18 sierpnia 2016

W kilku słowach...


źródło
Najnowsze wersje Star Treka oglądam jak nam chandrę. To świetna rozrywka: wciągająca fabuła, błyskotliwe dialogi i dobrze dobrani aktorzy. Poza tym mam słabość do Chrisa Pine'a. Trzecia część nie odstaje od pozostałych - cieszy oko i ucho. Mam gdzieś zarzuty o brak psychologicznej wiarygodności. To jest rozrywka: ma się dużo dziać i być głośno, by widz dobrze się bawił. I te kryteria Star Trek: W nieznane spełnia w 100%. A potyczki słowne w tej części są najlepsze: Bones i Spock rządzą! :)
Ocena: 7/10


Jason Bourne (2016)

źródło
Przed kinowym seansem obejrzałam ponownie poprzednie części Bourne'a, tak dla wkręcenia się w klimat. Już mi kolega nie wmówi, że Matt Damon w każdym filmie wygląda tak samo :) Wszystkie filmy mają ten sam dobrze sprawdzający się schemat akcji. Przy czym przy każdej następnej części, akcji jest znacznie więcej - a najnowsza przebija wszystkie pod względem tempa. To typowo rozrywkowy film, więc nie ma sensu czepiać się fabuły. Ja się dobrze bawiłam, zakończenie mnie usatysfakcjonowało, więc jeśli będzie część kolejna (bo twórcy zostawili otwartą furtkę), to z chęcią obejrzę.
Ocena: 7/10


Spotlight (2015)

źródło
To jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam w ostatnim czasie, zasłużenie nagrodzony Oscarem. Pokazanie pracy dziennikarzy śledczych nie jest łatwe, zwłaszcza jeśli dotyczy ona tak trudnego tematu jakim jest pedofilia w kościele katolickim. Trzeba było niebywałego taktu i zręczności w przedstawianiu wydarzeń, by zaprezentować tę historię na dużym ekranie. I to twórcom się udało. Spotlight w bardzo ciekawy sposób przedstawia proces zdobywania materiałów i dowodów. Film ogląda się z rosnącym zainteresowaniem, tempo jest szybkie, choć budowane na dialogach. Widz wraz z bohaterami powoli odkrywa szokującą prawdę i wraz z nimi czeka na efekt całej pracy. Świetne aktorstwo.
Ocena: 8/10



źródło
Nie jestem fanką Katy Perry, choć kilka jej piosenek mam na swojej muzycznej liście. Obejrzałam ten dokument głównie dlatego, że zawsze ciekawił mnie proces organizacji koncertów gwiazd muzyki pop. Lubię oglądać jak powstaje popowe show i jak taki koncert wygląda, ale widziany oczami pracowników zza kulis. Takie show zawsze pięknie wygląda, ale to tak naprawdę ciężka praca i logistyczna układanka. Po tym seansie wiem jedno (a raczej dwie rzeczy): Katy Perry śpiewać potrafi, a cukierkowo-bajkowy image to nie pomysł wytwórni, a jej własna inicjatywa. 
Oceny brak.


Absolwent (1967)

źródło
Nie bardzo rozumiem fenomen tego filmu. Obraz kultowy, według większości fantastyczny i broni się mimo swoich lat, a mnie zwyczajnie znudził. Naprawdę - to był najdłuższy seans jaki mi się ostatnio przytrafił. Być może kilka lat temu, Absolwent powaliłby mnie swoją tematyką, zmusił do refleksji, ale dziś jedynie mogę się zachwycać dobrymi kreacjami aktorskimi oraz sprawami technicznymi. Bohater Dustina Hoffmanna cały czas mnie irytował, panią Robinson miałam ochotę udusić, a Elaine było mi najbardziej szkoda. I tylko tyle zostało mi po seansie. A wracać nie zamierzam.
Ocena: 6/10



źródło
W tym filmie nie chodzi o fabułę. W tym filmie chodzi głównie o bohaterów i relacje między nimi. I jeszcze o muzykę. I o dużo akcji. Legion samobójców jest po to, by dobrze się bawić. I jest dla tych, co lubią komiksy, filmy o superbohaterach i złoczyńcach. Dla pozostałych będzie do strata czasu. Ja się dobrze bawiłam, bo o to chodziło. Deadshot i Harley Quinn rządzą!
Ocena: 7/10



