22 lipca 2012

"Ja i pani M." Jemma Forte

Tak, napisałam długą recenzję. Co nieczęsto się zdarza :)


Tytuł: Ja i pani M.
Tytuł oryginalny: Me and Miss M
Autor: Jemma Forte
Liczba stron: 352
Tłumaczenie: Katarzyna Bartuzi
Wydawnictwo: Świat Książki

Rzadko książki doprowadzają mnie do szału pod względem językowym. Cóż, jak na filologa jestem bardzo tolerancyjna i skupiam się zwykle na wymyślonej fabule. Ale i moja tolerancja ma swoje granice. Jeszcze rzadziej zdarza mi się pisać po książce po to, by zaznaczać w niej błędy, nielogiczności i opisywać swoje odczucia. Nawet czytając Zmierzch czegoś takiego nie robiłam, bo był językowo lepszy.

Recenzja powinna mieć podtytuł: Jak spieprzyć fabułę i tłumaczenie, czyli czytadło, którego nie polecam nawet wrogom (niech nawet oni czytają lepszą literaturę). Wybaczcie za przekleństwo, ale ono idealnie tu pasuje, a czytając dalej dowiecie się dlaczego.






Wydawca o książce pisze tak:
Lekka powieść o kulisach życia gwiazd filmowych w stylu „Diabeł ubiera się u Prady”.
Fran, sympatyczna dwudziestodziewięciolatka, która bez powodzenia próbuje zostać aktorką, ostatecznie dostaje pracę u słynnej gwiazdy Caroline Mason. Apodyktyczna, zołzowata Caroline okazuje się straszną szefową. Na szczęście obecność uroczego Carsona, sławnego hollywoodzkiego amanta i męża Caroline łagodzi sytuację. Pewnego dnia Fran widzi coś, czego zobaczyć nie powinna. To nieoczekiwanie zmienia życie samej Fran i jej chlebodawców...
Zjadliwie i z humorem o prawdziwym życiu „królów” kina – w domu, a nie na zdjęciach.

Czytałam już takie historie: zwykły śmiertelnik trafia do krainy bogatych i zdaje relację jak wygląda takie życie "od kuchni". Druga asystentka, Niania w Nowy JorkuGwiazdy i gwiazdki to tylko niektóre tytuły poruszające taki temat. Książki lekkie, przyjemne, z ciekawą fabułą, ale na jeden raz. Pomyślałam więc, że Ja i pani M., będzie w podobnym tonie. Wiedziałam, że nie jest to wybitna literatura, ale miałam nadzieję na przyjemnie spędzenie czasu. Nie wiedziałam, że ciekawsze będzie wyłapywanie błędów niż śledzenie fabuły. Ale po kolei.

Zacznijmy od fabuły. Sam pomysł nie jest głupi. Spojrzenie na prawdziwe życie gwiazd filmowych zawsze jest interesujące, bo często odbiega od tego co piszą w gazetach i internecie. Autorka opisała własne doświadczenia, co jest jeszcze większą zachętą. Relacja z pierwszej ręki? Fantastycznie. 
Entuzjazmu starczyło mi tylko na początku. Im dalej brnęłam w historię, tym mocniej byłam zawiedziona,  robiłam więcej poprawek w tekście i moje komentarze były bardziej zjadliwe. Historia Fran biegnie dwutorowo. Z jednej strony opisuje swoją pracę u prawie zapomnianej aktorki Caroline Mason, a z drugiej mówi o swoim marnym egzystowaniu, pisaniu "Pamiętnika osobistej asystentki" i komentowaniu życia swojej chlebodawczyni. W pewnym momencie sprawy nie związane z pracą stają się bardziej ważne i szara myszka, jaką jest główna bohaterka, staje się ekspertem w dziedzinie, w której ma mało doświadczenia. Jej opisywanie zdarzeń, w zmiana poglądów, dojrzewanie do decyzji są tak słabo napisane i naiwne, że miałam ochotę rzucić książką. Wiem, że autorka musiała wiele zdarzeń pozmieniać, by ciężko było się domyślić z kim tak naprawdę miała do czynienia, ale proszę, dlaczego w tak idiotyczny sposób? 


