23 listopada 2017

Kartki papieru



"Jesteśmy wtórnymi alfabetami. Nie tylko przestaliśmy czytać książki – przestaliśmy pisać. Wodzić dłonią po papierze i trzymać długopis lub pióro. Zamiast tego cały czas atakujemy palcami plastik wbijając w niego myśli. Opuszki palców stają się coraz bardziej zgrubiałe, a nasz umysł rozleniwia się. Wie przecież, że możemy pozwolić sobie na błędy ortograficzne, bo sprytny program komputerowe podkreśli je nam na czerwono lub wręcz poprawi je za nas. Nawet, jeśli mamy sporządzić krótką notatkę, to sięgamy prędzej po komórkę niż skrawek papieru. Po sklepach chodzą zombie i skrolują listę zakupów." 


5 listopada 2017

A creepy old man cut my hair off!

Thor: Ragnarok (2017)

źródło

Thor jest moim ulubionym superbohaterem z uniwersum Marvela. Przeglądając w internecie materiały związane z trzecią częścią dowiedziałam się, że wcześniejsze filmy z udziałem nordyckiego boga niespecjalnie podobają się krytykom. Jak przeczytałam w jednej recenzji - to najbardziej pokiereszowana seria od Marvela, nie ciesząca się specjalnie entuzjazmem. Coż, ja mam zupełnie inne zdanie dotyczące dwóch poprzednich filmów :) Ale co do najnowszego, to muszę się zgodzić z większością optymistycznych recenzji - to znakomita rozrywka trzymająca poziom. 

27 października 2017

Filmowe zainteresowanie


W sztuce filmowej nie chodzi wyłącznie o opowiadanie historii, ale także o sposób, w jaki ta historia staje się doświadczeniem wizualnym i dźwiękowym. Trzeba mieć świadomość materii. Film ma swoje ograniczenia, dlatego ważne są proporcje: ruchome obrazy muszą złożyć się w całość w określonym czasie. Efekt zaś powinien być jak najbardziej osobisty i tak prawdziwy, jak tylko to możliwe.

Ira Sachs



Jakiś czas temu trafiłam na tekst Zwierza Popkultularnego dotyczący szumu, jaki powstał po premierze filmu Botoks. Wpis nie jest o samym filmie, ale o czynnikach, które doprowadziły do jego popularności. Z dziesięciu trafnych punktów, moją uwagę przykuł ostatni. Pozwólcie, że go zacytuję:

Na koniec punkt dziesiąty, Chcecie wiedzieć skąd się bierze popularność Vegi? Z naszych wieloletnich zaniedbań. Z tego, że Polacy są obecnie bardzo marnymi widzami. Bez względu na wiek, płeć czy pochodzenie społeczne. Jeśli przez tyle lat ma się gdzieś jakąkolwiek edukację filmową to czego w sumie się spodziewać? Kino w Polsce to kwestia bardzo prywatna istniejąca poza granicami wykształcenia i edukacji. Ludzie mają dyplomy ale kiedy zaczynamy rozmawiać o kinie niewiele wiedzą. Niewiele ich interesuje. Jak pokazują wspomniane wcześniej informacje – pójdą do kina z dzieckiem, póki jest małe. Ale po tym okresie chodzenia na kreskówki chodzenie do kina się urywa. Z wielu powodów – także ekonomicznych, kino jest w Polsce drogie, widzowie w mniejszych miejscowościach mają małą szansę na obejrzenie czegoś poza największym hitem sezonu (np. Botoksem). Tam gdzie nie ma kanonu, gdzie nie ma nacisku społecznego, gdzie każdy sobie sterem żeglarzem okrętem, najłatwiej uderzyć w niskie tony. Największej grupie ludzi najłatwiej sprzedać to co żeruje na najniższych instynktach. Tym co broni przed takimi produkcjami jest kultura filmowa danego kraju. Ale u nas – mimo wielkich tradycji, kultura leży i kwiczy. Na nasze własne życzenie. 

