11 czerwca 2017

Krótki tekst o fotografii



Uwielbiam zdjęcia. W sumie tym stwierdzeniem mogłabym zakończyć pisanie tego tekstu ;) Jest w fotografii coś, co mnie przyciąga, coś co podkręca moją wyobraźnię i co pozwala mi być bardziej kreatywną. Gdy potrzebuję nowej grafiki do blogowego wpisu lub gdy mam ochotę zmienić tapetę w telefonie, to potrafię spędzić naprawdę dużo czasu przed komputerem, by znaleźć to, co będzie pasowało do koncepcji. A jeśli najdzie mnie ochota na własną twórczość, to robię zdjęcia tak długo, aż efekt będzie mi pasował. Z własnym perfekcjonizmem nie wygram :)

Zamiłowanie do obrazków mam od zawsze. To wynika z faktu, że fotografia towarzyszy mi od dzieciństwa. Mamy w domu setki zdjęć i slajdów przedstawiające przeróżne etapy naszego rodzinnego i towarzyskiego życia. Z aparatem szalał mój wujek, tata i brat (który ostatecznie zaczął się tym zajmować zawodowo). Mnie dość długo nie przyszło do głowy, by zacząć robić zdjęcia. Wolałam je oglądać i podziwiać, a z czasem kolekcjonować. Owszem zdarzały się monety, gdy miałam w rękach aparat, ale to było raczej związane z wyjazdami wakacyjnymi i obchodzeniem urodzin, ale efekty nie były raczej zadowalające ;)

Założenie bloga, a potem Instagrama mocnej mnie przyciągnęło do fotografii - jak piszę, to muszę mieć odpowiednią wizualną oprawę. A taka wizualna oprawa musi być zróżnicowana. Więc zaczęłam fotograficzne poszukiwania... Kolekcjonowanie zdjęć, które przyciągnęły moją uwagę, stało się moim małym hobby. Moja każda podróż kulturalna pozostawia na komputerze i w telefonie zdjęcia, do których lubię wracać. To moje kolekcjonowanie jest budowaniem małych historii.


Teraz kolejnym etapem jest zabawa lustrzanką. Lubię fotografować otaczającą mnie rzeczywistość i dokumentować moje podróże po kulturze. Mam też słabość do małych detali zatrzymanych w karze - coś, co potem nabiera znaczenia. Jak mi coś z tego wyjdzie, to na pewno podzielę się efektami.

Tymczasem idę pisać kolejną notkę. Taką o filmach ;)

19 marca 2017

Cisza

Jak cicho kręci się świat, kiedy człowiek rozmyśla w samotności.

Eleanor Catton – Wszystko, co lśni




Takie chwile zdarzają mi się ostatnio bardzo rzadko. 

28 lutego 2017

Z książkowej półki



Dawno mnie tu nie było. Blog co chwila powracał w moich myślach, ale nie miałam żadnego pomysłu na notkę. Ciężka jest walka z brakiem weny, ale w końcu odniosłam małe zwycięstwo :) Zanim jednak rozpiszę się na bardziej konkretne tematy, zostawię tu kilka zdjęć książek, które najbliższym czasie mam zamiar przeczytać. 




Ocean na końcu drogi Neil Gaiman - lekturę tej książki mam już za sobą. To dla mnie pozycja wyjątkowa. Po pierwsze dlatego, że odczarowała mi twórczość Gaimana, a po drugie to jedna z nielicznych książek, które dostałam w niespodziewanym prezencie.

Muza Jessie Burton - bardzo ciekawi ta książka, bo opowiada w intrygujący sposób o malarstwie. Czytałam same pozytywne recenzje, choć duża część czytelników twierdzi, że Burton nie dorównała poziomem swojej debiutanckiej powieści. Chętnie do sprawdzę :)

Hygge. Duńska sztuka szczęścia Marie Tourell Søderberg - życiowa filozofia Duńczyków jest ostatnio bardzo modna. Mnie ta książka zaintrygowała głównie pod względem estetycznym. Ale przy okazji przeprowadziłam kilka miłych rozmów dotyczących hygge i bardzo mi się podobała ta koncepcja. Moja artystyczna dusza na pewno na tym skorzysta.

Jeszcze nie umarłem Phil Collins - mam wielką słabość do muzyki Phila, główne za czasów jego występów z Genesis. A to wszystko przez mojego tatę, który w czasach mojego dzieciństwa słuchał Collinsa non stop. I mi się udzieliło :) Nigdy jednak nie byłam na bieżąco z jego muzyczną karierą, więc dzięki książce coś tam nadrobię.