Dla przykładu. W pewnym momencie w książce przyjaciółka Fran zaczyna rodzić i trzeba ją jak najszybciej zawieść do szpitala. I jakoś tak się składa, że Fran dociera tam z Carsonem Adamsem, czyli najprzystojniejszym aktorem na ziemi i przy okazji partnerem aktorki, u której pracuje. Ale to nie istotne. Istotne jest to, jak zachowuje się cały personel ginekologii oraz jego pacjentki, gdy widzą przystojnego aktora. Położne nagle nie są zainteresowane odbieraniem porodów, kobiety które własnie urodziły nie czują bólu, bo jedno spojrzenie tego faceta działa o wiele lepiej niż znieczulenie zewnątrzoponowe. I to wszystko dzieje się na korytarzu. Potem jest jeszcze bardziej idiotycznie, bo ten sam aktor walcząc o życie pośród szpitalnego tłumu, pojawia się na sali porodowej, wraz z kilkoma innymi osobami i dopinguje rodzącą. I ostatecznie podpisuje pokaźny czek dla szpitala.


Takich irracjonalnych sytuacji jest więcej. Przy każdym spotkaniu z Carsonem, Fran zachowuje się podobnie, operuje tymi samymi przymiotnikami (same ochy i achy), a jej najgłupszy tekst, po jednym ze spotkań, brzmi"Mówię niby normalnym głosem, ale nadal czuję się jak po stosunku."* Jest jeszcze jedna scena z Carsonem, gdy narzeka na swoje życie gwiazdy i to właśnie Fran naprowadza go na właściwą ścieżkę, jak jakaś doświadczona życiem kobieta, która wiele przeszła. A tak naprawdę jest żółtodziobem, który wiedzę czerpie z programów telewizyjnych.


Oczywiście jest jeszcze miłość. Fran zawsze pyta o ulubiony film, gdyż "ta odpowiedź będzie kluczowa. Od niej może zależeć to, czy facet naprawdę mi się spodoba, czy też dam sobie z nim spokój."* Ciekawy wyznacznik osobowości, nie ma co. O pierwszym facecie Fran mówi tak: "Jednego dnia robienie komuś dobrze ustami wydaje się zupełnie normalne, a niemal nazajutrz zwykła rozmowa telefoniczna wywołuje zażenowanie."*. Rzucił ją, ale za kilka miesięcy zaprosił na ślub, bo kobieta, z którą zdradzał Fran zaszła w ciążę. 
Ale na tym weselu bohaterka poznaje miłość swego życia - Toma. Nowy ukochany jest ideałem pod każdym względem (nawet uwielbia ten sam film!) i każdy ze znajomych musi tak uważać. Za każdym razem jak się pojawia ona prawie sika w majtki i gada jaki to on jest niesamowity. Pan Idealny jest idealny do czasu, kiedy to nie zachowuje się tak jak Fran oczekuje. Pierwsza kłótnia ma finał w łóżku, kolejna to długoterminowe rozstanie, oczywiście z winy Toma, bo Fran błędów swoich nie widzi. Takiej sytuacji może zaradzić tylko ktoś wielkiego formatu, kogo Fran naprowadziła na dobrą drogę... 

Jedyne, co się autorce udało to opis życia gwiazd poza kamerami. Gdyby wyrzucić lub ograniczyć jej rozterki i beznadziejne, powtarzające się opisy uczuć, wyszłaby całkiem niezła książka o tym jak media kreują ludzi ze świata show-biznesu. Autorka pisze, że patrząc na zdjęcia i czytając rozmaite informacje, sądzimy że mamy prawo do opinii na ich temat. A tak naprawdę nie wiemy, jacy są w normalny życiu. Autorka nieźle to pokazała na postaci Caroline Mason. Jest ona wybitną aktorką, która czasy świetności ma już za sobą, ale mimo to chce wrócić na szczyt. Fran myśli, że skoro Caroline jest dobrą aktorką, to prywatnie też jest ciekawą postacią, oczywiście w pozytywnym sensie. Prawda jest jednak okrutna i naiwne myślenie Fran znika po pierwszym tygodniu. Zaczyna się praca polegająca na spełnianiu poleceń i zachcianek gwiazdy, czasem tak idiotycznych, że ciężko w to uwierzyć. Fran skrupulatnie wywiązuje się z zadań, komentarze zachowując dla siebie. Mało jest sytuacji kiedy jej cierpliwość się kończy i mówi co myśli. Nawet ostateczna konfrontacja jest rozczarowująca, bo zamiast odważnie powiedzieć, co jej leży na sercu (w końcu męczyła się dość długo), czytamy zaledwie parę podsumowujących słów. Za mało jak na 300 stron fabuły.