To jest zapewne temat na wielogodzinną dyskusję, co z resztą pokazały komentarze pod wpisem Zwierza. Mnie jednak w tej wypowiedzi trochę razi stwierdzenie, że ludzie mają gdzieś edukację filmową, a osoby wykształcone kompletnie nic nie wiedzą o kinie. Z mojego doświadczenia i codziennych obserwacji wynika, że kino mieści się głównie w strefie indywidualnych zainteresowań (tak jak teatr, opera czy muzyka) - filmowe podstawy są gdzieś sygnalizowane przez edukację, o resztę trzeba jednak zadbać samemu. I tutaj hobby biegnie dwutorowo - albo traktuje się to poważnie i poszerza wiedzę w przeróżnych aspektach, albo tylko ogląda się filmy dla rozrywki, by pogadać ze znajomymi. Najczęściej drugi aspekt przeważa.

I niestety, nie da się zmienić przekonania, że kino to głównie rozrywka, która przyciąga promocjami, dużą, wygodną i klimatyzowaną salą oraz gadżetami. A im lepsza reklama, tym więcej osób do niej lgnie.

Zainteresowania to sprawa przeważnie prywatna i jeśli ktoś nie przejawia chęci sięgnięcia po więcej informacji, to żadna teoria nie zmieni jego postawy. Nic na siłę. Nie raz się spotkałam ze stwierdzeniem, że oglądanie filmów nie może być poważnym hobby, to jest raczej chwilowa przyjemność.



Ja zainteresowanie kinem wyniosłam z domu - filmy są moim życiu obecne odkąd pamiętam. Ale kiedy moja fascynacja zaczęła się rozrastać poza zwykle obejrzenie czegoś w telewizji czy w kinie, to nie miałam żadnych dostępnych źródeł wiedzy na wyciągnięcie ręki, takich jakie są dzisiaj. Dorastałam w środowisku, gdzie taka pasja nie była rozumiana. Moi znajomi nie interesowali się filmami, w mieście nie było żadnych dodatkowych zajęć z tego tematu, a w bibliotekach dobrych książek. Miałam tylko jedną kumpelę, która podzielała moją pasję i to z nią obejrzałam bardzo dużą część filmów. Do kina chodziłam sporadycznie, bo na prowincji mało kiedy grali różnorodny repertuar (to dziś się to nie zmieniło) i nie puszczali filmu w tygodniu, gdy na sali nie było conajmniej 5 osób.

Te przeszkody jakoś mnie nie zniechęciły. Nie mam za sobą profesjonalnej edukacji filmowej. Wszystko, co wiem o kinie wynika z dużej mierze z ilości obejrzanych filmów, na wieloletnim wyszukiwaniu informacji oraz na rozmowach z ludźmi, którzy też uważają, że historia na ekranie to coś więcej. To była moja nauka. Ale z drugiej strony nie dążyłam do bardzo kompetentnej wiedzy, którą mogłabym się czasem pochwalić.

Nie potrzeba filmowej wiedzy, by trafienie wybierać kinowe seanse, nie potrzeba profesjonalizmu by wygłaszać swoje opinie. Trzeba jednak mieć tę iskierkę fascynacji kinem, by nie nazwać go tylko rozrywką. Mam jednak wrażenie, że takich iskierek jest coraz mniej, bo pasje wymagają wysiłku. Dziwi mnie fakt, że w dzisiejszych czasach, mając taki dostęp do źródeł, ludzie z nich nie korzystają. Jest tyle wiedzy w mediach, której nie było za moich nastoletnich czasów. Nie ma się czemu dziwić, że kino jest uważane za rozrywkę bez wartości.


Zwierz ma rację jeszcze w jednym - generalnie kultura jest droga, w mniejszych miastach wybór kinowy jest dość ograniczony, a nasze rodzime polskie produkcje nie należą do najlepszych. A jeśli są zdarza się dobre polskie kino, to już nie jest za bardzo dostępne i reklamowane.

Z drugiej strony: idziesz do kina na film - a tam cała sala, pełna ludzi chrupiących popcorn i żłopiących colę za taką cenę, za którą można spokojnie ugotować obiad na dwa dni lub kupić kolejny bilet do kina.

Cóż,  to temat na niekończące się dyskusje :)

30 września 2017

W kilku słowach...

... wybrane filmy z seansów lipcowo-sierpniowych...