W moim aktualnym czytaniu jest Przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell. Zobaczymy, w jakim czasie przebrnę przez 1136 stron. Podobno dla Scarlett warto ;)




Jakiś czas temu w pracy przeszukiwaliśmy pół świata, by zdobyć różne wydania Dzieci z Bullerbyn Astrid Lindgren. Ostatecznie miałam w rękach wydanie gruzińskie, chorwackie, łotewskie, bułgarskie i rumuńskie. Spędziłam na wyszukiwaniu tak dużo czasu, że naszła mnie ochota na przeczytanie tej książki jeszcze raz. Udało mi się znaleźć w domu egzemplarz mojej mamy, który pochodzi z 1968 roku. Jak na swoje lata dobrze się trzyma :) Dzieci z Bullerbyn były moją ulubioną książką w latach szkolnych - ciekawe jak dziś będzie mi się ją czytać.


Tyle treści na zakończenie lutego ;)

4 stycznia 2017

Klaudyną być...


źródło

Pierwsza tegoroczna notka nie będzie podsumowaniem roku poprzedniego, nie będzie też spisem przyszłych kulturalnych premier. Ten wpis będzie o mnie. A dokładniej o tym, jak to jest mieć bardzo oryginalne imię.

----
Za każdym razem jest tak samo. Kiedy się przedstawiam, nowa osoba patrzy na mnie z niedowierzeniem. Widzę po jej minie, że moje imię nie od razu zostało zapamiętane i pewnie będę musiała powtórzyć jeszcze nie jeden raz... Mamy XXI wiek, mnóstwo zapożyczonych imion, jeszcze więcej imion wymyślonych, a moje nadal budzi zdziwienie :) Zwłaszcza, że to imię nosi ponad 1600 Polek...
----

Zaakceptowanie faktu, że imiennie zawsze będę się wyróżniać, zajęło mi sporo czasu. W dzieciństwie byłam śmiertelnie obrażona na rodziców za tę oryginalność. Nikt nie potrafił zapamiętać mojego imienia, więc zostawałam Klaudią albo Klementyną, potem dla zgrywy Klaunem lub Klaudiuszem. W szkole zawsze były mało przyjemne docinki, więc znienawidziłam własne imię. Jak przychodziłam do domu wścieka, moja mama miała zawsze tą samą odpowiedź: z reklamacją idź do ojca. To on ci wybrał takie imię. Oczywiście ojciec nie widział problemu :) A miałam przechlapane przez wszystkie klasy szkoły podstawowej, a potem gimnazjum. Plus jeszcze wszystkie wakacje, wyjazdy i przypadkowe poznawanie ludzi. Wpadłam też w małą pułapkę ludzkich wymysłów: niektórzy sądzili, że jak mam dziwnie imię, to na pewno jestem dziwna. A ja byłam porażająco zwyczajna ;)

Dodatkowo problemem była pisownia. Większość pisała przez "ł"- Klałdyna. Myślałam, że mnie szlag trafi :) Musiałam od razu zaznaczać, że moje imię pisze się przez "u". Podobno to nie było takie oczywiste. Przepraszam bardzo: Klaudyna a Klałdyna - chyba jest różnica? :D

A kiedy nastąpił przełom w moim myśleniu? Chyba na początku liceum. Polubienie własnego imienia wynikało z faktu, że w klasie było 28 dziewczyn, a ich imiona się powtarzały. Mnie nikt nie pomylił i miałam z tego powodu radochę :) Poza tym skończyły się docinki i przezwiska, a zaczęły pytania dlaczego wybrano mi takie, a nie inne imię. Wkurzona na cały świat, nawet tego nie sprawdziłam, więc trzeba było to nadrobić. 

Tata zaczerpnął natchnienie z książki Sidonie-Gabrielle Colette Klaudyna w szkole. Miałam jedną próbę zmierzenia się z tą książką, ale polegałam. Do tej pory nie zrobiłam drugiego podejścia, choć ostatnio zaczęłam się zastanawiać czy nie spróbować jeszcze raz. Jak czytam, że to owiany skandalem dziennik młodej dziewczyny z początku XX wieku, to przypomina mi się pewna rozmowa przed maturą, gdzie dowiedziałam się (chyba po raz pierwszy) jaką kontrowersyjną pisarką była Colette. Może się skuszę, bo jeszcze zaczną mi zadawać pytania czy mam coś wspólnego z jej literacką bohaterką ;)

-----
Dzisiaj nadal spotykam się z niedowierzeniem ludzi, gdy usłyszą imię, ale bardziej mnie to śmieszy niż razi. Przynajmniej mnie zapamiętają. Czasem też usłyszę komplement, że Klaudyna to fantastyczne imię i że do mnie pasuje. Nie jestem tylko w stanie zaakceptować jak ktoś mnie nazwie Klaudią lub Klaudi - dostaję wtedy białej gorączki i potrafię być niemiła. Niektórzy się o tym przekonali na własnej skórze ;) 

