30 września 2016

The Tonight Show Starring Jimmy Fallon

źródło
Mam taki poranny zwyczaj: szykując się do pracy zawsze oglądam filmiki z amerykańskich programów rozrywkowych. Nie dość, że to świetna rozrywka, to przy okazji ćwiczę angielski i poznaję bardziej szczegółowo amerykańską kulturę. Tam jest mnóstwo odniesień do filmów, książek, motywów muzycznych, programów i postaci, o których nigdy nie miałam pojęcia.

Każda liczą się stacja telewizyjna w Stanach Zjednoczonych, ma w swojej ramówce codzienny rozrywkowy program typu talk-show. Znam tylko kilka, które w miarę regularnie oglądam, ale jak zaczęłam na ten temat czytać, to zgubiłam się w natłoku informacji ;) The Tonight Show..., Late Night with...,  The Late Late Show... - ich ilość i zmieniający się prowadzący się w tej chwili nie do ogarnięcia. Choć kiedyś może zrobię sobie jakiś spis :)

Moim pierwszym ulubionym programem jest The Tonight Show Starring Jimmy Fallon. Ilość dziwnych konkurencji i absurdalnych pytań jest tu powalająca. Ale zapraszani gości zawsze mają niezły ubaw.

18 września 2016

Kilka kulturalnych marzeń z okazji urodzin

Taki piękny bukiet dostałam :)
Źródło

Dzisiejsza data, jak co roku, informuje mnie, że jestem starsza. A im jestem starsza, tym coraz mniej myślę o urodzinach. Zaczęła mnie przerażać liczba, jaką muszę teraz podawać w urzędzie ;)

Kiedy ktoś z moich bliskich pyta mnie, co bym chciała dostać w prezencie urodzinowym, zawsze ciężko mi coś wymyślić. Prezent ma być niespodzianką i im mniej o nim wiem, tym lepiej. Ostatecznie i tak często daję się nagiąć, więc podaję listę rzeczy, które chcę mieć/są mi potrzebne/nie zmieściły się w zakupowym budżecie/zawsze się przydadzą. Niby zostawiam sobie ten mały element zaskoczenia, ale i tak jestem w stanie przewidzieć prezent.

Jest jednak kilka marzeń, których nie jestem jeszcze w stanie zrealizować, może też nigdy nie dojdą do skutku. Poniżej pięć wybranych.

7 września 2016

Zanim się pojawiłeś (2016)

źródło

Niestety, nie przyłączę się do ogólnej euforii wychwalającej ten film. Oglądając zwiastun miałam pozytywne odczucia. Ale stwierdziłam, że najpierw przeczytam książkę...

Już kiedyś pisałam, że w moim przypadku, zbyt świeży książkowy obraz bardzo źle wpływa na odbiór filmu. Mając wszystkie szczegóły w głowie, jestem bardziej krytyczna, niż gdybym ogląda film rok po przeczytaniu książki. Czepiam się i gadam, że można to było zrobić lepiej. (Wyobraźcie sobie ile się nagadałam oglądając Zmierzch :P)

W przypadku Me Before You, najbardziej zirytował mnie scenariusz. Jest uproszczony do najważniejszych wątków z książki, co bardzo spłyca cały przekaz. Ok, to jeszcze da się przeżyć. Ale ciężko docenić filmową historię, gdy ma dziury fabularne. Scenarzystka skacze z jednej sceny w drugą. Dla osoby, która przeczytała książkę nie trudno będzie połapać się co chodzi, ale jak ktoś nie zna tej historii, to może go to zdziwić. Dla przykładu: najbardziej rzuca się w oczy sytuacja, gdy Lou chce zabrać Willa w podróż. Widzimy tylko, że przegląda strony w internecie, ale nie konsultuje tego z nikim, nic nie załatwia. Potem Will trafia do szpitala, a ona wszystko odwołuje. To ona to jednak zrobiła? Kiedy? Potem, gdy Will wychodzi ze szpitala, nagle lecą prywatnym samolotem na wakacje. Gdzie? W jaki sposób to się stało? Nie wiadomo.

Co ciekawe scenariusz napisała sama Jojo Moyes - w takim wypadku historia powinna być zgrabnie przedstawiona. W końcu pisarze bardzo dobrze znają wymyślone przez siebie historie i generalnie mają smykałkę do przedstawienia tych historii na dużym ekranie. Niestety Jojo Moyes nie posiada tej smykałki.

źródło
Książkowe Zanim się pojawiłeś nie jest historią miłosną. Jest to raczej życiowa książka, która wymusza na czytelniku zastanowienie się nas pewnymi sprawami. A film? Poszedł w stronę romantyzmu. Przedstawiona jest w nim głównie relacja Lou i Willa. Ona o niego walczy, on pokazuje jej jaki jest świat, przed którym uciekała. Ale ta najistotniejsza rzecz (postanowienie Willa) nie jest nigdy na pierwszym planie, gdzieś się tam przewija, by potem pojawić się na końcówce i dodać dramatyzmu całej sytuacji. Bo widź powinien mieć nadzieję do samego końca, że będzie szczęśliwe zakończenie.

Czas filmowy jest ograniczony, ale cięcia jakie zrobiono, tylko zaszkodziły tej historii. Zrobiły z niej babskie romansidło, którym nie jest.

Nie podobało mi się też unowocześnienie Lou. Lou książkowa nie wiedziała wiele o kulturze, komputerach i książkach. Była ciekawsza. I miała mroczną tajemnicę. I gdzie był ten Patrick, na którego można się było wkurzyć?

Oczywiście znalałam też kilka plusów. Główni aktorzy byli dobrze dobrani. Emilia i Sam świetnie zagrali i czuć było między nimi chemię. Podobały mi się dialogi żywcem wyjęte z książki (scena z metką na koncercie ;)) Podobała mi się ścieżka dźwiękowa - mam już nawet kilka utworów na swojej playliście. Było kilka naprawdę dobrze zagranych scen. I tylko tyle.

Gdybym nie czytała książki, film pewnie by mi się spodobał.

Ocena: 5/10