Pasażerowie (2016)

źródło
Ten film nie był specjalnie ciepło przyjęty przez widzów. A mnie się wyjątkowo spodobał. Może dlatego, że nie oczekiwałam wielkiego wow po zwiastunie i nie skupiałam się na bardzo szczegółowych detalach fabuły - choć widać było niedociągnięcia. Dobrze się go oglądało i tyle. Niezbyt mnie raziło tempo akcji: najpierw spokojna samotność człowieka w kosmosie, potem szybkie love story, a na koniec szaleńcze tempo akcji zmierzające do szczęśliwego zakończenia. Aktorsko też wypadło nieźle, a to pewnie spowoduje, że zobaczę ten film ponownie.
Ocena: 7/10



żródło
Ten film ma kilka fajnych momentów, jest nieźle nakręcony i nie ma w nim przesadnie użytych efektów specjalnych. Ale czy to jest film, który długo zostaje w głowie? Niestety nie. Nawet wysokobudżetowe produkcje potrafią namieszać widzowi w głowie, że chętnie się do nich wraca. A Kong nie zrobił takiego wrażenia - przynajmniej na mnie. Jest po prostu przeciętny, aż szkoda na niego czasu. A właśnie - King Kong wygląda świetnie - to największy plus ;)
Ocena: 5/10



źródło
Na ten film po prostu szkoda czasu. Nie mam pojęcia, co mnie podkusiło, by to zobaczyć - chyba tylko jakiś niezrozumiały sentyment do serialu, który oglądałam wyrywkowo będąc dzieckiem. Power Rangers od zawsze byli kiczowaci, ale mieli swoje oddane grono fanów. Dziś w dobie filmów Marvela i DC raczej nowych nie znajdą, więc jest to po prostu powrót do przeszłości dla pokolenia lat 80. i 90. Z tym, że ten powrót jest jeszcze bardziej nieudany niż sam serial. Pod względem fabularnym film kompletnie leży. Prawie cały film oglądamy jak bohaterowie się poznają i próbują opanować nowe umiejętności, aż tu nagle pojawia się ostateczna konfrontacja i bohaterowie od razu genialnie sobie radzą (choć nic na to nie wskazywało...) Totalna porażka.
Ocena: 3/10


Dom dusz (1993)

źródło
Wielowątkowa opowieść oparta na prozie Isabel Allende. Samej książki nie czytałam, ale film ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Tempo jest powolne, nie ma nagłych zwrotów akcji. Śledzimy losy rodziny na przestrzeni pięćdziesięciu lat, próbując zrozumieć i wytłumaczyć sobie ich zachowanie, decyzje i wybory. A to wszystko w czasie politycznych zmian w Chile. Jest też wątek magiczny (w końcu to adaptacja powieści Allende), co jeszcze bardziej gmatwa sytuację. Pulsem jest też świetna obsada - genialne role Meryl Streep i Gleen Close. Nawet Antonio Banderas dał radę ;)
Ocena 7/10

18 września 2017

Nieogarnięte recenzje


Cóż, człowiek pisze tak, jak może, Obywatelu Redaktorze.

Konstanty Ildefons Gałczyński, List z fiołkiem, 1946




Nie przepadam za klasycznymi schematami pisarskimi. Jak nie mam weny lub pomysłu, to potrafią mocno dać mi w kość. Najgorzej było w szkole i na studiach - narzucone tematy i koncepcje zwykle źle wpływały na jakość tekstów, które oddawałam do sprawdzenia.

Na szczęście dziś nic mnie nie ogranicza. Piszę tak, by przekazać moje myśli. Staram się, by tekst był przejrzysty wizualnie i zrozumiały dla czytającego. Zdarza mi się zaszaleć i stworzyć coś bardziej w klasycznej formie, ale wymaga to ode mnie większego wysiłku.