źródło
To był przypadkowy i bardzo miły seans. Prosta opowieść z fajnymi bohaterami. Jest przygoda, jest tajemnica i jest malownicza Afryka. Czego chcieć więcej? Lubię takie odprężające, przygodowe kino. Historię Tarzana z książek Edgara Rice'a Burroughsa znam bardzo pobieżnie, więc nie miałam się do czego fabularnie przeczepić. A Margot Robbie zaczynam coraz bardziej lubić.
Ocena: 6/10



The Shallows (2016)

źródło
Kręcenie filmu, gdzie cała fabuła leży na barkach jednego aktora, do łatwych nie należy. Do tej historii wybrano Blake Lively, która uważana jest za przeciętną aktorkę o ładnej twarzy. A w tym filmie miała za zadnie samotnie zmierzyć się z żarłaczem białym, ok. 200 metrów od brzegu. I moim zdaniem bardzo dobrze sobie poradziła. Pomijam fakt, że film ma piękne widoki, świetnie nakręcone sceny surfowania w oceanie i komputerowo wygenerowanego rekina. Najmocniejszym punktem jest tu postać grana przez Blake. Świetnie pokazała stany emocjonalne swojej bohaterki. Początkowa beztroska, potem szok, załamanie, walka o przetrwanie, bóli wycieńczenie - to wszystko widać w częstych zbliżeniach twarzy aktorki. Warto też zaznaczyć dbałość twórców o detale - najlepiej to widać na ciele głównej bohaterki. Początkowo pięknie prezentuje się na plaży, ale gdy po ataku zostaje więźniem na małej wysepce, coraz bardziej widać jak niknie w oczach: rany, odwodnienie, utrata krwi, wygląd skóry - to wszystko jest bardzo dokładnie pokazane. Dodatkowym plusem produkcji jest muzyka i momenty ciszy, które budują napięcie.
Polski tytuł nie specjalnie mi się podoba, więc użyłam oryginalnego.
Ocena: mocne 6/10




źródło

Ten film nie jest typowym męskim westernem. Jest to opowieść o doświadczonej przez los kobiecie, która nagle musi obronić swoją rodzinę przez niebezpieczeństwem. A grozi jej śmierć z rąk gagu, do którego niegdyś należał jej mąż. W tej beznadziejnej sytuacji jedyną osobą, która może pomóc jest jej były narzeczony. Fabuła nie jest tak prosta, jak wynika z opisu. Jest tu wiele retrospekcji, niespodzianek, które budują napięcie aż do finału. Tempo akcji jest sprawnie prowadzone. I mamy bardzo dobre kreacje aktorskie: świetna Natalie Portman, fascynujący Joel Edgerton i kompletnie nie do poznania, zły Ewan McGregor. Warto obejrzeć.
Ocena: 7/10

31 lipca 2016

Be Our Guest...


Spośród ogromnej ilości bajek jakie widziałam od dzieciństwa, jest tylko jedna, którą jestem w stanie nazwać ulubioną i ukochaną. To Piękna i bestia.

Jakiś czas temu widziałam ją po raz kolejny w telewizji i siedziałam jak zaczarowana przez cały seans. Nie wiem co takiego jest w tej opowieści, że mnie tak zauroczyła. Ten sentyment nie słabnie mimo upływających lat. Podejrzewam, że ma to związek z Bellą i jej zamiłowaniem do książek. I z Płomykiem. I z biblioteką Bestii.


Wersję z 1991 roku widziałam tak wiele razy, że kaseta VSH się porządnie zdarła. Przez to mam schizę związaną ze sprawami technicznymi. Podoba mi się tylko stary dubbing oraz oryginalna kreska, a nie odświeżony obraz w ramach 3D. Udoskonalona wersja, moim zdaniem, nie ma tej bajkowej magii.

Wolę taką wersję Belli.
W przyszłym roku do kina wejdzie wersja filmowa Pięknej i bestii. Bardzo podoba mi się obsada, łącznie z Emmą Watson jako Bellą. Na razie teoretycznie, bo pełnego zwiastuna jeszcze brak. Będzie ciekawie, choć do kina pewnie się nie wybiorę - nie zdzierżę filmowego dubbingu :) Nie usłyszeć głosu Iana McKellena to zbrodnia.



