowiastki, a my z bratem chcieliśmy by je opowiadali non stop :) Dzisiaj nie potrafię się skupić na słuchaniu książek. Kilka razy próbowałam, ale zawsze mnie coś rozpraszało lub zaczynałam myśleć o czymś innym. Może to wynika z mojego przyzwyczajenia słuchania muzyki w trackie czytania książki.

Kiedy czytam książkę jadąc do pracy lub będąc w jakiejś podróży, zawsze mam słuchawki w uszach. Muzyka w tym przypadku zagłusza wszystkie dźwięki i rozmowy dookoła. Nic mnie nie rozprasza i mogę się skupić na tym, co czytam, bo całą listę utworów znam na pamięć. Czasami się przełączam - przestaję czytać i wsłuchuję się w jakąś melodię, a potem wracam do lektury. Dziwnie to brzmi, ale dobrze się sprawdza :)

Wolę jednak papierową książkę. Jej wygląd, wykonanie i zapach -  to coś, czego żaden elekroniczny wynalazek nie uchwyci.
Kiedy pracuje się z książkami, to chyba nie ma innego wyjścia :) A jeśli pracuje się z książkami wydawanymi w innych zakątach świata, to człowiek się uzależnia. Widuję prawdziwe dzieła sztuki introligatorskiej.

A jak jest u Was?

31 października 2016

Książkowe nowości na półce

Kiedy codziennie ma się wokół siebie tysiące książek, ciężko jest czegoś nie kupić :) Ostatnio przyhamowałam ze zdobywaniem nowych tytułów, ponieważ nadrabiam to, co mam już na półce.

Ostatnia notka dotyczące książek pojawiła się w maju, a od tamtej pory niewiele nowości znalazło się na mojej półce. Powinnam być się siebie dumna :) Choć myślę, że to stan nie będzie trwać długo. Jeszcze chwila i zabieram się za przygotowywanie kulturalnych list świątecznych. A książki są na takich listach priorytetem ;)

Poniżej pięć tytułów, które czekają na przeczytanie.

Wydawnictwo Literackie

źródło

Jeszcze jeden oddech Paul Kalanithi

Paul Kalanithi był jednym  z najzdolniejszych amerykańskich neurochirurgów i ogromnym miłośnikiem poezji. W wieku 36 lat, po blisko 10-letniej pracy w charakterze neurochirurga i pod koniec wyczerpującej rezydentury, w momencie gdy Paulem zaczęły interesować się najważniejsze instytuty badawcze i najbardziej prestiżowe kliniki, młody lekarz usłyszał diagnozę IV stadium raka płuc. W jednej chwili Paul zmienia się z lekarza ratującego życie w pacjenta, który sam podejmuje walkę z chorobą.

Po przeczytaniu tego opisu wiedziałam, że sięgnę po tę książkę. Jednego dnia układasz plany i cieszysz się życiem, a drugiego otrzymujesz wyrok śmierci. I jak sobie z tym poradzić? Co zrobić w takiej ekstremalnej sytuacji? Nie jest to łatwe zadanie, ale opowiada o tym ktoś, kto tego doświadczył.




źródło


Wodnikowe Wzgórze Richard Adams

Źle się dzieje w królikarni Sandleford. W miejscu, w którym króliki wiodą spokojny żywot, ma powstać nowe osiedle. Wygodne nory i zielone łąki zostaną unicestwione. Nie jest łatwo opuścić swój dom. Stado kłapouchów pod wodzą dwóch niezłomnych braci – Piątka i Leszczynka – musi jednak wyruszyć w podróż w poszukiwaniu nowego miejsca na ziemi. Tak rozpoczyna się królicza epopeja. Nie trzeba dodawać, że po drodze naszych bohaterów czeka  mnóstwo przygód i jeszcze więcej niebezpieczeństw.

Tę powieść chciałam przeczytać od momentu, gdy Andrzej Sapkowski wspomniał o niej w swoim przewodniku, po uroczym tytułem: Rękopis znaleziony w Smoczej Jaskini
Brzmiało to tak: Opowieść o królikach, którym grozi zagląda i eksterminacja ze strony ludzi. Zagrożone królicze plemię musi wyłonić ze swego grona grupę śmiałków, która wyruszy na bohaterską wyprawę, aby zdobyć jakiegoś króliczego Graala, pokonać jakiegoś króliczego Saurona i uratować współplemieńców.


Wydawnictwo Albatros

źródło
Rok 1997. W miasteczku Carter Crossing w Missisipi znaleziono kobietę z poderżniętym gardłem. Czy zabójcą jest ktoś z pobliskiej bazy wojskowej? Na miejsce zostaje wysłany major żandarmerii wojskowej Jack Reacher. Ma ocenić sytuację i złożyć przełożonym raport. Sprawą zajmuje się szeryf okręgowy, Elizabeth Deveraux. Niestety, śledztwo nie posuwa się ani o krok. Reacher tymczasem zaczyna zdawać sobie sprawę, że stoi wobec decyzji, która rozstrzygnie o jego karierze wojskowej. Czy będzie mógł żyć sam ze sobą, jeśli zrobi to, czego oczekuje od niego armia? Czy armia będzie mogła żyć z nim, jeśli tego nie zrobi? Czy to jego ostatnia sprawa w mundurze?
Tę książkę dostałam w prezencie. Nie czytałam do tej pory nic Lee Childa. Widziałam tylko dwa filmy nakręcone na podstawie jego powieści. Zobaczymy, czy mi się spodoba, zwłaszcza że zacznę w połowie serii :)




Wydawnictwo Media Rodzina

źródło
Harry Potter i przeklęte dziecko. Część pierwsza i druga Joanne K. Rowling, Jack Thorne, John Tiffany

Harry Potter nigdy nie miał łatwego życia, a tym bardziej nie ma go teraz, gdy jest przepracowanym urzędnikiem Ministerstwa Magii, mężem oraz ojcem trójki dzieci w wieku szkolnym. Podczas gdy Harry zmaga się z natrętnie powracającymi widmami przeszłości, jego najmłodszy syn Albus musi zmierzyć się z rodzinnym dziedzictwem, którego nigdy nie chciał przyjąć. Gdy przyszłość zaczyna złowróżbnie przypominać przeszłość, ojciec i syn muszą stawić czoło niewygodnej prawdzie: że ciemność nadchodzi czasem z zupełnie niespodziewanej strony.

Nie da się uciec od Harry'ego Pottera. Dorastanie z książkami pani Rowling powoduje, że przeczyta się wszystko, co jeszcze napisze, bądź sygnuje swoim nazwiskiem. Ta książka wywołała radość, jeszcze większy entuzjam, falę krytyki oraz mocne poczucie rozczarowania. Zauważyłam jedną rzecz: nikt nie zwraca uwagi na okładkę. Jest tam napisane: na podstawie oryginalnej opowieści J.K Rowling. Co oznacza, że książka nie jest jej autorstwa. Poza tym to sztuka sceniczna - inaczej się  ją odbiera niż powieść. Może to stąd te wszystkie sprzeczne reakcje? Wkrótce sprawdzę :)


Wydawnictwo Znak

źródło
W codziennym zabieganiu wydaje nam się, że wszystko jest tymczasowe, a kiedyś zaczniemy żyć naprawdę. Ale to właśnie zwykłe dni decydują o tym, jak przeżywamy swoje życie. Wyobraź sobie, że masz czas na odpoczynek, na spacer, pogłaskanie kota, popołudniową wycieczkę. Że możesz sobie pozwolić na przerwę i wolny dzień. Nie odkładaj życia na potem. Planuj odpoczynek. Wyznaczaj priorytety. Próbuj nowych rzeczy. Znajdź czas na codzienne rytuały. Życie we własnym tempie jest sztuką. Zacznij stawiać pierwsze kroki.