Nawet w pracy łamię zasady pisarskie. Nie lubię sztywnej oficjalności, więc wymyśłiłam sobie własne schematy pisania, by mój odbiorca nie czuł się nieswojo. Póki, co to się sprawdza :)

A jak jest z recenzjami? Zwykle są nieogarnięte - krótkie, zwięzłe (lub nie) i na temat. Ale często zdarza mi się, że mam problem z ich napisaniem. Nie mam pojęcia jak przelać wszystkie myśli w sensowne kilka zdań. A jak się rozpiszę, to wyjdzie mi jeden wielki bełkot. Staram się układać to wszystko w głowie, ale po napisaniu nie wygląda to tak dobrze, jak w myślach. Więc próbuję od innej strony - dyskusja. Wtedy mam dobre argumenty, ale zaczynam się zastanawiać... czy są one moje, po tak długich rozważaniach? Czy tylko ktoś mi wyjaśnił swoje zdanie i idealnie pasuje do tego, co chciałam napisać? A może to zlepek wspólnych wniosków? Zaczynam się motać i ostatecznie odpuszczam.

A miało być tak łatwo :)

Kiedyś miałam taki zwyczaj, że oglądając film kładłam obok otwarty notatnik. I zapisywałam w nim wszystkie luźne myśli, jakie przychodziły mi do głowy w czasie seansu. Oczywiście nie dotyczy to oglądania filmów w kinie :) Chyba muszę do tego wrócić, bo jak sięgam pamięcią, to wtedy znacznie sprawniej mi się pisało. Miałam swój własny materiał do obróbki.
Muszę się przyznać, że dziś łapię się na tym, że dość dobrze pamiętam akcję, ale gdzieś mi się ulatniają moje wrażenia na jej temat.

Całkiem inaczej wygląda sprawa z książkami. Nie zrobię żadnych notatek podczas czytania, bo by mnie to wkurzało. Poza tym mam dość dobrą pamięć i fabuła na długo zostaje mi w głowie. Ale książki wymagają więcej uwagi i większej ilości słów. Więc w pisaniu o książkach szukam inspiracji - czyli przeglądam inne recenzje, by nie powielać tych samych wniosków i ocen. I tak się naczytam, że czasem dociera do mnie, że nie wiem co napisać :P Tutaj jeszcze bardziej się gmatwam przy pisaniu. Jeszcze nie wymyśłiłam dobrego sposobu, ale intensywnie nad nim pracuję :)


Przelewanie myśli nie zawsze jest łatwie. Ale podobno liczy się efekt końcowy. Mam nadzieję, że mój efekt do tragicznych nie należy ;)


Aktualizacja P.S. Zmieniłam na próbę dodawanie komentarzy na Disqus, ale musiałam go usunąć, bo pojawiał się jakiś błąd - czasem bywam nieogarnięta w komputerowych sprawach :)
whitequeen1408 prośba o dodanie komentarza raz jeszcze ;)

31 sierpnia 2017

Miszmasz #11

W telegraficznym skrócie.


Wiele razy próbowałam powrócić do regularnego pisania. Ale każda próba kończyła się niepowodzeniem - nie mogę się jakoś zorganizować pod tym względem. W związku z tym wiele razy chciałam skasować tego bloga. Ale jakoś nie mogę. Lubię ten mój malutki kawałek internetowej przestrzeni. Z racji tego, że za chwilę rozpocznie się mój ukochany miesiąc wrzesień, to może znów podejmę próbę ogarnięcia mojej blogowej przestrzeni. Każdy powód jest dobry :)


Filmy. Jeden post o filmowym nadrabianiu już napisałam. Do napisania drugiego właśnie się przymierzam. Oczywiście nie piszę o wszystkich filmach, które oglądam. Po pierwsze dlatego, że notki byłyby strasznie długie, poza tym czasami nie mam pojęcia jak przelać moje myśli na słowa - nawet jeśli jest to tylko kilka zdań. Ha! Właśnie wymyśliłam temat na fajną notkę o pisaniu recenzji ;)