Na kanwie tej historii powstało masę innych filmów, bajek czy seriali. Ja oglądałam serial z Lindą Hamilton i Ronem Perlmanem. Kojarzy go ktoś? Nie mogę sobie przypomnieć jak się skończył, a może go nie widziałam w całości?




Z Piękną i bestią kojarzy mi się jeszcze jedna rzecz, a mianowicie piosenka Meat Loafa. Na pewno inspirował się tą historią w teledysku, plus coś z Upiora w operze ;)


Powinnam jeszcze napisać o ścieżce dźwiękowej i piosenkach z bajki, o utworze Celine Dion, ale może innym razem :)

19 lipca 2016

Bezradność, bezbronność i bezprawie

Wykrywalność zabójców w Polsce wynosi dziewięćdziesiąt pięć procent. To świetny wynik w porównaniu z innymi państwami Unii Europejskiej, w których policja ma do dyspozycji lepszy sprzęt i bazę DNA. W Polsce nawet dobrej bazy nie ma. Wszyscy w policji wiedzą, że wykrywalność rzędu dziewięćdziesięciu pięciu procent nie jest możliwa do osiągnięcia bez manipulacji.*



Kilka lat temu oglądałam w telewizji reportaż o człowieku niesłusznie oskarżonym o morderstwo, ponieważ policja nie mogła/nie potrafiła złapać sprawcy. A musieli coś w takiej sprawie zrobić, więc wsadzili za kratki niewinnego człowieka, na podstawie znikomych śladów. Gdyby nie telewizja, pewnie do dziś by tam tkwił...

Od tamtego dnia, zawsze towarzyszyło mi przeczucie, że polski system sądownictwa, działania policji i straży miejskiej oraz wszelkie ośrodki pomocy społecznej nie potrafią, w większości przypadków, pomóc zwykłym obywatelom. Utrudniają wszystko na każdym kroku. Oczywiście dzieje się to po cichu, za zamkniętymi drzwiami, żeby nikt nie wiedział i nie oceniał. Żeby przypadkiem nie odkrył jakimi zasadami kierują się pracownicy państwowi. A co w takiej sytuacji ma zrobić biedy, szary człowiek, który ucierpiał lub potrzebuje pomocy? Skoro mimo prób, zamyka się oczy na ważny problem, to taki człowiek pójdzie to mediów. Bo dziś tylko w taki sposób można zmusić władze do pomocy. W XXI wieku.

Zbiór reportaży Justyny Kopińskiej pokazuje jak dziś działają instytucje państwowe, które zostały powołane, by pomagać obywatelom, stać na staży prawa i porządku. Ludzie tam pracujący siedzą na swoich ciepłych posadkach i zastanawiają się, która sprawa doda im więcej prestiżu lub poprawi statystykę. Nie liczy się człowiek, liczy się liczba zer na koncie i w raporcie. Korupcja, samowolka, zamykanie niewygodnych spraw, zaniedbania, brak wykwalifikowanych kadr - to się dzieje za naszymi plecami.

Justyna Kopińska przyjrzała się dokładnie każdej sprawie, którą opisuje - podje tylko wiarygodne źródła. Zadaje bardzo szczegółowe i dobitne pytania, ale jej rozmówcy unikają odpowiedzi. Dlaczego? Boją się o posadę? Wstydzą? Udają, że to nie oni? 

Dopiero publiczna prezentacja tych spraw dała jakiś efekt, coś się ruszyło. Niektóre z nich ciągnęły się latami. To tylko szesnaście reportaży. Szesnaście spraw. A ile jest takich, o których nie wiemy, bo państwo nie chce pomóc i odwraca oczy? 

Politycy w sejmie kłócą się o głupoty i zarabiają na tym korcie, zamiast zobaczyć co się dzieje dookoła nich. Co roku wyższe studia kończy tysiące magistrów, którzy nie mogą znaleźć pracy w swoim zawodzie. A w instytucjach państwowych zatrudnia się ludzi bez wykształcenia, bez doświadczenia, po znajomości i jeszcze daje dobrą pensję. Tnie się etaty lub dla znajomych sztucznie tworzy się miejsca na dodatkowy zarobek. Jak mamy z tym walczyć?