Bardzo rzadko czytuję tego typu książki. Jednak lubię czytać bloga Joanny - styledigger.com, więc pomyślałam sobie, że sprawdzę co ciekawego ma do przekazania. Zwłaszcza, że mam ostatnio spory bałagan życiowy :) Jak już przeczytam, to na pewno podzielę się przemyśleniami.



Tyle ode mnie. 
K.

19 października 2016

W kilku słowach...

... z kina.  Co ciekwe, na dwóch z tych trzech filmów byłam na sali kinowej zupełnie sama. Po raz pierwszy zdarzyła mi się taka sytuacja. To bardzo surrealistyczne uczucie - tylko ty i wielki ekran. Jakby specjalnie dla mnie puszczali film :)







źródło
Jeszcze mi się nie zdarzyło pójść do kina na western. Nigdy nie był to mój ulubiony gatunek filmowy, stąd nie znam oryginalnych Siedmiu wspaniałych z 1960 roku. Kojarzę tylko Siedmiu samurajów, którzy byli inspiracją dla amerykańskich filmów. Jednak zaintrygowana zwiastunem, wybrałam się na seans, nie czytając opisów czy ogólnych opinii. I chyba dobrze zrobiłam. Nie miałam w głowie żadnego porównania, spekulacji i oskarżycielskich komentarzy, których w internecie pełno. Obejrzałam bardzo sprawnie zrobiony film. Film o męskiej przyjaźni, honorze i sprawiedliwej zemście. Aktorstwo na poziomie - każda postać miała swoje kilka minut, świetne sceny akcji i niezła muzyka.
Ocena: 7/10



źródło
Jak już kiedyś pisałam, nie lubię książkowej Bridget. To jeden z nielicznych wyjątków, gdzie wolę film niż książkę. Filmowe perypetie w wykonaniu Renée Zellweger są o niebo lepsze i zawsze poprawiają mi humor. Nie mam pojęcia jak druga i trzecia część odnosi się do pierwowzoru literackiego, ale w wersji ekranowej dobrze się ze sobą zgrywają. Bridget jak zwykle narozrabia, bo wiek jej do niczego nie zobowiązuje, gdzieś po drodze się pogubi i zwątpi, ale ostatecznie znowu znajdzie to, czego szuka. Jest śmiesznie, jest nowocześnie i jest taki nieoczywisty happy end.
Na poprawę humoru jak znalazł :)
Ocena: 7/10



źródło
Książka mi się podobała. Rzadko czytam thrillery psychologiczne, więc dałam się zaskoczyć. Po takim sukcesie marketingowym, film był tylko kwestią czasu. I muszę przyznać, że twórcy nieźle sobie z tą historią poradzili. Nie pamiętam dokładnie fabuły książki, bo czytałam ją ponad rok temu, ale to co mi zostało w głowie, w miarę dobrze współgra z tym, co widziałam na ekranie. Miałam może ze dwa - trzy momenty zgrzytu czy coś nie zostało zmienione. To naprawdę dobra ekranizacja książki, ze świetną rolę Emily Blunt. Nie można od niej oderwać oczu.
Ocena: 7/10

30 września 2016

The Tonight Show Starring Jimmy Fallon

źródło
Mam taki poranny zwyczaj: szykując się do pracy zawsze oglądam filmiki z amerykańskich programów rozrywkowych. Nie dość, że to świetna rozrywka, to przy okazji ćwiczę angielski i poznaję bardziej szczegółowo amerykańską kulturę. Tam jest mnóstwo odniesień do filmów, książek, motywów muzycznych, programów i postaci, o których nigdy nie miałam pojęcia.

Każda liczą się stacja telewizyjna w Stanach Zjednoczonych, ma w swojej ramówce codzienny rozrywkowy program typu talk-show. Znam tylko kilka, które w miarę regularnie oglądam, ale jak zaczęłam na ten temat czytać, to zgubiłam się w natłoku informacji ;) The Tonight Show..., Late Night with...,  The Late Late Show... - ich ilość i zmieniający się prowadzący się w tej chwili nie do ogarnięcia. Choć kiedyś może zrobię sobie jakiś spis :)

Moim pierwszym ulubionym programem jest The Tonight Show Starring Jimmy Fallon. Ilość dziwnych konkurencji i absurdalnych pytań jest tu powalająca. Ale zapraszani gości zawsze mają niezły ubaw.

18 września 2016

Kilka kulturalnych marzeń z okazji urodzin

Taki piękny bukiet dostałam :)
Źródło

Dzisiejsza data, jak co roku, informuje mnie, że jestem starsza. A im jestem starsza, tym coraz mniej myślę o urodzinach. Zaczęła mnie przerażać liczba, jaką muszę teraz podawać w urzędzie ;)

Kiedy ktoś z moich bliskich pyta mnie, co bym chciała dostać w prezencie urodzinowym, zawsze ciężko mi coś wymyślić. Prezent ma być niespodzianką i im mniej o nim wiem, tym lepiej. Ostatecznie i tak często daję się nagiąć, więc podaję listę rzeczy, które chcę mieć/są mi potrzebne/nie zmieściły się w zakupowym budżecie/zawsze się przydadzą. Niby zostawiam sobie ten mały element zaskoczenia, ale i tak jestem w stanie przewidzieć prezent.

Jest jednak kilka marzeń, których nie jestem jeszcze w stanie zrealizować, może też nigdy nie dojdą do skutku. Poniżej pięć wybranych.

7 września 2016

Zanim się pojawiłeś (2016)

źródło

Niestety, nie przyłączę się do ogólnej euforii wychwalającej ten film. Oglądając zwiastun miałam pozytywne odczucia. Ale stwierdziłam, że najpierw przeczytam książkę...

Już kiedyś pisałam, że w moim przypadku, zbyt świeży książkowy obraz bardzo źle wpływa na odbiór filmu. Mając wszystkie szczegóły w głowie, jestem bardziej krytyczna, niż gdybym ogląda film rok po przeczytaniu książki. Czepiam się i gadam, że można to było zrobić lepiej. (Wyobraźcie sobie ile się nagadałam oglądając Zmierzch :P)

W przypadku Me Before You, najbardziej zirytował mnie scenariusz. Jest uproszczony do najważniejszych wątków z książki, co bardzo spłyca cały przekaz. Ok, to jeszcze da się przeżyć. Ale ciężko docenić filmową historię, gdy ma dziury fabularne. Scenarzystka skacze z jednej sceny w drugą. Dla osoby, która przeczytała książkę nie trudno będzie połapać się co chodzi, ale jak ktoś nie zna tej historii, to może go to zdziwić. Dla przykładu: najbardziej rzuca się w oczy sytuacja, gdy Lou chce zabrać Willa w podróż. Widzimy tylko, że przegląda strony w internecie, ale nie konsultuje tego z nikim, nic nie załatwia. Potem Will trafia do szpitala, a ona wszystko odwołuje. To ona to jednak zrobiła? Kiedy? Potem, gdy Will wychodzi ze szpitala, nagle lecą prywatnym samolotem na wakacje. Gdzie? W jaki sposób to się stało? Nie wiadomo.