Seriale. Wszyscy wiedzą, że jestem kompletnie mało serialowym osobnikiem. Jednak ostatnio ten stan się mocno zmienił. Nadrobiłam wszystkie sezony Kochanych kłopotów - wśród moich znajomych byłam chyba jedyną osobą, która nigdy nie widziała tego serialu w czasach szkolnych. I nawet się cieszę, że dopiero teraz go widziałam - będąc nastolatką raczej bym go nie doceniła. Wróciłam też do oglądania Gry o tron, którą porzuciłam po dwóch sezonach kilka lat temu. Może teraz dam radę i nadrobię wszystkie siedem ;) Poza tym miałam okazję zobaczyć miniserial HBO Wielkie kłamstewka - naprawdę dobra produkcja ze świetną obsadą. I jedna z najlepszych kreacji Reese Witherspoon. Ostatnim serialem, jaki widziałam to genialny Stranger Things - całkowicie skradł moje serce i nie mogę się doczekać drugiego sezonu. A zapowiedzi są intrygujące ;)




Książki. Tutaj sytuacja jest opłakana, jak na mnie. Czytam bardzo mało, a spośród wybranych książek niewiele okazało się wciągającymi lekturami. Znacznie lepiej mi idzie kolekcjonowanie nowych tytułów na półkę - przykład na zdjęciu. Przez to lista książek do przeczytania rozrasta się do ogromnych rozmiarów. Powinnam coś z tym zrobić :) Jak już uporam się z ostatnim tomem Sagi o wiedźminie, to skupię się na czytaniu tylko tego, co mam na półce. Mam nadzieję, że nie kupię do grudnia żadnej nowej książki.




Tyle z telegraficznego skrótu na ostatnie godziny sierpnia.
Mam nadzieję, że we wrześniu będę bardziej aktywna na blogu.

30 lipca 2017

W kilku słowach...

... z seansów majowo-czerwcowych...


Strażnicy Galaktyki vol. 2 (2017)

źródło
Pierwsza część średnio mi się podobała - w moich oczach zyskała dopiero przy drugim podejściu. A kontynuacja jest naprawdę zabawna, dawno tak się nie uśmiałam w kinie. Fabuła nie jest bardzo zawiła, ale nadrabia wciągającymi scenami akcji i odniesieniami do popkultury lat 80. I co mi się chyba najbardziej podobało - mimo że oś fabularna skupia się na przeszłości Quilla, to nie jest on na pierwszym planie jako postać.
Ocena: 7/10



źródło
Gdybym nie była związana sentymentalną więzią z bajkową Piękną i Bestią,  pewnie uznała bym jej filmową wersję za magiczną produkcję i dodała do ulubionych. Ale że jest inaczej, to film wydaje mi się po prostu dobry. Oczywiście ma świetną obsadę (trzeba go oglądać bez dubbingu), cudowną scenografię (wizualnie to wysoki poziom) i dobrze zaśpiewane piosenki. Nie przeszkadzają mi drobne zmiany w fabule, ale strasznie mnie kłuje doklejenie kilku scen do tych zmian. Plus jakoś wygląd bestii mnie nie zachwycił. Całość jednak robi pozytywne wrażenie, więc pewnie kiedyś powtórzę seans.
Ocena: 7/10




źródło
To już nie są ci sami Piraci, których oglądaliśmy w filmach Gore'a Verbinskiego. Nowe filmy nie mają tego klimatu, powstają chyba tylko dla postaci Jacka Sparrowa. Czwarta część jakoś nie zapadała mi w pamięć i generalnie mogłaby nie powstać. Najnowsza wypadła znacznie lepiej, ale tylko dlatego, że wydarzeniami nawiązuje do zakończenia Piratów Na krańcu świata. Jest dużo akcji, jest trochę śmiechu, powracają znani bohaterowie, więc seans nie był zmarnowany. I zapewne, to nie jest koniec kontynuacji przygód Piratów.
Ocena: 6/10


Wonder Woman (2017)

źródło
Pamiętam z czasów nastoletnich serial o Wonder Woman - oglądałam go z zapartych tchem, zafascynowana główną bohaterką. To jedyna postać ze świata komiksów, którą na długo zapamiętałam. Wersja filmowa to bardzo dobra rozrywka - nieskomplikowana historia, niezła i dająca się polubić Gal Gadot, świetny Chris Pine, humorystyczne wstawki i piękne zdjęcia. Przez częste zastosowanie slow motion, film ma trochę dłużyzn, ale da się to przeboleć. Ja wyszłam z kina zadowolona i chętnie jeszcze powrócę do przygód Diany.
Ocena: 7/10