Przeczytajcie koniecznie.

------- 
*Justyna Kopińska, Polska odwraca oczy, wyd. Świat Książki, Warszawa 2016, str. 54.

29 czerwca 2016

Kulturalne zaszufladkowanie



Sytuacja sprzed kilku dni.
Jadąc do pracy czytam Krew elfów Andrzeja Sapkowskiego. Odrywam się na chwilę od lektury, bo czuję, że ktoś mi się przygląda. Stojący na przeciwko chłopak co chwila patrzy na mnie, potem na okładkę książki, to na mnie, na okładkę, na mnie, znów na okładkę i jeszcze raz na mnie. I tak przez kilka dobrych minut. Na jego twarzy widać było szczere zdziwienie. Zastanawiam się czy był pozytywnie zaskoczony moim wyborem lektury, czy może nie jakoś mu ten widok nie pasował. W końcu nie raz spotkałam się z podobnymi reakcjami.

Im dłużej poruszam się po kulturalnych ścieżkach, tym więcej dostrzegam zaszufladkowania. I mimo że wszyscy podróżni na kulturalnych drogach, deklarują tolerancję książkowo - filmową, a za plecami, na swoich blogach, czy między wierszami w recenzji, skomentują: "nie jest to dobra pozycja filmowa/książkowa dla tych, co lubią to, to czy tamto".

Przywykłam do tego, że moje kulturalne wybory zawsze są dziwne komentowane przez osoby, które spotykam. Dziewczyna lubią fantasy oraz pisząca o Tolkienie i Władcy pierścieni? A prace naukowe o fantasy? Kto na to zezwolił? Przecież o tym nie da się pisać, a tym bardziej nie da się tego czytać. To tylko wierzchołek góry lodowej :)

Dowiedziałam się ostatnio, że miłośnicy fantasy nie potrafią (ewentualnie nie lubią) czytać i oglądać innych gatunków. A ci kochający zagadki kryminalne niekoniecznie zainteresują się czymś z gatunku obyczajowego.... itp. Bo wierność gatunkowa musi być! Nie twierdzę, że nie ma takich osób, ale wrzucanie wszystkich do jednego worka, to duża przesada :) Z tej okazji zrobiliśmy z kumplem wspólne rozeznanie. Każdy porównał preferencje kulturalne u swoich znajomych i u ludzi, których teksty czytamy w internecie. I wyszło nam, że ci co lubią fantasy są bardziej wszechstronni - nie ograniczają się tylko do jednego gatunku. Mój kolega, darzy Wiedźmina i Grę o tron miłością bezwarunkową, ale ostatnio zaczytuje się w Shantaram i w Małym życiu.  Ja na przykład uwielbiam Ptaki ciernistych krzewów i wkrótce zabieram się za czytanie Przeminęło z wiatrem. Jakby tak się przyjrzeć, to większość moim ostatnich książkowych zakupów nie ma nic wspólnego z fantasy.



Jednak to, co mnie najbardziej zirytowało, to książka K.K. Piotrowskiej Krótka książka o miłości. Zastanawiam się dla kogo pani Karolina pisała tę książkę. Biorąc pod uwagę wszystkie zmieszczone w niej epitety, to raczej nie do zwykłego czytelnika, fana kina czy kulturalnego pasjonaty. Nie pisała jej nawet dla raczkujących w tym temacie. Pisała chyba dla pseudo celebrytek, które ocenia w swoim programie lub spotyka w telewizji. Pisała do osób, które widzą kilka filmów rocznie lub czytają trzy książki na dwa lata. Na pewno nie jest to książka dla tych, co codziennie kroczą ścieżkami kulturalnymi.

Nie jest przyjemnie czytać w książce, że skoro nie widziało się jakiegoś filmu, to jest się analfabetą. Albo skoro lubi się długie, kolorowe paznokcie i makijaż, to nie ma sensu oglądać danej produkcji, bo na pewno ciężko będzie ją zrozumieć. Wielu filmów nie powinni też oglądać fani fantasy i sci-fi - bo nie zrozumieją... 