Co ciekawe scenariusz napisała sama Jojo Moyes - w takim wypadku historia powinna być zgrabnie przedstawiona. W końcu pisarze bardzo dobrze znają wymyślone przez siebie historie i generalnie mają smykałkę do przedstawienia tych historii na dużym ekranie. Niestety Jojo Moyes nie posiada tej smykałki.

źródło
Książkowe Zanim się pojawiłeś nie jest historią miłosną. Jest to raczej życiowa książka, która wymusza na czytelniku zastanowienie się nas pewnymi sprawami. A film? Poszedł w stronę romantyzmu. Przedstawiona jest w nim głównie relacja Lou i Willa. Ona o niego walczy, on pokazuje jej jaki jest świat, przed którym uciekała. Ale ta najistotniejsza rzecz (postanowienie Willa) nie jest nigdy na pierwszym planie, gdzieś się tam przewija, by potem pojawić się na końcówce i dodać dramatyzmu całej sytuacji. Bo widź powinien mieć nadzieję do samego końca, że będzie szczęśliwe zakończenie.

Czas filmowy jest ograniczony, ale cięcia jakie zrobiono, tylko zaszkodziły tej historii. Zrobiły z niej babskie romansidło, którym nie jest.

Nie podobało mi się też unowocześnienie Lou. Lou książkowa nie wiedziała wiele o kulturze, komputerach i książkach. Była ciekawsza. I miała mroczną tajemnicę. I gdzie był ten Patrick, na którego można się było wkurzyć?

Oczywiście znalałam też kilka plusów. Główni aktorzy byli dobrze dobrani. Emilia i Sam świetnie zagrali i czuć było między nimi chemię. Podobały mi się dialogi żywcem wyjęte z książki (scena z metką na koncercie ;)) Podobała mi się ścieżka dźwiękowa - mam już nawet kilka utworów na swojej playliście. Było kilka naprawdę dobrze zagranych scen. I tylko tyle.

Gdybym nie czytała książki, film pewnie by mi się spodobał.

Ocena: 5/10

18 sierpnia 2016

W kilku słowach...


źródło
Najnowsze wersje Star Treka oglądam jak nam chandrę. To świetna rozrywka: wciągająca fabuła, błyskotliwe dialogi i dobrze dobrani aktorzy. Poza tym mam słabość do Chrisa Pine'a. Trzecia część nie odstaje od pozostałych - cieszy oko i ucho. Mam gdzieś zarzuty o brak psychologicznej wiarygodności. To jest rozrywka: ma się dużo dziać i być głośno, by widz dobrze się bawił. I te kryteria Star Trek: W nieznane spełnia w 100%. A potyczki słowne w tej części są najlepsze: Bones i Spock rządzą! :)
Ocena: 7/10


Jason Bourne (2016)

źródło
Przed kinowym seansem obejrzałam ponownie poprzednie części Bourne'a, tak dla wkręcenia się w klimat. Już mi kolega nie wmówi, że Matt Damon w każdym filmie wygląda tak samo :) Wszystkie filmy mają ten sam dobrze sprawdzający się schemat akcji. Przy czym przy każdej następnej części, akcji jest znacznie więcej - a najnowsza przebija wszystkie pod względem tempa. To typowo rozrywkowy film, więc nie ma sensu czepiać się fabuły. Ja się dobrze bawiłam, zakończenie mnie usatysfakcjonowało, więc jeśli będzie część kolejna (bo twórcy zostawili otwartą furtkę), to z chęcią obejrzę.
Ocena: 7/10


Spotlight (2015)

źródło
To jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam w ostatnim czasie, zasłużenie nagrodzony Oscarem. Pokazanie pracy dziennikarzy śledczych nie jest łatwe, zwłaszcza jeśli dotyczy ona tak trudnego tematu jakim jest pedofilia w kościele katolickim. Trzeba było niebywałego taktu i zręczności w przedstawianiu wydarzeń, by zaprezentować tę historię na dużym ekranie. I to twórcom się udało. Spotlight w bardzo ciekawy sposób przedstawia proces zdobywania materiałów i dowodów. Film ogląda się z rosnącym zainteresowaniem, tempo jest szybkie, choć budowane na dialogach. Widz wraz z bohaterami powoli odkrywa szokującą prawdę i wraz z nimi czeka na efekt całej pracy. Świetne aktorstwo.
Ocena: 8/10



źródło
Nie jestem fanką Katy Perry, choć kilka jej piosenek mam na swojej muzycznej liście. Obejrzałam ten dokument głównie dlatego, że zawsze ciekawił mnie proces organizacji koncertów gwiazd muzyki pop. Lubię oglądać jak powstaje popowe show i jak taki koncert wygląda, ale widziany oczami pracowników zza kulis. Takie show zawsze pięknie wygląda, ale to tak naprawdę ciężka praca i logistyczna układanka. Po tym seansie wiem jedno (a raczej dwie rzeczy): Katy Perry śpiewać potrafi, a cukierkowo-bajkowy image to nie pomysł wytwórni, a jej własna inicjatywa. 
Oceny brak.


Absolwent (1967)

źródło
Nie bardzo rozumiem fenomen tego filmu. Obraz kultowy, według większości fantastyczny i broni się mimo swoich lat, a mnie zwyczajnie znudził. Naprawdę - to był najdłuższy seans jaki mi się ostatnio przytrafił. Być może kilka lat temu, Absolwent powaliłby mnie swoją tematyką, zmusił do refleksji, ale dziś jedynie mogę się zachwycać dobrymi kreacjami aktorskimi oraz sprawami technicznymi. Bohater Dustina Hoffmanna cały czas mnie irytował, panią Robinson miałam ochotę udusić, a Elaine było mi najbardziej szkoda. I tylko tyle zostało mi po seansie. A wracać nie zamierzam.
Ocena: 6/10



źródło
W tym filmie nie chodzi o fabułę. W tym filmie chodzi głównie o bohaterów i relacje między nimi. I jeszcze o muzykę. I o dużo akcji. Legion samobójców jest po to, by dobrze się bawić. I jest dla tych, co lubią komiksy, filmy o superbohaterach i złoczyńcach. Dla pozostałych będzie do strata czasu. Ja się dobrze bawiłam, bo o to chodziło. Deadshot i Harley Quinn rządzą!
Ocena: 7/10



źródło
To był przypadkowy i bardzo miły seans. Prosta opowieść z fajnymi bohaterami. Jest przygoda, jest tajemnica i jest malownicza Afryka. Czego chcieć więcej? Lubię takie odprężające, przygodowe kino. Historię Tarzana z książek Edgara Rice'a Burroughsa znam bardzo pobieżnie, więc nie miałam się do czego fabularnie przeczepić. A Margot Robbie zaczynam coraz bardziej lubić.
Ocena: 6/10