Zwierzogród (2016)

źródło

To jedna z najlepszych animacji, jakie ostatnio widziałam. Świetna fabuła, która czerpie z kilku gatunków filmowych: filmu gangsterskiego (genialne nawiązanie do Ojca Chrzestnego), obyczajowego, horroru, romansu czy sztuki teatralnej. Jest ważne przesłanie, jest kilka mądrych rad i duża ilość życiowych upadków, jest ogromna dawka humoru. No i jest Oscar. A scena z lemurami to majstersztyk ;) Widziałam wersję z napisami, więc obejrzę jeszcze raz z dubbingiem - doszły mnie słuchy, że jest jednym z lepiej zrobionych.
Ocena: 8/10


Moana (2016)

źródło
Historia walecznej polinezyjskiej córki wodza Moany oraz niesfornego półboga Maui, którzy razem muszą uratować swój świat przed zagładą. A współpraca raczej im nie wychodzi ;) Bardzo mi się spodobała konstrukcja fabuły i zminimalizowanie ilości bohaterów - więcej jakości niż ilości. Dzięki temu można się skupić na przesłaniu, które niesie ze sobą ta animacja.
Ocena: 7/10

11 czerwca 2017

Krótki tekst o fotografii



Uwielbiam zdjęcia. W sumie tym stwierdzeniem mogłabym zakończyć pisanie tego tekstu ;) Jest w fotografii coś, co mnie przyciąga, coś co podkręca moją wyobraźnię i co pozwala mi być bardziej kreatywną. Gdy potrzebuję nowej grafiki do blogowego wpisu lub gdy mam ochotę zmienić tapetę w telefonie, to potrafię spędzić naprawdę dużo czasu przed komputerem, by znaleźć to, co będzie pasowało do koncepcji. A jeśli najdzie mnie ochota na własną twórczość, to robię zdjęcia tak długo, aż efekt będzie mi pasował. Z własnym perfekcjonizmem nie wygram :)

Zamiłowanie do obrazków mam od zawsze. To wynika z faktu, że fotografia towarzyszy mi od dzieciństwa. Mamy w domu setki zdjęć i slajdów przedstawiające przeróżne etapy naszego rodzinnego i towarzyskiego życia. Z aparatem szalał mój wujek, tata i brat (który ostatecznie zaczął się tym zajmować zawodowo). Mnie dość długo nie przyszło do głowy, by zacząć robić zdjęcia. Wolałam je oglądać i podziwiać, a z czasem kolekcjonować. Owszem zdarzały się monety, gdy miałam w rękach aparat, ale to było raczej związane z wyjazdami wakacyjnymi i obchodzeniem urodzin, ale efekty nie były raczej zadowalające ;)

Założenie bloga, a potem Instagrama mocnej mnie przyciągnęło do fotografii - jak piszę, to muszę mieć odpowiednią wizualną oprawę. A taka wizualna oprawa musi być zróżnicowana. Więc zaczęłam fotograficzne poszukiwania... Kolekcjonowanie zdjęć, które przyciągnęły moją uwagę, stało się moim małym hobby. Moja każda podróż kulturalna pozostawia na komputerze i w telefonie zdjęcia, do których lubię wracać. To moje kolekcjonowanie jest budowaniem małych historii.


Teraz kolejnym etapem jest zabawa lustrzanką. Lubię fotografować otaczającą mnie rzeczywistość i dokumentować moje podróże po kulturze. Mam też słabość do małych detali zatrzymanych w karze - coś, co potem nabiera znaczenia. Jak mi coś z tego wyjdzie, to na pewno podzielę się efektami.

Tymczasem idę pisać kolejną notkę. Taką o filmach ;)

19 marca 2017

Cisza

Jak cicho kręci się świat, kiedy człowiek rozmyśla w samotności.

Eleanor Catton – Wszystko, co lśni




Takie chwile zdarzają mi się ostatnio bardzo rzadko. 