Nie bardzo rozumiem, dlaczego pisząc książkę o swoich ulubionych filmach, przy okazji obraża i szufladkuje swoich obiorców. Jaki to ma sens? Przecież jest obecna na portalach społecznościowych, więc wie kto jest jej odbiorcą.  

Mój gust filmowy z całkiem inny, a według opinii pani Karoliny wielu z tych filmów nie rozumiem, nie są dla mnie, bo lubię fantasy oraz filmy o superbohaterach. A ja jak na złość wiele z wymienionych przez nią produkcji widziałam (a jak nie widziałam to nadrobiłam) i, o zgrozo!, doceniłam. 

Jestem analfabetą, bo nie obejrzałam Ojca chrzestnego. I nie zostanie mi to wybaczone, poki tego nie nadrobię. Idąc tym tropem, powinnam nazwać analfabetą każdego, kto nie przeczytał tyle polskiej literatury, co ja na studiach. Bo to wypada znać! A literatura polska to nie tylko szkole listy lektur.

Wyzłościłam się. Już mi lepiej ;)

27 maja 2016

Książkowy stosik nowości



Przytaszczyłam ostatnio do domu osiem nowych książek. A to wszystko przez moją obecność na Warszawskich Targach Książki. Ciężko się opanować, jak ma się przed nosem same promocje ;) Jeszcze mi się nie zdarzyło, zakupić aż tyle za jednym razem, więc dałam sobie szlaban na książkowe zakupy. Przynajmniej do momentu, aż nie przeczytam wszystkiego, co nabyłam od początku tego roku. Możecie się już zakładać czy dam radę ;)

Na Warszawskich Targach Książki jestem zawodowo, więc mam niewiele wolnego czasu na ogarnięcie tego, co się dzieje na Stadionie Narodowym. Odpada stanie w kolejkach po autograf czy przysłuchiwanie się panelom dyskusyjnym. Jedyne, co robię to "obchód stoisk", a potem zaglądam do kilku wybranych miejsc. Przechadzam się z identyfikatorem "wystawca", a zawsze czytam, że jestem "wydawcą" :D Choć najfajniej by było, gdybym miała napisane "autor". Wstępnie zaczęłam już nad tym poważnie pracować. I oby się udało ;)

A co książkowego upolowałam?



Perswazje, Emma, Opactwo Northanger Jane Austen - trzy książki, których nie mam w swoich zbiorach i jeszcze nie przeczytałam. Uwielbiam pisarstwo Austen, więc nie mogłam sobie odmówić uzupełnienia luki na półce.

Polska odwraca oczy Justyna Kopińska - trochę obawiam się tej książki, bo autorka nie pisze o sprawach łatwych. Ale wiem, że warto ją przeczytać, bo takie historie jeszcze mogą się powtórzyć - w innym miejscu, pod innymi nazwami. A wstrząs czasem jest potrzebny.

Wyjątkowy rok Thomas Montasser - mała księgarnia i tajemnicza książka. Większej zachęty nie potrzebuję. Z resztą to taka lektura, do której z przyjemnością się wraca.

Ojciec Chrzestny Mario Puzo - do tej powieści nie było mi po drodze, mimo że to już klasyka. Według K.K. Piotrowskiej, nieznajomość filmu (książki zapewne też) jest przejawem wtórnego analfabetyzmu. Jej opinia również mnie nie przekonała, wręcz zniechęciła (ale o tym w innej notce). Zachęcił mnie do niej dopiero poradnik "Po bandzie. Jak napisać potencjalny bestseller". Pan Winiarski tak ciekawie opisuje budowanie fabuły przez Puzo, przytaczając fragmenty z książki, że nabrałam ochoty na lekturę.

Gen Atlantydzki A.G. Riddle - mój kolega znalazł ten tytuł wśród nowości wydawniczych. A on ma nosa do dobrych tytułów (albo przynajmniej do bardzo popularnych). Sensacja, thriller, chaos, teorie spiskowe, władza nad światem i mnóstwo nauk ścisłych. Zapowiada się interesująco :)

Historia Pszczół Maja Lunde - norweski bestseller, opowieść o ludziach i pszczołach. Bez żadnego zastanowienia wzięłam ją półki i przeczytałam dwie pierwsze strony. Zaintrygowana poszłam do kasy. To dobry znak :)


Podczas targów dostaliśmy od pewnego pana z Niemiec notatniki z ponumerowanymi stronami - nie sprzedał, więc rozdawał. Nadal ta numeracja mnie zastanawia... A wydawnictwo Media Rodzina rozdawało, widoczny na pierwszym zdjęciu, notatnik "Księga snów". Niezła promocja książki, której premiera już w czerwcu.