The Shallows (2016)

źródło
Kręcenie filmu, gdzie cała fabuła leży na barkach jednego aktora, do łatwych nie należy. Do tej historii wybrano Blake Lively, która uważana jest za przeciętną aktorkę o ładnej twarzy. A w tym filmie miała za zadnie samotnie zmierzyć się z żarłaczem białym, ok. 200 metrów od brzegu. I moim zdaniem bardzo dobrze sobie poradziła. Pomijam fakt, że film ma piękne widoki, świetnie nakręcone sceny surfowania w oceanie i komputerowo wygenerowanego rekina. Najmocniejszym punktem jest tu postać grana przez Blake. Świetnie pokazała stany emocjonalne swojej bohaterki. Początkowa beztroska, potem szok, załamanie, walka o przetrwanie, bóli wycieńczenie - to wszystko widać w częstych zbliżeniach twarzy aktorki. Warto też zaznaczyć dbałość twórców o detale - najlepiej to widać na ciele głównej bohaterki. Początkowo pięknie prezentuje się na plaży, ale gdy po ataku zostaje więźniem na małej wysepce, coraz bardziej widać jak niknie w oczach: rany, odwodnienie, utrata krwi, wygląd skóry - to wszystko jest bardzo dokładnie pokazane. Dodatkowym plusem produkcji jest muzyka i momenty ciszy, które budują napięcie.
Polski tytuł nie specjalnie mi się podoba, więc użyłam oryginalnego.
Ocena: mocne 6/10




źródło

Ten film nie jest typowym męskim westernem. Jest to opowieść o doświadczonej przez los kobiecie, która nagle musi obronić swoją rodzinę przez niebezpieczeństwem. A grozi jej śmierć z rąk gagu, do którego niegdyś należał jej mąż. W tej beznadziejnej sytuacji jedyną osobą, która może pomóc jest jej były narzeczony. Fabuła nie jest tak prosta, jak wynika z opisu. Jest tu wiele retrospekcji, niespodzianek, które budują napięcie aż do finału. Tempo akcji jest sprawnie prowadzone. I mamy bardzo dobre kreacje aktorskie: świetna Natalie Portman, fascynujący Joel Edgerton i kompletnie nie do poznania, zły Ewan McGregor. Warto obejrzeć.
Ocena: 7/10

31 lipca 2016

Be Our Guest...


Spośród ogromnej ilości bajek jakie widziałam od dzieciństwa, jest tylko jedna, którą jestem w stanie nazwać ulubioną i ukochaną. To Piękna i bestia.

Jakiś czas temu widziałam ją po raz kolejny w telewizji i siedziałam jak zaczarowana przez cały seans. Nie wiem co takiego jest w tej opowieści, że mnie tak zauroczyła. Ten sentyment nie słabnie mimo upływających lat. Podejrzewam, że ma to związek z Bellą i jej zamiłowaniem do książek. I z Płomykiem. I z biblioteką Bestii.


Wersję z 1991 roku widziałam tak wiele razy, że kaseta VSH się porządnie zdarła. Przez to mam schizę związaną ze sprawami technicznymi. Podoba mi się tylko stary dubbing oraz oryginalna kreska, a nie odświeżony obraz w ramach 3D. Udoskonalona wersja, moim zdaniem, nie ma tej bajkowej magii.

Wolę taką wersję Belli.
W przyszłym roku do kina wejdzie wersja filmowa Pięknej i bestii. Bardzo podoba mi się obsada, łącznie z Emmą Watson jako Bellą. Na razie teoretycznie, bo pełnego zwiastuna jeszcze brak. Będzie ciekawie, choć do kina pewnie się nie wybiorę - nie zdzierżę filmowego dubbingu :) Nie usłyszeć głosu Iana McKellena to zbrodnia.



Na kanwie tej historii powstało masę innych filmów, bajek czy seriali. Ja oglądałam serial z Lindą Hamilton i Ronem Perlmanem. Kojarzy go ktoś? Nie mogę sobie przypomnieć jak się skończył, a może go nie widziałam w całości?




Z Piękną i bestią kojarzy mi się jeszcze jedna rzecz, a mianowicie piosenka Meat Loafa. Na pewno inspirował się tą historią w teledysku, plus coś z Upiora w operze ;)


Powinnam jeszcze napisać o ścieżce dźwiękowej i piosenkach z bajki, o utworze Celine Dion, ale może innym razem :)

19 lipca 2016

Bezradność, bezbronność i bezprawie

Wykrywalność zabójców w Polsce wynosi dziewięćdziesiąt pięć procent. To świetny wynik w porównaniu z innymi państwami Unii Europejskiej, w których policja ma do dyspozycji lepszy sprzęt i bazę DNA. W Polsce nawet dobrej bazy nie ma. Wszyscy w policji wiedzą, że wykrywalność rzędu dziewięćdziesięciu pięciu procent nie jest możliwa do osiągnięcia bez manipulacji.*



Kilka lat temu oglądałam w telewizji reportaż o człowieku niesłusznie oskarżonym o morderstwo, ponieważ policja nie mogła/nie potrafiła złapać sprawcy. A musieli coś w takiej sprawie zrobić, więc wsadzili za kratki niewinnego człowieka, na podstawie znikomych śladów. Gdyby nie telewizja, pewnie do dziś by tam tkwił...

Od tamtego dnia, zawsze towarzyszyło mi przeczucie, że polski system sądownictwa, działania policji i straży miejskiej oraz wszelkie ośrodki pomocy społecznej nie potrafią, w większości przypadków, pomóc zwykłym obywatelom. Utrudniają wszystko na każdym kroku. Oczywiście dzieje się to po cichu, za zamkniętymi drzwiami, żeby nikt nie wiedział i nie oceniał. Żeby przypadkiem nie odkrył jakimi zasadami kierują się pracownicy państwowi. A co w takiej sytuacji ma zrobić biedy, szary człowiek, który ucierpiał lub potrzebuje pomocy? Skoro mimo prób, zamyka się oczy na ważny problem, to taki człowiek pójdzie to mediów. Bo dziś tylko w taki sposób można zmusić władze do pomocy. W XXI wieku.

Zbiór reportaży Justyny Kopińskiej pokazuje jak dziś działają instytucje państwowe, które zostały powołane, by pomagać obywatelom, stać na staży prawa i porządku. Ludzie tam pracujący siedzą na swoich ciepłych posadkach i zastanawiają się, która sprawa doda im więcej prestiżu lub poprawi statystykę. Nie liczy się człowiek, liczy się liczba zer na koncie i w raporcie. Korupcja, samowolka, zamykanie niewygodnych spraw, zaniedbania, brak wykwalifikowanych kadr - to się dzieje za naszymi plecami.

Justyna Kopińska przyjrzała się dokładnie każdej sprawie, którą opisuje - podje tylko wiarygodne źródła. Zadaje bardzo szczegółowe i dobitne pytania, ale jej rozmówcy unikają odpowiedzi. Dlaczego? Boją się o posadę? Wstydzą? Udają, że to nie oni? 