28 lutego 2017

Z książkowej półki



Dawno mnie tu nie było. Blog co chwila powracał w moich myślach, ale nie miałam żadnego pomysłu na notkę. Ciężka jest walka z brakiem weny, ale w końcu odniosłam małe zwycięstwo :) Zanim jednak rozpiszę się na bardziej konkretne tematy, zostawię tu kilka zdjęć książek, które najbliższym czasie mam zamiar przeczytać. 




Ocean na końcu drogi Neil Gaiman - lekturę tej książki mam już za sobą. To dla mnie pozycja wyjątkowa. Po pierwsze dlatego, że odczarowała mi twórczość Gaimana, a po drugie to jedna z nielicznych książek, które dostałam w niespodziewanym prezencie.

Muza Jessie Burton - bardzo ciekawi ta książka, bo opowiada w intrygujący sposób o malarstwie. Czytałam same pozytywne recenzje, choć duża część czytelników twierdzi, że Burton nie dorównała poziomem swojej debiutanckiej powieści. Chętnie do sprawdzę :)

Hygge. Duńska sztuka szczęścia Marie Tourell Søderberg - życiowa filozofia Duńczyków jest ostatnio bardzo modna. Mnie ta książka zaintrygowała głównie pod względem estetycznym. Ale przy okazji przeprowadziłam kilka miłych rozmów dotyczących hygge i bardzo mi się podobała ta koncepcja. Moja artystyczna dusza na pewno na tym skorzysta.

Jeszcze nie umarłem Phil Collins - mam wielką słabość do muzyki Phila, główne za czasów jego występów z Genesis. A to wszystko przez mojego tatę, który w czasach mojego dzieciństwa słuchał Collinsa non stop. I mi się udzieliło :) Nigdy jednak nie byłam na bieżąco z jego muzyczną karierą, więc dzięki książce coś tam nadrobię.



W moim aktualnym czytaniu jest Przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell. Zobaczymy, w jakim czasie przebrnę przez 1136 stron. Podobno dla Scarlett warto ;)




Jakiś czas temu w pracy przeszukiwaliśmy pół świata, by zdobyć różne wydania Dzieci z Bullerbyn Astrid Lindgren. Ostatecznie miałam w rękach wydanie gruzińskie, chorwackie, łotewskie, bułgarskie i rumuńskie. Spędziłam na wyszukiwaniu tak dużo czasu, że naszła mnie ochota na przeczytanie tej książki jeszcze raz. Udało mi się znaleźć w domu egzemplarz mojej mamy, który pochodzi z 1968 roku. Jak na swoje lata dobrze się trzyma :) Dzieci z Bullerbyn były moją ulubioną książką w latach szkolnych - ciekawe jak dziś będzie mi się ją czytać.


Tyle treści na zakończenie lutego ;)

4 stycznia 2017

Klaudyną być...


źródło

Pierwsza tegoroczna notka nie będzie podsumowaniem roku poprzedniego, nie będzie też spisem przyszłych kulturalnych premier. Ten wpis będzie o mnie. A dokładniej o tym, jak to jest mieć bardzo oryginalne imię.

----
Za każdym razem jest tak samo. Kiedy się przedstawiam, nowa osoba patrzy na mnie z niedowierzeniem. Widzę po jej minie, że moje imię nie od razu zostało zapamiętane i pewnie będę musiała powtórzyć jeszcze nie jeden raz... Mamy XXI wiek, mnóstwo zapożyczonych imion, jeszcze więcej imion wymyślonych, a moje nadal budzi zdziwienie :) Zwłaszcza, że to imię nosi ponad 1600 Polek...
----

Zaakceptowanie faktu, że imiennie zawsze będę się wyróżniać, zajęło mi sporo czasu. W dzieciństwie byłam śmiertelnie obrażona na rodziców za tę oryginalność. Nikt nie potrafił zapamiętać mojego imienia, więc zostawałam Klaudią albo Klementyną, potem dla zgrywy Klaunem lub Klaudiuszem. W szkole zawsze były mało przyjemne docinki, więc znienawidziłam własne imię. Jak przychodziłam do domu wścieka, moja mama miała zawsze tą samą odpowiedź: z reklamacją idź do ojca. To on ci wybrał takie imię. Oczywiście ojciec nie widział problemu :) A miałam przechlapane przez wszystkie klasy szkoły podstawowej, a potem gimnazjum. Plus jeszcze wszystkie wakacje, wyjazdy i przypadkowe poznawanie ludzi. Wpadłam też w małą pułapkę ludzkich wymysłów: niektórzy sądzili, że jak mam dziwnie imię, to na pewno jestem dziwna. A ja byłam porażająco zwyczajna ;)