A jak Wasze czytelnicze plany?

24 kwietnia 2016

W kilku słowach...

Ostatnio nadrabiam filmowe klasyki. A to dlatego, że czytam "Krótką książkę o miłości" Karoliny Korwin Piotrowskiej. Sama książka niespecjalnie mi się podoba, ale zawiera kilkanaście tytułów, które zawsze chciałam zobaczyć. Poniżej cztery z nich.


Annie Hall  (1997)

źródło
Woody Allen nigdy nie trafił na listę moich ulubionych filmowych twórców. To nie jest moje kino, nie potrafię się nim zachwycać. Kiedyś zarzucono mi, że traktuję Allena po macoszemu, ponieważ za bardzo lubię kino akcji. To stwierdzenie jest absurdalne, gdyż ja nie zamykam się na gatunki filmowe i potrafię doceniać film, gdzie mniej się dzieje i więcej gadają. Mimo to, co jakiś czas oglądam filmy Allena, by zrozumieć ten globalny fenomen. Raz mi się podobają, raz nie. Annie Hall o podobno najlepszy film reżysera, kino genialne. Mimo kilku naprawdę ciekawych scen, na mnie nie zrobił dużego wrażenia. Nie jest to film zły, ale też nie potrafię go wychwalić. Zaspokoiłam ciekawość i tyle.
Brak oceny


źródło
Bardzo klimatyczny i nastrojowy film. Dwoje dojrzałych ludzi spotyka się przypadkiem i wybucha między nimi gorące uczcie. Niby prosta historia, a jak dobrze opowiedziana. Romans bohaterów do łatwych nie należy. Ona ma rodzinę, niespełnione ambicje i właśnie zdradziła męża. On jest ciągle w drodze, nigdy nie wie gdzie go nogi poniosą. W takiej sytuacji ciężko decydować o przyszłości. A decyzje podejmowane na gorąco, mogą mieć mało przyjemne skutki...
Meryl jak zwykle mnie nie zawiodła. Świetnie pokazała rozterki swojej postaci. Natomiast Clint zaskoczył mnie kompletnie swoim romantyzmem i delikatnością. I ta końcówka z monologiem - świetna.
Ocena: 7/10



źródło
Dobre komedie romantyczne dziś już są rzadkością. Najbardziej lubię te z lat 80. i 90. i do nich najchętniej wracam. Z tego powodu miałam kiedyś hopla na punkcie Meg Ryan. Nadrabiałam jej filmy, ale do tej produkcji jakoś nigdy nie dotarłam. Może i dobrze, bo zapewne by mnie wynudziła. Teraz z ogromną przyjemnością śledziłam relacje dwójki filmowych bohaterów na przestrzeni lat. Świetny scenariusz i dialogi oraz cudowne Meg Ryan i Carrie Fisher.  
Ocena: 8/10


źródło
Pierwsze moje skojarzenie dotyczące tego filmu? Bardzo długi. Ciekawy, intrygujący, ale to ile trwa trochę mnie przytłoczyło. Historia niezależnej kobiety, którą życie mocno doświadcza, bo dokonane przez nią wybory okazują się rozczarowujące. Mimo tego Karen się nie poddaje i stara się odnaleźć w sytuacji, której się znalazła. Ale w tej całej historii najważniejszy jest namiętny romans Karen z Denysem - lokalnym myśliwym. Mnie ten film nie powalił na kolana, ale dobrze się go oglądało. I oczywiście przepięknie pokazał krajobrazy Afryki.
Ocena: 7/10

31 marca 2016

Podobno w Polsce nie czyta się książek...


Jakiś czas temu Biblioteka Narodowa udostępniła coroczny raport dotyczący czytelnictwa. Według tych badań, w 2015 roku ok. 37% Polaków przeczytało przynajmniej jedną książkę. Oczywiście zaraz potem pojawiło się tysiące dyskusji o spadku czytelnictwa, rozpoczynające się zwykle od takich słów jak: drastyczny, przerażający, wstrząsający raport. Wyborcza pokusiła się nawet o zdanie: "Czyli ponad 20 mln naszych rodaków nie miało żadnej" [w sensie książki].