Sama geneza mojego imienia jest mi obojętna. Każde źródło podaje inne dane. Wiem jedno: Klaudia i Klaudyna to są dwa różne imiona. I tego wszyscy powinni się trzymać. Może oprócz obcokrajowców. Oni nigdy nie wiedzą jak się do mnie zwrócić. W takie sytuacji zostałam: Claudiną lub Claudine - zaczerpnęli to z łaciny i francuskiego, więc nie jest źle :)

----
Jeszcze na zakończenie postanowiłam sprawdzić, co oznacza moje imię według przeróżnych portali... Więc tak:

Mam mocny charakter, nie odstępuję od swoich zasad, można na mnie polegać i potrafię wywierać wpływ na innych ludzi. Jestem przebojowa i towarzyska. Ale... 

Nie należę do osób zaradnych życiowo, tylko dzięki innym ludziom potrafię pokonywać trudności. Łatwo się denerwuję i nie jestem pewna słuszności własnych decyzji. Co z tego, że jestem zainteresowana otaczającym mnie światem, skoro w życiu pragnę być tylko idealną panią domu z dużą klasą. I jeszcze zdarza mi się być pesymistką nienawidzącą zmian...

Teraz to mam kryzys egzystencjalny ;p

Tato, dzięki za fajne imię :)

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Dodatkowo


Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku!
Niech Wasza tegoroczna podróż kulturalna będzie jeszcze bardziej fascynująca :)


P.S.

Wczoraj mój blog świętował piąte urodziny. Aż sama się dziwię, że nadal kontynuuję pisanie, choć mam na to coraz mniej czasu. Jak zwykle dziękuję wszystkim, którzy tu jeszcze zaglądają :)

30 listopada 2016

Mój książkowy format


Dzisiaj książki czyta się na wiele różnych sposobów. Jakkolwiek by to zdanie dziwne nie brzmiało, jest to prawda. Jednak ja, w świecie nowoczesnych wynalazków i udogodnień, jestem tradycjonalistką i czytam głównie książki wydrukowane - kupione, pożyczone czy wypożyczone.

Oczywiście to nie oznacza, że nie miałam styczności z innymi czytelniczymi formami. Eksperymenty mi jednak nie wyszły :)

E-book. Przeczytałam kilka książek na komputerze. Było to dość niewygodne, bolały mnie oczy i musiałam za każdym razem gdzieś sobie zapisywać, na której stronie skończyłam. Najgorzej jednak było, gdy dostałam do recenzji książkę pdf. Czas mnie naglił, więc czytałam też na telefonie. To było najtrudniejsze - ogarnąć ile przeczytałam na telefonie, a ile na komputerze. W takim wypadku najrozsądniejszym posunięciem byłoby kupienie czytnika. Cały czas słyszę, że czytnik ma same zalety i każdy mol książkowy powinien go mieć. Przeanalizowałam moje codzienne życie i doszłam do wniosku, że przydałby mi się tylko w jednej sytuacji -  gdy jeżdżąc codziennie do pracy, nie mam możliwości się oprzeć lub usiąść w autobusie czy pociągu. A że to rzadko się zdarza, to nie jest to argument, który przekona mnie do wydania pieniędzy.

Audiobook. Z  tą książkową formą to miałam styczność już w dzieciństwie, kiedy rodzice kupowali bajki na kasetach magnetofonowych i puszczali nam je przed snem. Coś musieli wykombinować, gdy skończyły im się pomysły na wymyślane opowiastki, a my z bratem chcieliśmy by je opowiadali non stop :) Dzisiaj nie potrafię się skupić na słuchaniu książek. Kilka razy próbowałam, ale zawsze mnie coś rozpraszało lub zaczynałam myśleć o czymś innym. Może to wynika z mojego przyzwyczajenia słuchania muzyki w trackie czytania książki.

Kiedy czytam książkę jadąc do pracy lub będąc w jakiejś podróży, zawsze mam słuchawki w uszach. Muzyka w tym przypadku zagłusza wszystkie dźwięki i rozmowy dookoła. Nic mnie nie rozprasza i mogę się skupić na tym, co czytam, bo całą listę utworów znam na pamięć. Czasami się przełączam - przestaję czytać i wsłuchuję się w jakąś melodię, a potem wracam do lektury. Dziwnie to brzmi, ale dobrze się sprawdza :)

Wolę jednak papierową książkę. Jej wygląd, wykonanie i zapach -  to coś, czego żaden elekroniczny wynalazek nie uchwyci.
Kiedy pracuje się z książkami, to chyba nie ma innego wyjścia :) A jeśli pracuje się z książkami wydawanymi w innych zakątach świata, to człowiek się uzależnia. Widuję prawdziwe dzieła sztuki introligatorskiej.

A jak jest u Was?