Dodatkowo problemem była pisownia. Większość pisała przez "ł"- Klałdyna. Myślałam, że mnie szlag trafi :) Musiałam od razu zaznaczać, że moje imię pisze się przez "u". Podobno to nie było takie oczywiste. Przepraszam bardzo: Klaudyna a Klałdyna - chyba jest różnica? :D

A kiedy nastąpił przełom w moim myśleniu? Chyba na początku liceum. Polubienie własnego imienia wynikało z faktu, że w klasie było 28 dziewczyn, a ich imiona się powtarzały. Mnie nikt nie pomylił i miałam z tego powodu radochę :) Poza tym skończyły się docinki i przezwiska, a zaczęły pytania dlaczego wybrano mi takie, a nie inne imię. Wkurzona na cały świat, nawet tego nie sprawdziłam, więc trzeba było to nadrobić. 

Tata zaczerpnął natchnienie z książki Sidonie-Gabrielle Colette Klaudyna w szkole. Miałam jedną próbę zmierzenia się z tą książką, ale polegałam. Do tej pory nie zrobiłam drugiego podejścia, choć ostatnio zaczęłam się zastanawiać czy nie spróbować jeszcze raz. Jak czytam, że to owiany skandalem dziennik młodej dziewczyny z początku XX wieku, to przypomina mi się pewna rozmowa przed maturą, gdzie dowiedziałam się (chyba po raz pierwszy) jaką kontrowersyjną pisarką była Colette. Może się skuszę, bo jeszcze zaczną mi zadawać pytania czy mam coś wspólnego z jej literacką bohaterką ;)

-----
Dzisiaj nadal spotykam się z niedowierzeniem ludzi, gdy usłyszą imię, ale bardziej mnie to śmieszy niż razi. Przynajmniej mnie zapamiętają. Czasem też usłyszę komplement, że Klaudyna to fantastyczne imię i że do mnie pasuje. Nie jestem tylko w stanie zaakceptować jak ktoś mnie nazwie Klaudią lub Klaudi - dostaję wtedy białej gorączki i potrafię być niemiła. Niektórzy się o tym przekonali na własnej skórze ;) 

Sama geneza mojego imienia jest mi obojętna. Każde źródło podaje inne dane. Wiem jedno: Klaudia i Klaudyna to są dwa różne imiona. I tego wszyscy powinni się trzymać. Może oprócz obcokrajowców. Oni nigdy nie wiedzą jak się do mnie zwrócić. W takie sytuacji zostałam: Claudiną lub Claudine - zaczerpnęli to z łaciny i francuskiego, więc nie jest źle :)

----
Jeszcze na zakończenie postanowiłam sprawdzić, co oznacza moje imię według przeróżnych portali... Więc tak:

Mam mocny charakter, nie odstępuję od swoich zasad, można na mnie polegać i potrafię wywierać wpływ na innych ludzi. Jestem przebojowa i towarzyska. Ale... 

Nie należę do osób zaradnych życiowo, tylko dzięki innym ludziom potrafię pokonywać trudności. Łatwo się denerwuję i nie jestem pewna słuszności własnych decyzji. Co z tego, że jestem zainteresowana otaczającym mnie światem, skoro w życiu pragnę być tylko idealną panią domu z dużą klasą. I jeszcze zdarza mi się być pesymistką nienawidzącą zmian...

Teraz to mam kryzys egzystencjalny ;p

Tato, dzięki za fajne imię :)

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Dodatkowo


Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku!
Niech Wasza tegoroczna podróż kulturalna będzie jeszcze bardziej fascynująca :)


P.S.

Wczoraj mój blog świętował piąte urodziny. Aż sama się dziwię, że nadal kontynuuję pisanie, choć mam na to coraz mniej czasu. Jak zwykle dziękuję wszystkim, którzy tu jeszcze zaglądają :)