Dopiero publiczna prezentacja tych spraw dała jakiś efekt, coś się ruszyło. Niektóre z nich ciągnęły się latami. To tylko szesnaście reportaży. Szesnaście spraw. A ile jest takich, o których nie wiemy, bo państwo nie chce pomóc i odwraca oczy? 

Politycy w sejmie kłócą się o głupoty i zarabiają na tym korcie, zamiast zobaczyć co się dzieje dookoła nich. Co roku wyższe studia kończy tysiące magistrów, którzy nie mogą znaleźć pracy w swoim zawodzie. A w instytucjach państwowych zatrudnia się ludzi bez wykształcenia, bez doświadczenia, po znajomości i jeszcze daje dobrą pensję. Tnie się etaty lub dla znajomych sztucznie tworzy się miejsca na dodatkowy zarobek. Jak mamy z tym walczyć?

Przeczytajcie koniecznie.

------- 
*Justyna Kopińska, Polska odwraca oczy, wyd. Świat Książki, Warszawa 2016, str. 54.

29 czerwca 2016

Kulturalne zaszufladkowanie



Sytuacja sprzed kilku dni.
Jadąc do pracy czytam Krew elfów Andrzeja Sapkowskiego. Odrywam się na chwilę od lektury, bo czuję, że ktoś mi się przygląda. Stojący na przeciwko chłopak co chwila patrzy na mnie, potem na okładkę książki, to na mnie, na okładkę, na mnie, znów na okładkę i jeszcze raz na mnie. I tak przez kilka dobrych minut. Na jego twarzy widać było szczere zdziwienie. Zastanawiam się czy był pozytywnie zaskoczony moim wyborem lektury, czy może nie jakoś mu ten widok nie pasował. W końcu nie raz spotkałam się z podobnymi reakcjami.

Im dłużej poruszam się po kulturalnych ścieżkach, tym więcej dostrzegam zaszufladkowania. I mimo że wszyscy podróżni na kulturalnych drogach, deklarują tolerancję książkowo - filmową, a za plecami, na swoich blogach, czy między wierszami w recenzji, skomentują: "nie jest to dobra pozycja filmowa/książkowa dla tych, co lubią to, to czy tamto".

Przywykłam do tego, że moje kulturalne wybory zawsze są dziwne komentowane przez osoby, które spotykam. Dziewczyna lubią fantasy oraz pisząca o Tolkienie i Władcy pierścieni? A prace naukowe o fantasy? Kto na to zezwolił? Przecież o tym nie da się pisać, a tym bardziej nie da się tego czytać. To tylko wierzchołek góry lodowej :)

Dowiedziałam się ostatnio, że miłośnicy fantasy nie potrafią (ewentualnie nie lubią) czytać i oglądać innych gatunków. A ci kochający zagadki kryminalne niekoniecznie zainteresują się czymś z gatunku obyczajowego.... itp. Bo wierność gatunkowa musi być! Nie twierdzę, że nie ma takich osób, ale wrzucanie wszystkich do jednego worka, to duża przesada :) Z tej okazji zrobiliśmy z kumplem wspólne rozeznanie. Każdy porównał preferencje kulturalne u swoich znajomych i u ludzi, których teksty czytamy w internecie. I wyszło nam, że ci co lubią fantasy są bardziej wszechstronni - nie ograniczają się tylko do jednego gatunku. Mój kolega, darzy Wiedźmina i Grę o tron miłością bezwarunkową, ale ostatnio zaczytuje się w Shantaram i w Małym życiu.  Ja na przykład uwielbiam Ptaki ciernistych krzewów i wkrótce zabieram się za czytanie Przeminęło z wiatrem. Jakby tak się przyjrzeć, to większość moim ostatnich książkowych zakupów nie ma nic wspólnego z fantasy.



Jednak to, co mnie najbardziej zirytowało, to książka K.K. Piotrowskiej Krótka książka o miłości. Zastanawiam się dla kogo pani Karolina pisała tę książkę. Biorąc pod uwagę wszystkie zmieszczone w niej epitety, to raczej nie do zwykłego czytelnika, fana kina czy kulturalnego pasjonaty. Nie pisała jej nawet dla raczkujących w tym temacie. Pisała chyba dla pseudo celebrytek, które ocenia w swoim programie lub spotyka w telewizji. Pisała do osób, które widzą kilka filmów rocznie lub czytają trzy książki na dwa lata. Na pewno nie jest to książka dla tych, co codziennie kroczą ścieżkami kulturalnymi.

Nie jest przyjemnie czytać w książce, że skoro nie widziało się jakiegoś filmu, to jest się analfabetą. Albo skoro lubi się długie, kolorowe paznokcie i makijaż, to nie ma sensu oglądać danej produkcji, bo na pewno ciężko będzie ją zrozumieć. Wielu filmów nie powinni też oglądać fani fantasy i sci-fi - bo nie zrozumieją... 

Nie bardzo rozumiem, dlaczego pisząc książkę o swoich ulubionych filmach, przy okazji obraża i szufladkuje swoich obiorców. Jaki to ma sens? Przecież jest obecna na portalach społecznościowych, więc wie kto jest jej odbiorcą.  

Mój gust filmowy z całkiem inny, a według opinii pani Karoliny wielu z tych filmów nie rozumiem, nie są dla mnie, bo lubię fantasy oraz filmy o superbohaterach. A ja jak na złość wiele z wymienionych przez nią produkcji widziałam (a jak nie widziałam to nadrobiłam) i, o zgrozo!, doceniłam. 

Jestem analfabetą, bo nie obejrzałam Ojca chrzestnego. I nie zostanie mi to wybaczone, poki tego nie nadrobię. Idąc tym tropem, powinnam nazwać analfabetą każdego, kto nie przeczytał tyle polskiej literatury, co ja na studiach. Bo to wypada znać! A literatura polska to nie tylko szkole listy lektur.

Wyzłościłam się. Już mi lepiej ;)

27 maja 2016

Książkowy stosik nowości



Przytaszczyłam ostatnio do domu osiem nowych książek. A to wszystko przez moją obecność na Warszawskich Targach Książki. Ciężko się opanować, jak ma się przed nosem same promocje ;) Jeszcze mi się nie zdarzyło, zakupić aż tyle za jednym razem, więc dałam sobie szlaban na książkowe zakupy. Przynajmniej do momentu, aż nie przeczytam wszystkiego, co nabyłam od początku tego roku. Możecie się już zakładać czy dam radę ;)

Na Warszawskich Targach Książki jestem zawodowo, więc mam niewiele wolnego czasu na ogarnięcie tego, co się dzieje na Stadionie Narodowym. Odpada stanie w kolejkach po autograf czy przysłuchiwanie się panelom dyskusyjnym. Jedyne, co robię to "obchód stoisk", a potem zaglądam do kilku wybranych miejsc. Przechadzam się z identyfikatorem "wystawca", a zawsze czytam, że jestem "wydawcą" :D Choć najfajniej by było, gdybym miała napisane "autor". Wstępnie zaczęłam już nad tym poważnie pracować. I oby się udało ;)

A co książkowego upolowałam?