Przyznam szczerze, że te badania zawsze mnie śmieszą. Nie da się dokładnie badać czytelnictwa, ale jeśli chce się to zrobić, to liczba badanych powinna być jak najwyższa. Tylko wtedy wyniki będą sensowne. W tym roku po raz pierwszy przyjrzałam się dokładnie raportowi BN i w końcu dowiedziałam się jak się bada u nas czytelnictwo.

Cały raport można znaleźć tutaj.

Cytując jeden z artykułów: "Badanie przeprowadzono na reprezentatywnej ogólnopolskiej próbie 3049 respondentów w wieku co najmniej 15 lat. Grupa ta została dobrana metodą random route. Wywiady przeprowadzali ankieterzy w domach respondentów, zapisując ich odpowiedzi na przenośnych komputerach (metoda CAPI). W kwestionariuszu powtórzono szereg pytań z poprzednich edycji, zachowując również ich kolejność w ankiecie, tak aby możliwe było porównywanie tegorocznych wyników z rezultatami badań z poprzednich lat."


3049
 To jest ta reprezentatywna liczba, która decyduje o stanie polskiego czytelnictwa.
 A w Polsce mieszka jakieś 38 milionów ludzi...


Czy nie wydaje Wam się, że to jest śmieszne mało? Nawet jeśli z tych 38 milionów, odejmiemy wszystkich poniżej 15 roku życia oraz osoby, które z jakiś powodów (np. życiowych czy medycznych) czytać nie mogą, to i tak te trzy tysiące to bardzo niewiele. To nie jest żadna reprezentatywna liczba. Już dziesięć tysięcy brzmiałoby lepiej.

Jak już nie raz wspomniałam, pracuję z książkami. Dzień w dzień o nich rozmawiam, widzę jak ludzie ich szukają i jak je kupują. Codziennie jadąc do pracy autobusem, widzę ludzi z nosem w książkach. Chodzę po księgarniach i podpatruję, jaką literaturą ludzie się interesują. Po opublikowaniu badania BN, zrobiłam w pracy małe śledztwo dotyczące czytania. Żadna zapytana przeze mnie osoba, nigdy nie brała udziału w żadnym większym badaniu dotyczącym książek. A większość z nich czyta i kupuje dużo. I każda potwierdziła tezę, że 3 tysiące badanych nic nie znaczy.

Czyta się nie tylko książki papierowe, ale także e-booki na czytnikach i pdf na komputerze. 
Czyta się nie tylko literaturę piękną, ale także popularnonaukową, finansową i techniczną. Znam osobiście takich czytelników.
Książek również się słucha - audiobooki mają się dobrze i nie służą tylko do szlifowania języka obcego.
Czyta się także w innych językach - widzę to na codzień. Ludzie czytają po angielsku, francusku, hiszpańsku czy rosyjsku.

Portal Lubimy czytać  - jedno z ciekawszych miejsc w internecie dotyczące książki. Ilość użytkowników i recenzji tylko umacnia moje przekonanie, że w Polsce czytelnictwo nie upada.
Tak przy okazji: właśnie prowadzą własne badania czytelnictwa. Ankieta dostępna: tutaj i ma naprawdę sensowne pytania.

I książkowe blogi - ich ilość może przyprawić o zawrót głowy :) Codziennie okrywam nowy adres z recenzjami. 

Mogłabym jeszcze pisać o tym jak się czyta w większym i mniejszym mieście, jak to jest z rodzinnymi czytelniczymi tradycjami i czy trzeba mieć duży zer na koncie by kupować książki. O takich rzeczach dowiaduję się nie z anonimowych ankiet, a z rozmów, patrząc ludziom w oczy.

Faktycznie czytelnictwo spada, co do tego nie mam wątpliwości. Ale nie wydaje mi się, by było aż tak tragiczne. Lepiej powiększyć liczbę badanych. Pewnie wyjadą lepsze wyniki.

A teraz zmykam czytać książkę :)
Dobrego dnia lub wieczoru! (w zależności kiedy przeczytacie ten post)