Jednak to, co mnie najbardziej wkurzało w tej książce, to język. Lubię czasem przeczytać coś lekkiego, ale takie książki też powinno mieć jakiś poziom językowy. Zwykle są pisane prostym literackim językiem, który idealnie pasuje do tematyki. Z tą książką jest inaczej, ponieważ pisana jest językiem potocznym
mówionym z niewyobrażalną ilością wulgaryzmów. Jest pewna granica używania potoczności w języku pisanym, ale autorka lub tłumacz (bo nie znam oryginalniej wersji) przekroczyli ją do granic możliwości. 
I śmiem twierdzić, że nawet książki dla nastolatek, harlequiny, czy Zmierzch są pisane lepszym stylem. 


Zbyt duża ilość wulgaryzmów nie sprawi, że tekst stanie się nonszalancki. Autorka na siłę chce być dowcipna i strzela głupimi, wulgarnymi porównaniami. Robi się od tego niedobrze, zwłaszcza, że bohaterowie (a częściej bohaterki) klną w każdej sytuacji. Jak na literaturę kobiecą to to lekkie przegięcie. Pełno jest spolszczonych angielskich słówek, których osobiście nie lubię. Postaci są dorosłymi ludźmi, a wypowiadają się jak nastolatki w okresie dojrzewania. 
Dla przykładu, kilka znalezionych słów: spozierając, skitrać, wyzłośliwiam się, rąbiemy jajecznicę; pochlastam się, rajcuje się, popylam, lojalka, zlejcie, nasze bzykanko, upstrzona, mieć w czubie, fukać, chała. Po raz pierwszy znalazłam tyle słów z potocznego języka w książce. A słowa "ja pierdzielę" nie jestem w stanie policzyć. Najwyraźniej tłumacz lub autorka nie mają słownika synonimów. To strasznie razi i w pewnym momencie irytacja sięga zenitu. Czytam książkę o kobiecie trzydziestoletniej, a mam wrażenie że mówi czternastolatka. Takich przykładów można podać znacznie więcej, ale i tak się już za bardzo rozpisałam. Dodam jeszcze, że tłumaczenie ma sporo literówek. 

Zakończenie książki jest dość przewidywalne, ale czytałam do końca głównie po to, by zobaczyć ile jeszcze znajdę błędów. Wszystko w życiu głównej bohaterki idzie jak najlepiej - świetna propozycja nowej pracy, pomoc innym odnosi skutek, a źli zostają ukarani. Gdzieś już tak napisali. I to nie jeden raz.

To pozycja, którą bardzo szybko się czyta, ale jej nie polecam. Chyba że lubicie czytadła i nie denerwuje Was to, co ja wypisałam kilka akapitów wyżej. Wiem jedno. Do publikacji książki trzeba porządnie się przygotować. Żeby nie było ogromnej ilości błędów w fabule i języku. Łatwo jest napisać książkę, ale o wiele trudniej zaskoczyć czytelnika.


* wszystkie cytaty: Jemma Forte, Ja i pani M., Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2010.

2 komentarze:

  1. W sumie nie przepadam za takimi czytadłami ale z ciekawością przeczytałam Twoją notkę. Pewnie mnie też by męczyło czytanie o kobiecie dobiegającej trzydziestki, która gada jak nastolatka. Ja zawsze lubiłam bohaterki dojrzałe emocjonalnie a nie jakieś głupie trzpiotki.No cóż, przynajmniej okładka jest fajna i pewnie wiele czytelniczek by się nią nabrało (A)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety dziś lekka literatura jest coraz gorsza. Na szczęście takich pozycji nie czytam zbyt wiele :) Wolę nadrobić klasykę.

      Usuń