Perswazje, Emma, Opactwo Northanger Jane Austen - trzy książki, których nie mam w swoich zbiorach i jeszcze nie przeczytałam. Uwielbiam pisarstwo Austen, więc nie mogłam sobie odmówić uzupełnienia luki na półce.

Polska odwraca oczy Justyna Kopińska - trochę obawiam się tej książki, bo autorka nie pisze o sprawach łatwych. Ale wiem, że warto ją przeczytać, bo takie historie jeszcze mogą się powtórzyć - w innym miejscu, pod innymi nazwami. A wstrząs czasem jest potrzebny.

Wyjątkowy rok Thomas Montasser - mała księgarnia i tajemnicza książka. Większej zachęty nie potrzebuję. Z resztą to taka lektura, do której z przyjemnością się wraca.

Ojciec Chrzestny Mario Puzo - do tej powieści nie było mi po drodze, mimo że to już klasyka. Według K.K. Piotrowskiej, nieznajomość filmu (książki zapewne też) jest przejawem wtórnego analfabetyzmu. Jej opinia również mnie nie przekonała, wręcz zniechęciła (ale o tym w innej notce). Zachęcił mnie do niej dopiero poradnik "Po bandzie. Jak napisać potencjalny bestseller". Pan Winiarski tak ciekawie opisuje budowanie fabuły przez Puzo, przytaczając fragmenty z książki, że nabrałam ochoty na lekturę.

Gen Atlantydzki A.G. Riddle - mój kolega znalazł ten tytuł wśród nowości wydawniczych. A on ma nosa do dobrych tytułów (albo przynajmniej do bardzo popularnych). Sensacja, thriller, chaos, teorie spiskowe, władza nad światem i mnóstwo nauk ścisłych. Zapowiada się interesująco :)

Historia Pszczół Maja Lunde - norweski bestseller, opowieść o ludziach i pszczołach. Bez żadnego zastanowienia wzięłam ją półki i przeczytałam dwie pierwsze strony. Zaintrygowana poszłam do kasy. To dobry znak :)


Podczas targów dostaliśmy od pewnego pana z Niemiec notatniki z ponumerowanymi stronami - nie sprzedał, więc rozdawał. Nadal ta numeracja mnie zastanawia... A wydawnictwo Media Rodzina rozdawało, widoczny na pierwszym zdjęciu, notatnik "Księga snów". Niezła promocja książki, której premiera już w czerwcu.

A jak Wasze czytelnicze plany?

24 kwietnia 2016

W kilku słowach...

Ostatnio nadrabiam filmowe klasyki. A to dlatego, że czytam "Krótką książkę o miłości" Karoliny Korwin Piotrowskiej. Sama książka niespecjalnie mi się podoba, ale zawiera kilkanaście tytułów, które zawsze chciałam zobaczyć. Poniżej cztery z nich.


Annie Hall  (1997)

źródło
Woody Allen nigdy nie trafił na listę moich ulubionych filmowych twórców. To nie jest moje kino, nie potrafię się nim zachwycać. Kiedyś zarzucono mi, że traktuję Allena po macoszemu, ponieważ za bardzo lubię kino akcji. To stwierdzenie jest absurdalne, gdyż ja nie zamykam się na gatunki filmowe i potrafię doceniać film, gdzie mniej się dzieje i więcej gadają. Mimo to, co jakiś czas oglądam filmy Allena, by zrozumieć ten globalny fenomen. Raz mi się podobają, raz nie. Annie Hall o podobno najlepszy film reżysera, kino genialne. Mimo kilku naprawdę ciekawych scen, na mnie nie zrobił dużego wrażenia. Nie jest to film zły, ale też nie potrafię go wychwalić. Zaspokoiłam ciekawość i tyle.
Brak oceny


źródło
Bardzo klimatyczny i nastrojowy film. Dwoje dojrzałych ludzi spotyka się przypadkiem i wybucha między nimi gorące uczcie. Niby prosta historia, a jak dobrze opowiedziana. Romans bohaterów do łatwych nie należy. Ona ma rodzinę, niespełnione ambicje i właśnie zdradziła męża. On jest ciągle w drodze, nigdy nie wie gdzie go nogi poniosą. W takiej sytuacji ciężko decydować o przyszłości. A decyzje podejmowane na gorąco, mogą mieć mało przyjemne skutki...
Meryl jak zwykle mnie nie zawiodła. Świetnie pokazała rozterki swojej postaci. Natomiast Clint zaskoczył mnie kompletnie swoim romantyzmem i delikatnością. I ta końcówka z monologiem - świetna.
Ocena: 7/10



źródło
Dobre komedie romantyczne dziś już są rzadkością. Najbardziej lubię te z lat 80. i 90. i do nich najchętniej wracam. Z tego powodu miałam kiedyś hopla na punkcie Meg Ryan. Nadrabiałam jej filmy, ale do tej produkcji jakoś nigdy nie dotarłam. Może i dobrze, bo zapewne by mnie wynudziła. Teraz z ogromną przyjemnością śledziłam relacje dwójki filmowych bohaterów na przestrzeni lat. Świetny scenariusz i dialogi oraz cudowne Meg Ryan i Carrie Fisher.  
Ocena: 8/10


źródło
Pierwsze moje skojarzenie dotyczące tego filmu? Bardzo długi. Ciekawy, intrygujący, ale to ile trwa trochę mnie przytłoczyło. Historia niezależnej kobiety, którą życie mocno doświadcza, bo dokonane przez nią wybory okazują się rozczarowujące. Mimo tego Karen się nie poddaje i stara się odnaleźć w sytuacji, której się znalazła. Ale w tej całej historii najważniejszy jest namiętny romans Karen z Denysem - lokalnym myśliwym. Mnie ten film nie powalił na kolana, ale dobrze się go oglądało. I oczywiście przepięknie pokazał krajobrazy Afryki.
Ocena: 7/10

31 marca 2016

Podobno w Polsce nie czyta się książek...


Jakiś czas temu Biblioteka Narodowa udostępniła coroczny raport dotyczący czytelnictwa. Według tych badań, w 2015 roku ok. 37% Polaków przeczytało przynajmniej jedną książkę. Oczywiście zaraz potem pojawiło się tysiące dyskusji o spadku czytelnictwa, rozpoczynające się zwykle od takich słów jak: drastyczny, przerażający, wstrząsający raport. Wyborcza pokusiła się nawet o zdanie: "Czyli ponad 20 mln naszych rodaków nie miało żadnej" [w sensie książki].

Przyznam szczerze, że te badania zawsze mnie śmieszą. Nie da się dokładnie badać czytelnictwa, ale jeśli chce się to zrobić, to liczba badanych powinna być jak najwyższa. Tylko wtedy wyniki będą sensowne. W tym roku po raz pierwszy przyjrzałam się dokładnie raportowi BN i w końcu dowiedziałam się jak się bada u nas czytelnictwo.

Cały raport można znaleźć tutaj.

Cytując jeden z artykułów: "Badanie przeprowadzono na reprezentatywnej ogólnopolskiej próbie 3049 respondentów w wieku co najmniej 15 lat. Grupa ta została dobrana metodą random route. Wywiady przeprowadzali ankieterzy w domach respondentów, zapisując ich odpowiedzi na przenośnych komputerach (metoda CAPI). W kwestionariuszu powtórzono szereg pytań z poprzednich edycji, zachowując również ich kolejność w ankiecie, tak aby możliwe było porównywanie tegorocznych wyników z rezultatami badań z poprzednich lat."


3049
 To jest ta reprezentatywna liczba, która decyduje o stanie polskiego czytelnictwa.
 A w Polsce mieszka jakieś 38 milionów ludzi...


Czy nie wydaje Wam się, że to jest śmieszne mało? Nawet jeśli z tych 38 milionów, odejmiemy wszystkich poniżej 15 roku życia oraz osoby, które z jakiś powodów (np. życiowych czy medycznych) czytać nie mogą, to i tak te trzy tysiące to bardzo niewiele. To nie jest żadna reprezentatywna liczba. Już dziesięć tysięcy brzmiałoby lepiej.

Jak już nie raz wspomniałam, pracuję z książkami. Dzień w dzień o nich rozmawiam, widzę jak ludzie ich szukają i jak je kupują. Codziennie jadąc do pracy autobusem, widzę ludzi z nosem w książkach. Chodzę po księgarniach i podpatruję, jaką literaturą ludzie się interesują. Po opublikowaniu badania BN, zrobiłam w pracy małe śledztwo dotyczące czytania. Żadna zapytana przeze mnie osoba, nigdy nie brała udziału w żadnym większym badaniu dotyczącym książek. A większość z nich czyta i kupuje dużo. I każda potwierdziła tezę, że 3 tysiące badanych nic nie znaczy.

Czyta się nie tylko książki papierowe, ale także e-booki na czytnikach i pdf na komputerze. 
Czyta się nie tylko literaturę piękną, ale także popularnonaukową, finansową i techniczną. Znam osobiście takich czytelników.
Książek również się słucha - audiobooki mają się dobrze i nie służą tylko do szlifowania języka obcego.
Czyta się także w innych językach - widzę to na codzień. Ludzie czytają po angielsku, francusku, hiszpańsku czy rosyjsku.

Portal Lubimy czytać  - jedno z ciekawszych miejsc w internecie dotyczące książki. Ilość użytkowników i recenzji tylko umacnia moje przekonanie, że w Polsce czytelnictwo nie upada.
Tak przy okazji: właśnie prowadzą własne badania czytelnictwa. Ankieta dostępna: tutaj i ma naprawdę sensowne pytania.

I książkowe blogi - ich ilość może przyprawić o zawrót głowy :) Codziennie okrywam nowy adres z recenzjami. 

Mogłabym jeszcze pisać o tym jak się czyta w większym i mniejszym mieście, jak to jest z rodzinnymi czytelniczymi tradycjami i czy trzeba mieć duży zer na koncie by kupować książki. O takich rzeczach dowiaduję się nie z anonimowych ankiet, a z rozmów, patrząc ludziom w oczy.

Faktycznie czytelnictwo spada, co do tego nie mam wątpliwości. Ale nie wydaje mi się, by było aż tak tragiczne. Lepiej powiększyć liczbę badanych. Pewnie wyjadą lepsze wyniki.

A teraz zmykam czytać książkę :)
Dobrego dnia lub wieczoru! (w zależności kiedy przeczytacie ten post)

28 lutego 2016

Pokój (2015)

źródło
Tylu emocji, pytań i przemyśleń po obejrzeniu filmu nie miałam od dawna. Nawet pisząc ten tekst mam chaos w głowie. Chciałabym wszystko przekazać, ale każda moja myśl odnosi się do konkretnej filmowej sceny, więc powstałby jeden wielki spoiler. Pokój to jedna z tych produkcji, które na długo pozostają w pamięci - nie tylko dzięki świetnemu aktorstwu, ale także genialnemu przedstawieniu historii, która do łatwych nie należy.

Joy została porwana w wieku 17 lat. Ten psychol (zwany Starym Nickiem) zbawił ją niewinnym kłamstwem, zabrał ze sobą, zamknął w szopie i wykorzystywał przez kolejne 7 lat. Zniszczył życie niewinnej dziewczynie, bo sobie coś w głowie ubzdurał. Taka historia nie raz była wykorzystywana w literaturze i na dużym ekranie. Jednak, to co wyróżnia Pokój na tle innych podobnych historii, to Jack. Joy w tej fizycznej i psychicznej niewoli urodziła syna.

Dwójkę bohaterów poznajemy w piąte urodziny Jacka. Najpierw dowiadujemy się jak funkcjonują w tak małej przestrzeni, jak sobie z tym radzą. Jesteśmy bardzo bliskimi obserwatorami ich codzienności. Widzimy świat oczami Jacka, widzimy świat oczami Joy. Te dwie wersje mocno się od siebie różnią. Joy zrobiła wszystko, by uchronić swoje dziecko od brutalności, jak ją spotkała i nadal spotyka. Jack nie jest świadomy zewnętrznego świata, dla niego całym światem jest pokój.

Potem Joy podejmuje decyzję. Ryzykowną, niebezpieczną i trudną do przewidzenia. Dla syna postanowiła zawalczyć o wolność. Nie spodziewała się jednak konsekwencji jakie przyniesie jej działanie. Po 7 latach wolność jest trudna.

Bycie bardzo bliskim obserwatorem potęguje uczucie bezradności wobec tego, co widzimy na ekranie.

Patrzysz i masz ochotę rozwalić te cztery ściany.
Widzisz Starego Nicka i masz ochotę rzucić się na niego i go udusić.
Obserwujesz jak Jack biegnie do obcego człowieka i modlisz się w duchu, by facet razu zrozumiał, że trzeba to dziecko ratować.
Przyglądasz się policjantom i masz nadzieję, że rozszyfrują krótkie wskazówki.
Wpatrujesz się w nieobecną Joy w jej dawnym pokoju - chcesz do niej podejść i zmusić ją do mówienia.

Ten film porusza wiele trudnych tematów, zostawia w głowie mnóstwo pytań. Wybory Joy nadal siedzą mi w głowie. W tak trudnej sytuacji urodziła syna i zatrzymała go. Myślę, że był dla niej jak czysty promyk światła, w tych czterech ciemnych ścianach. Ocaliła go. A potem on ocalił ją.


Warto obejrzeć. Dla przemyśleń, dla pytań i dla świetnej roli Brie Larson.
Ocena: 9/10

22 lutego 2016

O co chodzi z Lupitą Nyong'o?

źródło

Do tej pory nie potrafię zrozumieć szumu wokół Lupity. Od dwóch lat regularnie pojawia się we wszystkich kulturalnych informacjach, które śledzę w miarę na bieżąco. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie jeden szkopuł - kiedy już o niej czytam, to zawsze dwóch kontekstach: o oscarowej roli i o ciuchach, które ma na sobie.

Wcześniej specjalnie nie przyglądałam się rozwojowi kariery aktora/aktorki po otrzymaniu Oscara. W większości przypadków taka kariera nabiera tempa, czego nie da się nie zauważyć. Wygrana Lupity wyjątkowo nie przypadła mi do gustu, ale ciekawiło mnie czy dostanie szansę na rozwój po tylu pochwałach i nagrodach. Ale nic wielkiego się nie wydarzyło.

Według mnie - przyznanie Lupicie Oscara - to była najgorsza decyzja Akademii w przeciągu kilku ostatnich lat. I nie ma tu znaczenia, że był to debiut i że dziewczyna jest czarna. Po prostu jej występ w 12 Years a Slave był przeciętny. Miała tylko jedną dobrą scenę, a to za mało. Dziś już nawet tej sceny nie pamiętam, więc to o czymś świadczy. Nagrody za tę rolę posypały się jak grzyby po deszczu. Więc chodziła od gali do gali, dziękując za możliwość spełnienia marzeń i opowiadając jakiego projektanta sukienkę wybrała.

Skończył się okres nagród i wszystko ucichło. Pomyślałam sobie, że teraz Lupita będzie przebierać w propozycjach filmowych i może w najbliższym czasie zabłyśnie w jakiejś roli, potwierdzając decyzję Akademii. I się nie doczekałam. Rok po otrzymaniu tych wszystkich nagród, pojawiała się znów na galach i zgodnie z tradycją wręczała statuetki. Od tej pory czytałam tylko o jej wyborach modowych, o okładach do pism oraz jak się czuje po otrzymaniu Oscara.

W między czasie okrzyknięto ją ikoną stylu, podpisała kontrakty reklamowe, wystąpiła w jednym filmie (Non-stop), gdzie nie grała jednej z głównych ról i do dwóch produkcji użyczyła głosu (Księga Dżungli, Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy). Dawno nie widziałam tak zapracowanej aktorki, która próbuje udowodnić, że zasłużyła na uznanie. Ma zbyt napięty grafik i musi rezygnować z otrzymanej roli, a na innym razem mimo starań nie przechodzi castingu.

Dziwny ten przypadek Lupity. Przecież otworzyły jej się drzwi do marzeń. Skoro tak wszystkich zachwyciła, to dlaczego nie ma na koncie ciekawych filmów? W ciągu dwóch lat mogła naprawdę sporo namieszać. Czyżby była traktowana jak egzotyczny dodatek, który nigdy nie doczeka się wielkiej kariery?

2 lutego 2016

W kilku słowach...

W styczniu obejrzałam w sumie dwadzieścia filmów, łącznie z powtórkami. Jak na moje niezorganizowanie kulturalne to całkiem dobry wynik. Poniżej kilka wybranych tytułów.

Ex-Machina (2015)


Dla mnie science fiction w wersji kameralnej jest zawsze ryzykowne. Zwłaszcza gdy jest to oryginalny pomysł scenarzysty, a nie adaptacja książki. Pod tym względem Ex-Machina broni się znakomicie. Debiut reżyserski Alexa Garlanda to klaustrofobiczny dreszczowiec, w którym pozornie nic się nie dzieje, ale gęsta atmosfera nasila się z każdą minutą. Minimalizm formy, nieustające napięcie, mnóstwo pytań, zagadnień, niedopowiedzeń - to wszystko nie pozwala się oderwać do końca. I mimo że można się domyślić zakończenia, to warto ten film zobaczyć. Mnie po seansie nurtuje jedno pytanie: jak człowiek będąc osobnikiem inteligentnym i rozpoznającym zagrożenie, może być jednoczenie tak naiwnym...
Ocena: 7/10

Still Alice (2014)


Czytałam same słabe recenzje tego filmu - szału nie ma, gdzieś to już było, nuda, tylko Julianne Moore dała radę... itp, itd. Ja mam odmienne zdanie. To naprawdę bardzo dobre kino. Pokazanie etapów rozwoju choroby Alzheimera to fascynujący ale i trudny do pokazania temat. Powolna utrata pamięci i świadomość zanikania własnej tożsamości, reakcja i zachowanie najbliższych osób z otoczenia na rozwój choroby - świetnie to zostało pokazane. Wiem, że film jest na podstawie książki i różni się od niej znacząco, więc chętnie książkę przeczytam. Dla mnie przykładem nudnego filmu jest Like Crazy lub Breathe In - niby filmy życiowe, ale nie mają nic co by mi po seansie pozostało. Jest jedno - poczucie straconego czasu. Still Alice może i jest filmem powolnym, ale bardzo wartościowym.
Cena: 7/10

Whiplash (2014)


Nie przepadam za jazzem - nie jest to mój gatunek muzyczny, choć znalazłabym kilka piosenek, które lubię słuchać. Whiplash obejrzałam głównie z powodu głośnych zachwytów. Mnie się ten zachwyt specjalnie nie udzielił. To niezły film, ale głównie dzięki świetnej roli J.K. Simmonsa. Nie wiem która scena, jest TĄ SCENĄ - jakoś mi to umknęło,  a sama końcówka mnie rozczarowała i przez nią jeszcze bardziej nie lubię jazzu i perkusji w zespole jazzowym. Gdybym poszła na to do kina (dobrze, że nie wyszło) głowa bolałaby mnie przez miesiąc.
Ocena: 6/10




Cóż za fantastyczna trylogia. Cudownie, prawdziwe i przegadane filmy. Nie spodziewałam się, że kiedyś docenię film, gdzie nie ma mocno zaznaczonych zwrotów fabularnych, a głównym atutem jest rozmowa. Oglądając filmy Linklatera zwraca się uwagę nie tylko na dialogi głównych bohaterów, ale także na gesty, spojrzenia, bo z nich wiele można sobie dopowiedzieć. Najbardziej urzekło mnie to, że bohaterowie są z krwi i kości - nie są idealni, mają wady, popełniają błędy. Są jak ludzie z codziennej rzeczywistości,  a ich rozmowy są bardzo wiarygodne i możemy sami się do nich odnieść w jakiś sposób. Poza tym między Jessem i Celine jest tak cudowna chemia, że ciężko oderwać od nich wzrok.
Ocena dla każdego filmu: 8/10


Joséphine (2013)


Głupiutka francuska komedia o kobiecie, która nie może sobie znaleźć faceta z powodu swojej figury. Zazdrosna o młodszą siostrę, która właśnie oświadczyła że wchodzi na mąż, postanawia ubarwić swoje życie uczuciowe i wplątuje się w wiele skomplikowanych sytuacji. Oprócz ładnych zdjęć, ten film nie ma niczego ciekawego do zaoferowania. Fabuła jest prosta jak budowa cepa, zakończenia można się domyślić od razu, a co druga scena jest żenująca.
Ocena: 4/10



Lubię filmy Nancy Meyers i jestem wobec nich mało krytyczna. Głównie dlatego, że jej filmy są dla mnie idealne na relaks po ciężkim dniu i przekazują tak wiele pozytywnej energii. I lubię do nich wracać. Nie inaczej jest z Praktykantem. To przyjemna, ciepła komedia, która odgrzebuje stare wartości i łączy je z tymi, które obowiązują dzisiaj. Jest kilka świetnych scen, jest uśmiech Annie, jest szarmancki Robert i jest szczęśliwe zakończenie. Czego chcieć więcej? :)
Ocena: 7/10

Oby luty był równie owocny filmowo.